Magia świąt i zwyczajów

Kolędy, modlitwa, opłatek, choinka, jedno puste miejsce, dwanaście potraw na stole i oczywiście prezenty – nieodłącznie kojarzą się nam z urokiem Wigilii Świąt Bożego Narodzenia. Ale zdarza się coraz częściej, że zamiast tradycyjnych, wigilijnych zwyczajów wybieramy inne sposoby na świętowanie tego uroczystego dnia, np. podczas wyjazdów turystycznych, gdzie zamiast bliskich spotykamy obce nam osoby. Nie zawsze są to udane wyprawy, dlatego warto czasem zwrócić się ku sprawdzonej, wigilijnej tradycji, o której piszemy poniżej.

Cudownie barwne drzewko

Choinka jest tradycyjną ozdobą naszych mieszkań w czasie Wigilii Bożego Narodzenia. Olbrzymie, rozświetlone drzewka zdobią już znacznie wcześniej duże miasta, jak Lublin, i oczywiście stolice europejskie (piękne choinki na placu Zamkowym w Warszawie czy przed katedrą Notre-Dame w Paryżu). Jednak nasze „domowe”, skromniejsze też cieszą oczy, ale i – nie bójmy się przyznać – nasze serca, nawet te sztuczne, chociaż najwięcej radości sprawiają naturalne, małe jodłowe lub świerkowe drzewka. Ich obecność podczas wigilii tłumaczyć można przedchrześcijańskimi tradycjami ludowymi. W wielu kulturach drzewko symbolizowało życie, odradzanie się, trwanie. Jednak bezpośrednim źródłem tej chrześcijańskiej tradycji jest wykształcony w XVI w. w Alzacji zwyczaj ozdabiania na Boże Narodzenie drzewek jabłkami i ozdobami z papieru. Uzyskał on aprobatę zakonnika – potem protestanta Marcina Lutra, podkreślał bowiem wartość świąt spędzanych w domowym zaciszu.
Od luteran zwyczaj przejął Kościół katolicki, rozpowszechniając go w Europie Środkowej i Północnej. Od XIX w. spopularyzowany został w Anglii i Francji. Do Polski dostał się za pośrednictwem niemieckich protestantów z końcem XVIII w. Wyparł tym samym tradycję o słowiańskim rodowodzie ozdabiania wiejskich domostw snopem zboża (tzw. diduch) czy np. jemiołą. Ale sama piękna zieleń iglastego drzewka nie wystarczała. W dobie powszechnej technicyzacji jego gałęzie zdobią lampki tworzące prawdziwą mrugającą iluminację i, rzecz jasna, bombki, z tym że te ostatnie są coraz częściej plastikowe. A jak radzono sobie wcześniej? Otóż w wigilijny wieczór z czasem zapalano wiszące na drzewku sztuczne ognie. A jeszcze wcześniej główną ozdobą choinki były przygotowywane w czasie adwentu np. ozdoby z papieru, jak powszechne w zeszłym stuleciu długie łańcuchy, które m.in. symbolizowały więzi rodzinne (niegdyś w XIX przypominały o niewoli Polaków pod zaborami). Inne ozdoby wykonywano z barwnej, delikatnej bibuły, z wydmuszek (skorupka po jajku), z suszonych traw i słomy. Małe, czerwone – zwane rajskimi – jabłuszka, pierniczki, cukierki, orzechy, z czasem otaczane srebrzystymi papierkami, aż wreszcie prawdziwe cuda, jakimi były bombki wykonane z delikatnego szkła – razem to wszystko tworzyło bogactwo choinki. Wielką ozdobą są anielskie włosy, ale największy cud, jaki dzieje się za przyczyną choinki, to moment, gdy w wigilijny wieczór drzewko ubiera cała rodzina.

