Marginalizowani, ale trwają…

Komitetowi „Lubelski Ruch Miejski – Miasto dla Ludzi” nie udało się wprowadzić do rady miasta żadnego swojego kandydata

Choć tyle się mówi o potrzebie budowy społeczeństwa obywatelskiego i odpartyjnieniu samorządów, miejscy społecznicy i aktywiści w ostatnich wyborach samorządowych we wszystkich większych miastach ponieśli klęskę. Nie inaczej było w Lublinie, gdzie „Lubelski Ruch Miejski – Miasto dla Ludzi”, uzyskał szczątkowe poparcie i nie wprowadził do rady miasta żadnego swojego kandydata . Szkoda, bo tzw. oddolne ruchy stanowią – zdaniem politologów – lokalny czynnik demokratyzacji w zarządzaniu miastami. Jakie będą ich dalsze losy?


Ich przedstawiciele w Lublinie twierdzą, że odbyły się kolejne wybory „partyjne”, zdominowane trendem ogólnopolskim. Ich zdaniem nie wybrano więc do władz miasta ludzi oddanych tematom lokalnym i dobru miejscowej społeczności, których nie stymulują wizje czy obietnice polityczno-urzędniczych karier.

Warto zauważyć, że ruchy miejskie w całym kraju wykazały duży zapał, próbując ożywić skostniałe, ich zdaniem, struktury władzy w dużych aglomeracjach. Używano nawet hasło „uzdrowić”. – Polska samorządowa nie może być sterowana rękami polityków aktualnie rządzących państwem z pozycji stolicy. Nie powinni oni aspirować do rządzenia w ramach rad miast i sejmików województw. Można mieć z ich strony poczucie arogancji i lekceważenia wobec mieszkańców, gdy znajdą się w roli lokalnych decydentów – taki pogląd dominował w oficjalnym przekazie ruchów oddolnych.

Marcin Skrzypek – animator kultury w Lublinie, uważa, że ruchy miejskie stanowią głos rozpaczy mieszkańców. Ci obserwują lekceważenie przez włodarzy zasad zrównoważonego rozwoju, praw ekosystemu, transparentności decyzji, unikania biurokracji, opieki nad słabszymi, partycypacji mieszkańców w zarządzaniu miastem. Stwierdza u rządzących miastami większą troskę o własny wizerunek niż o efekt pracy dla społeczności. Public relations przysłania im chęć zdobywania danych o jakości życia (realnych, a nie tylko opinii o tym), nie widzą potrzeby kierowania się nowoczesnymi regułami rozwoju miast, wtajemniczania w swe plany obywateli – wylicza błędy władzy na witrynie LRM.

– To są tematy, które po prostu w polityce gorzej się „sprzedają”, a nawet mogą niektórym przeszkadzać, więc się ich unika. Jakoś nikt nie mówi, że to samorządy same winny realizować postulaty ruchów oddolnych i że tu nie chodzi o żadną „naszość” miast, tylko doskonalenie jakości życia: przez aktywną relację z mieszkańcami, z rezerwuarem ich doświadczeń – kwituje Skrzypek, będący jednym z liderów kolektywu LRM.

Lubelski Ruch Miejski – Miasto dla Ludzi

Tę nazwę przyjęło ugrupowanie lublinian stojące ponad partyjnymi podziałami, jedyne – twierdzą jego założyciele, które zostało powołane przeciw partyjniactwu w samorządzie lokalnym. Ten epitet używano w komunikatach wyborczych nie bezpodstawnie.

Obiektem krytyki LRM stała się rada miasta minionej kadencji. Była ona polem zaciekłych polemik i sporów, które jego zdaniem nie tyczyły wielu spraw pryncypialnych dla obywateli.

– Rozpatrywano takie kwestie i dylematy, że gdyby je wymienić, rozśmieszyłyby czytelników – twierdzą obserwatorzy poczynań rajców miejskich. I tak, Jacek Skiba z Rady Dzielnicy Hajdów-Zadębie, wskazuje na czysty populizm debat w ratuszu na tematy: darmowy transport publiczny dla wszystkich mieszkańców oraz zwolnienie z opłat za wywóz śmieci tzw. dużych rodzin, gdy z góry było wiadomo, że nie ma na to rezerwy finansowej w budżecie miasta.

