Lublin jazzem brzmiący

Przez 9 ostatnich dni kwietnia miasto tętniło muzyką. IX Lublin Jazz Festival miał początek w poprzedni weekend (21-23 kwietnia) w Centrum Kultury, gdzie znajdowała się jego baza. Na niemal cały następny tydzień wydarzenia LJF przeniosły się w miejską przestrzeń, nawet do świątyń. W minioną sobotę impreza znalazła finał w punkcie wyjścia.

W piątek 21 kwietnia festiwal rozpoczął zespół Flue: Piotr Bolanowski, Robert Szewczuga, Damian Niewiński, Marcin Przeplasko. To połączenie czterech osobowości, poprzez instrumenty klawiszowe, bas, akcesoria perkusyjne i gramofony, dało kreatywną mieszankę: brudny funk, jazz, hip-hop, zwłaszcza gdy dołączył do nich saksofonista Olaf Węgier.
Następnie na scenie 9. LFJ wystąpił zespół Melt Yourself Down – fenomen brytyjskiej branży muzycznej. Sześciu londyńczyków swobodne balansowało w rozmaitej stylistyce: od awangardy rocka, free jazzu, po różne odmiany muzyki afro i jazzowe arabeski. Porywa ich muzyczna dzikość wyrażająca się m.in. mocnym riffem gitary basowej. W obu przypadkach przed estradą, a nawet na niej miały miejsce tańce publiczności.
Wieczorem, już w podziemiu CK, zagrali Włosi z Sudoku Killer – zespołu basistki Cateriny Palazzi. Obok niej Antonio Raia – saksofon, Giacomo Ancillotto – gitara, Maurizio Chiavaro – bębny. Ten ambitny i nieprzewidywalny zespół zaskoczył fanów podróżą od jazzu, przez swing, rock do eksperymentu w muzyce.
W sobotę festiwalowe koncerty rozpoczęło Aga Derlak Trio – laureaci nagrody fonograficznej Fryderyk 2016 w kategorii „Jazz”. Przewodzi mu pianistka i kompozytorka, a współgrają Tymon Trąbczyński – bas i Łukasz Żyta – perkusja. Ich autorskie kompozycje, jako wypadkowa licznych inspiracji oraz własnych doświadczeń, brzmiały niezwykle kontemplacyjnie.

Główne koncerty festiwalu

22 kwietnia swój popis dał Chris Potter – jeden z najwybitniejszych saksofonistów światowego jazzu, także lider ekipy w składzie: David Virelles – piano, Joe Martin – bass, Nasheet Waits – bębny. Wydał 15 albumów studyjnych, grywał z takimi jazzmanami, jak Herbie Hancock, John Scofield, Ray Brown. Ów kapitał muzyczny było słychać w ich występie na scenie CK, zapewniającym fanom dobrą zabawę acz, zdaniem niektórych, z niedosytem.
Na koniec wieczoru inny saksofonista – Viktor Tóth, okrzyknięty jazzową chlubą Węgier. Ale grał już w całej Europie i USA na różnych festiwalach (z nim György Orbán – bass, Dávid Hodek – bębny). Ich koncert w piwnicach CK dał upust fantazji w wolnej improwizacji, zapewniając, zdaniem wielu, lepsze wrażenia.
W niedzielę dały koncerty dwa zespoły. Najpierw premierowo wystąpił New Polish Jazztet w składzie: Maciej Obara i Kuba Więcek – saksofony, Max Mucha – bass, Dominik Wania – pianino, Samuel Blaser – trąbka.
Później Louis Moholo-Moholo 4Blokes, gdzie oprócz perkusisty (nazwisko zawarte w nazwie zespołu) wystąpili: Alexander Hawkins, John Edwards, Jason Yarde.
Mieszane uczucia co do tej fazy Festiwalu mają spotkani tam miłośnicy jazzu. Przede wszystkim mogłoby przyjść ich znacznie więcej, zwłaszcza w piątek. Zniechęcała do tego iście zimowa aura (21-23 kwietnia), ale także karnety w cenie 80 zł za 2 dania jazzowej uczty każdego dnia. Jedynie ostatnie koncerty wieczoru były biletowane osobno, dlatego publiczność była liczniejsza. Skupmy się zatem na ofercie jazzu otwartego dla większej rzeszy lublinian.

„Jazz w mieście”