Dzielą się nim Słowianie

Bez zakwasu, bez soli, wypiekany z białej mąki i wody, bez dodatku drożdży – co to jest? Oczywiście „dar ofiarny”, po łacinie oblatum, a po polsku opłatek. Łamiemy się nim przy wigilijnym stole, składając sobie życzenia. Ma on duchowy, ale i doczesny charakter, bowiem opłatek to przecież rodzaj chleba, o który proszą codziennie chrześcijanie w modlitwie „Ojcze nasz”. Ten typowo polski, zdawałoby się, zwyczaj łamania się opłatkiem, który przywędrował na polskie ziemie wraz z XVIII wiekiem, jest praktykowany także w innych krajach wschodniej Europy: na Litwie, Białorusi, Ukrainie; w Czechach, Słowacji, oraz znany jest we Włoszech. Symbolizuje pojednanie i przebaczenie, przyjaźń i miłość i jako taki miał szczególne znaczenie dla Polaków podczas zaborów – jednoczył rodaków i pomagał im przetrwać obce rządy na ziemiach polskich. I właśnie tylko wśród Polaków w XIX w. rozpowszechnił się zwyczaj wykonywania z ciasta opłatkowego ozdób, które zawieszano nad wigilijnym stołem. Ufano, że zapewnią one szczęście i powodzenie w nadchodzącym oku.
Wigilijną radością dzielono się z dziećmi, które np. na Śląsku dostawały od dorosłych tzw. radośnik, czyli opłatek posmarowany miodem. Wypiekano też kolorowe opłatki z myślą o podzieleniu się nimi ze zwierzętami domowymi.
Opłatek wypiekano w klasztorach i kościołach; także dziś np. kapucyni z klasztoru przy ul. Krakowskie Przedmieście zachęcają do zaopatrzenie się u nich w opłatki, podkreślając, że wypiekane przez klaryski są hojnie przez siostry omodlone.
Właśnie intensywna modlitwa wiąże się z narodzeniem tej tradycji. Jej źródłem jest zwyczaj pochodzący z okresu wczesnego chrześcijaństwa. Chodzi o msze św. – nie związane ze świętami Bożego Narodzenia – podczas których błogosławiono bochenki chleba, dzieląc się nim potem, a następnie część przynosząc do domu, część do chorych chrześcijan. Łamanie się chlebem, a potem opłatkiem zawsze więc wiązało się z podkreśleniem więzów między ludźmi – duchowych, ale i rodzinnych.

Wigilia

Wigilia nie jest świętem – choć je poprzedza – a w wielu krajach nie jest praktykowana. Jednak w Polsce, a także w paru innych państwach, w tym na Litwie, ta uroczysta, o świątecznym charakterze kolacja jest obowiązkowym punktem całości świąt Bożego Narodzenia. Ciekawostką z nią związaną jest to, że w krajach, gdzie się ją uwzględnia, niekoniecznie już pamięta się o przestrzeganiu całodziennego postu (w Polsce to ważny element wigilijnego dnia) ani też nie praktykuje się mszy św. o północy z 24 na 25 grudnia, czyli pasterki. Z innej strony interesujące jest to, że na Wigilię składają się zwyczaje zapożyczone np. że starosłowiańskiego święta Godów.
Jeszcze do niedawna była niemal obwarowana różnymi przesądami, np., że jeśli nie zachowa się pokoju i harmonii w rodzinie w wigilijny wieczór, to cały rok będzie niedobry. Inny mówił, że spoglądając z sieni przez dziurkę od klucza do pokoju z wigilijną wieczerzą, można zobaczyć osobę zmarłą w mijającym roku.
W wigilię można było sobie zagwarantować szczęście na cały rok, jednak pod pewnymi warunkami, a więc, że pierwszą osobą odwiedzająca daną rodzinę będzie młody chłopiec lub że się wyłowi z wigilijnego barszczu uszko, w którym ukryto grosik, albo wreszcie szczęście miała przynieść łuska z wigilijnego karpia noszona potem w portfelu.

Karp czy szczupak?

Karp jest uznawany za rybę, bez której polska wigilia obejść się nie może. Jednak tradycja jego obecności na stole nie jest aż tak stara. Sięga kilkudziesięciu lat po II wojnie światowej. Ukuto wówczas powiedzenie „Karp na każdym wigilijnym stole w Polsce” i władza PRL-u starała się chociaż taką poddaną przez siebie obietnicę wypełnić. Pośredniczyła w tym dawna Centrala Rybna.
Można było czerpać z tradycji hodowli karpia – w 1880 Adolf Gasch, dzierżawca folwarczny, wyhodował karpia o łukowo wygiętym grzbiecie, z małą głową i dużą ilością mięsa. Stał się on popularny w całej Europie. Dziś jego handlowa nazwa to karp królewski.
Rybą, którą rzeczywiście w Polsce pożądano wśród wigilijnych potraw był szczupak. Karp natomiast już XII wieku był hodowany przez klasztory cysterskie w Polsce, lecz po to, by w jakiś sposób zaradzić ubogiemu jadłospisowi podczas dużej liczby postów.
Niezależnie od tego, jakie potrawy – powinno być ich dwanaście, m.in. z powodu liczby apostołów – królują na wigilijnym stole, zawsze powinien on być nakryty śnieżnobiałym obrusem, pod którym schowane jest trochę siana. Do dziś ta odrobina siana ma przywodzić na myśl, że Zbawiciel urodził się w ubogiej szopie. Kiedyś pamięć o ubóstwie w jakim przyszedł na świat Syn Boży, przypominano, zaściełając sianem nie tylko cały blat stołu, ale nawet podłogę, a w szlacheckich dworach nie wahano się ku pamięci stawiać nawet snopów siana.
Wigilia przywędrowała do polski jako zwyczaj w XVIII w. i niemal od początku pamiętano, by wśród nakryć zostawić jedno dla przygodnego gościa. To miejsce przypomina też o bliskich zmarłych, którzy odeszli od nas w ostatnim czasie.
Monika Skarżyńska