– Bulwersujące dla obywateli były również dyskusje podczas 6. sesji, których tok niemal wyłącznie wyznaczało nadanie nazwy dla nowego mostu na ul. Muzycznej. Można je obejrzeć w nagraniach. Koszt tych „debat” szacuje się na ok. 700 tys. zł (licząc diety radnych i obsługę sesji, a więc 2600 zł dla każdego z 31 radnych podczas 6. sesji) – wylicza Jacek Skiba. – A czy dziś większość mieszkańców wie, jak ten most się nazywa? Nie, gdyż wówczas kluczową sprawą była jedynie walka ideologii PO i PiS. Mieszkańców grodu nikt o zdanie nie pytał.

Wytykali włodarzom błędy

Miejscy aktywiści LRM, obserwując w trakcie poprzedniej kadencji popieranie przez radnych rządzącej koalicji PO-Wspólny Lublin rozwiązań ułatwiających robienie interesów deweloperom i brak rzeczowej, racjonalnej opozycji w ławach ratusza, na kilka miesięcy przed ostatnimi wyborami zawiązali Komitet Wyborczy Wyborców. Zebrania odbywały się praktycznie w prywatnych mieszkaniach czy lokalach firm co aktywniejszych członków ruchu.

Wśród kolektywu LRM było (i nadal działa) kilkadziesiąt osób, z czego na listach wyborczych znalazło się 43 – dobrze zorientowanych nie tylko w swoich lokalnych sprawach, ale i w problemach miasta.

Działacze LRM twierdzą, że miejscy rajcy nie mogą wydawać zgody na inwestycje komercyjne sprzeczne z wolą mieszkańców. Zapowiedzieli też aktywny udział i czujność w pracach nad studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego dla całego miasta. W debacie wyborczej LRM głos uzyskali przedstawiciele rad dzielnic i osiedli, także małych wspólnot mieszkańców, którym nie przyświecają głównie cele polityczne, a dobro społeczności lokalnych. Inni, aktywni animatorzy LRM, to: Krzysztof Szewczyk (Czechów), Szymon Furmaniak (Dziesiąta), Paweł Laufer (Śródmieście), Tymoteusz Dębski (Wieniawa), Barbara Jurkowska (Czuby), Justyna Kieruzalska (LSM) – nie sposób wymienić tu wszystkich.

Na czyje głosy mogli liczyć? Na światłych i samodzielnych w politycznym myśleniu obywateli. Pamiętali wystąpienie światowych urbanistów wizytujących miasto, jak prof. Jan Gehl (Kopenhaga) czy Dmitrij Roussopoulos (Toronto).

Promocji i reklamy komitetu wyborczego LRM w mediach praktycznie nie było – nieporównywalne były możliwości kandydatów na posady w ratuszu czy sejmiku z innych list.

Partyjni kandydaci mieli znacznie więcej. O głosach na nich decydowało istniejące i latami rozbudowywane zaplecze polityczne.

Mierz zamiary według sił

Kandydatka na prezydenta Lublina i kandydaci na radnych miejskich z tej formacji nie uzyskali znaczących wyników w wyborach 2018. Głosując na reprezentantów w samorządzie, lublinianie kierowali się ogólną kondycją partii politycznych w skali kraju, nie zaś ofertą miejskich aktywistów. Spontanicznie zawiązany komitet wyborczy ludzi spoza polityki nie stanowił siły mogącej zagrozić kandydatom z klucza partyjnego, nawet gdy uczestniczyli w nim miejscy eksperci.

– Przy pełni sił i środków, jakie miała do dyspozycji Koalicja Obywatelska, niespecjalnie dziwi, że jej przedstawiciele znów objęli kluczowe stanowiska w ratuszu. Jednak musieli wysilić się i obiecać lublinianom kilka ważnych spraw – dowodzą wymienieni działacze. – Np. podniesienie kwoty gwarantowanej w projektach dla dzielnic Budżetu Obywatelskiego do 250 tys. zł, otwartą dyskusję na temat losu górek czechowskich, itp. – dodaje Skiba.