To tytuł bloku programowego, którym żyli fani tego gatunku muzyki przez miniony tydzień. Mimo fatalnej pogody, odstręczającej ludzi od eskapad „na miasto”, lokale, które zorganizowały jazzowe koncerty, cieszyły się bardzo dużą frekwencją, – nawet lubelskie świątynie. Jak widać, dużo lepiej sprawdza się ta formuła, gdzie wstęp na koncert jest na podstawie bezpłatnych wejściówek do odebrania w kasie Centrum Kultury.
Co można było usłyszeć w ramach tej odsłony Festiwalu? W poniedziałek Dom Słów filia Teatru NN przy Żmigród gościł Trio Cukier, choć zbyt słodko nie było. Brzmiały tam elektroakustyczne wariacje: Łukasza Kacperczyka – elektronika muzyczna, Michał Kasperek – free jazzowe bębny, Piotra Mełecha – klarnet improwizujący. Trudno sklasyfikować ten dźwiękowy eksperyment odwołujący się tak do tradycji jazzu, jak i europejskiej awangardy, także brzmień etnicznych. Nawet jeśli to „muzyka chaosu”, bardzo słuchaczy urzekła. Dlaczego nie zdołali uprosić bisów? Koncert odpowiadał linii programowej serii wydarzeń Dźwięki [Domu] Słów, prezentowanych tam w marcu.
We wtorek Galeria Lublov (ul. Królewska 13) gościła Duo Drobka-Weller z Chicago w USA: Kevina Drobkę – perkusja i Chrisa Wellera – saksofon tenor i bas. Obaj niezwykle kreatywni muzycy wypełnili klaustrofobiczną salkę tego miejsca głęboką i oryginalną muzyką improwizowaną. Radość z kontemplacji miało kilkadziesiąt osób, które nie żałują, że dwie godziny spędziły jak w „puszcze sardynek” – uroczo komentowali właściciele galerii.
Pub gościł u  Szewca (ul. Grodzka) w środę przyjął trójkę szalonych Austriaków. Siegmar Brecher – klarnet, Juliana Pajzsa – gitara, Valentina Schustera – perkusja. Dlaczego więc przyjęli nazwę Edi Nulz? Zdaniem krytyki grają „parszywy punk-jazz”, my wolimy nazwać to zabawa jazzem albo „jazz dowcipny”. Począwszy od płyty „Jetzt” („Teraz”) z lutego 2012 zespół chętnie zapraszano na europejskie festiwale. Grają po prostu radosne kompozycje, prawdziwy jazzowy noise gwarantujący pyszną zabawę. Ta była to udziałem setek gości w przepełnionym pubie.
De facto w tych trzech miejscach jazzu można było słuchać, nawet nie wchodząc do lokali. Czyż nie jest to ewidentna przewaga nad festiwalem „skoszarowanym” w CK?

Jazz płynął i ze świątyń

Zespół Love tworzą skandynawscy muzycy (w tym Polacy) z Kopenhagi, którzy wystąpili w kościele ewangelickim Świętej Trójcy. To Jędrzej Łagodziński – saksofon, Szymon Gąsiorek – bębny, Asger Thomsen – bas, Rasmus Kjærgård Lund – tuba i Lo Ersare, której śpiew jest tu piątym instrumentem. Mówią, że grają z myślą o miłości, jaka powinna łączyć ludzi poprzez muzykę. Kwintet nawiązuje do różnych brzmień sakralnych, łączy je w swobodnej improwizacji. Efektem jest jazz medytacyjny, chwilami mantryczny, ale zdarzają się w Love i jazzowe forte-furioso. Surowość luterańskiej świątyni idealnie korespondowała z ich sterylnym brzmieniem, niepozbawionym wszelako wymiaru duchowego.
Wyjątkowym spotkaniem z jazzem w kościele Św. Ducha był koncert tria Silva Rerum (Anna Gadt – śpiew, Zbigniew Chojnacki – akordeon, Krzysztof Gradziuk – perkusja). Wnieśli oni do Festiwalu ideę renesansu, projekt jazzowej reinterpretacji dzieł dawnych kompozytorów (jak Mikołaj Gomółka, Wacław z Szamotuł czy Jan z Lublina). W kościele z tejże epoki wybrzmiał ich album „Renaissance” – poruszające, intymne muzykowanie, ciepłe, czułe, nawet zmysłowe. Cóż, dla fanatyków religii pewnie kontrowersyjne, ba, obrazoburcze – gdyż owe psalmy, ale i utwory świeckie stanowią kanon ówczesnego spojrzenia na  świat, na śmiałą relację człowieka z  Bogiem. Ideea humanizmu i  reformacji, prymat rozumu i ciała człowieka nad średniowiecznym „biczowaniem” go, niezwykłą jego potrzebę godności oraz  swobodnego rozwoju – to wszystko słuchacze znaleźli w słowach i wokalizach Anny Gadt o niebywałej skali i modulacjach głosu.
– Trudno opowiedzieć tak subtelny jazz – mówią zagadnięci o wrażenia Andrzej Rodak i Sławek Wach opuszczający ławy kościoła. – Chwalimy sobie te koncerty „jazzu w mieście”. To dużo lepsze niż hermetyczny festiwal w CK, trudno dostępny dla ogółu, choćby z powodu kosztów.
Z kolei w sobotę w cerkwi greko-katolickiej (przy al. Warszawskiej), dał popis ukraiński muzyk Michael „Manu” Balog. Niewielką przestrzeń wypełniła tu muzyka eksperymentalna, granicząca z transem. Artysta wykorzystał keyboard, komputer i saksofon by stworzyć feerię dźwięków przetworzonych samplowaniem i  elektroniką na  żywo. A wszystko to przed ikonostasem, w poświacie barwnych wizualizacji.
Na finał, 29 kwietnia znów w gmachu CK, solo wystąpiła saksofonistki Wiktorii Koziara. Następnie podziemia anektował Joseph Wieniawski Sextet w składzie: Tadeusz Cieślak i Patryk Lichota – saksofony, Maciej Połynko – gitary, Jacek Steinbrich – bass, Łukasz Prokop i Krzysztof Topolski – perkusje. Ten lubelski akcent kończył Festiwalu. Później, w atmosferze klasyki jazzu, nastąpiło spontaniczne nocne jam session.
Marek Rybołowicz