Co z LRM po wyborach?

– Poważny etap pracy organicznej LRM jest już za nami. Zaangażowaliśmy się jako kolektyw tak mocno, jak to możliwe. Podjęliśmy rywalizację, choć długo nie było oczywiste, czy w ogóle startujemy, czy wyłonimy osobę kandydującą na prezydenta, kogo pozyskamy na listy radnych miejskich. Jakkolwiek oceniać nasz wynik, mam nadzieję, że jako aktywiści miejscy zrobimy jeszcze wspólnie dużo dobrych rzeczy – twierdzi Magdalena Długosz, kandydująca bez sukcesu na prezydenta miasta.

– Nikt inny nie zrobił takiej kampanii na Facebooku co my. Skala polubień i odsłon naszej aktywności pokazała, że ludzie doceniają ruch miejski. Dotarliśmy wszędzie, gdzie w inny sposób nie dało się propagować naszych idei, ugruntowaliśmy wizerunek komitetu pracującego na rzecz zwykłych obywateli. Uważam, że wynik wyborów był niezły, a LRM zyskał markę i zebraliśmy w sumie tysiące zwolenników, którzy oddali na nas swój głos – mówi Szymon Pietrasiewicz, lider ruchu. Jest zdania, że dzięki udziałowi LRM w wyborach samorządowych zyskali wszyscy obywatele Lublina, którzy uświadomili sobie, że lepszy jest rzetelny gospodarz miasta niż sprytny polityk stojący pod szyldem partii.

Co teraz mogą robić?

– Nasz Ruch traktuje się protekcjonalnie. Jest marginalizowany, bo jako partnerzy w tzw. partycypacji społecznej dla miasta działacze LRM mogliby się okazać „hamulcowymi” dla urzędników mających swoje zadania rozpisane już dawno – mówi Sławomir Pawłowski. Jego zdaniem, kolektyw – bez wyrazistego lidera – musi się jeszcze wiele uczyć i doświadczać, zanim ruch stanie się konkurentem dla obecnej ekipy magistratu.

Co może zapewnić kapitał polityczny tej grupie ludzi? Publiczna krytyka niepopularnych decyzji prezydenta i rady miasta, roztropne angażowanie się w opór społeczny, gdy sprawa godzi w interes mieszkańców. Słowem: odwaga, na którą pozwala niezależność.

– Ostatnie wybory zabetonowały nie tylko samorządową scenę polityczną, ale również ugruntowały antydemokrację, antyjawność i antypartycypację w radzie miasta, której większość sprzyja prezydentowi Lublina – twierdzi Andrzej Filipowicz. Przypomina, że w ratuszu miesiącami prosił o możność wypowiedzi na forum Rady, chcąc złożyć zapytanie do prezydenta w sprawie wniosku Ministra Środowiska o audyt wszystkich procedur planistycznych związanych z tworzeniem projektu nowego Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego.

– Jako ruch oddolny nie kończymy działalności, nadal patrzymy władzy na ręce, dążąc do pełnej demokratyzacji samorządu. Będziemy tego pilnować i sprawdzać. Prosimy więc o wspieranie naszej aktywności choćby w Internecie – apeluje Paulina Zarębska-Denysiuk, jedna z liderek LRM. To od niej zaczął się ten ruch. Zapytała kilka osób, czy startujemy w wyborach i grupa podjęła wyzwanie.

Zdaniem Marcina Skrzypka awans ruchów miejskich zbiegł się z bezprecedensową po 1989 roku polaryzacją polskiej debaty politycznej. Osłabiła ona merytoryczne argumenty i zmiotła z publicznego pola widzenia bardziej zrównoważone opinie. Ruchy miejskie muszą teraz walczyć już nie tyle o przebicie się ze swoją argumentacją, ile w ogóle o przywrócenie debaty na argumenty. Dziś wszystko napędza public relations, licytacja i granie emocjami mas.

Marek Rybołowicz