Martyna w top 14 MasterChefa

„Od kiedy pamiętam, mój dom pachniał świeżo pieczoną szarlotką. Babcia lepiła w nim najlepsze uszka, jakie dane było mi jeść w moim trzydziestoletnim życiu, a mama rozpieszczała mnie tatarem, cudownymi plackami ziemniaczanymi czy pysznościami, które rosły w ogrodzie. To w domu nauczyłam się szacunki i miłości do jedzenia oraz tego, jak cenny jest czas, który wspólnie spędzamy w kuchni”. Martyna Chomacka z Chełma znalazła się w grupie najlepiej gotujących amatorów w Polsce. Wystąpi w finałowej czternastce programu MasterChef.


„Kuchnia w programie Masterchef jest ogromna. Poważnie. To wielki plan zdjęciowy. W chwili, kiedy gotujesz i walczysz o każdą sekundę, masz wrażenie, że twoje stanowisko i miejsce, gdzie leżą garnki, dzieli odległość co najmniej 5 kilometrów” – opisuje na swoim blogu wrażenia po emisji pierwszego odcinka popularnego programu TVN.

Martyna Chomacka ma 30 lat. Mimo młodego wieku, zdążyła osiągnąć już wiele, zaimponować kolegom i pokazać się z różnej strony. Znajomi z chełmskiego podwórka pamiętają ją jako energiczną dziewczynę, która w mgnieniu oka potrafiła stworzyć za pomocą węgla, ołówka czy farb istne arcydzieła. Nikogo zatem nie zdziwiło, że już jako młoda dziewczyna postanowiła rozwijać swój talent, pasję i ćwiczyć rękę. Ukończyła Liceum Plastyczne w Lublinie, a następnie Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu.

W trakcie nauki, jako jedyna zakwalifikowała się do programu wymiany studenckiej i wyjechała, by kontynuować studia na kierunku Malarstwo w Maryland Institute College of Art w Baltimore, najstarszej uczelni artystycznej. Jeszcze będąc w USA, zaczęła pasjonować się sportem, a po powrocie do kraju na dobre wkręciła się w tę tematykę. Po ukończeniu kolejnych kursów została trenerem personalnym na siłowni, oddając się na dobre ciężarom i zdrowemu trybowi życia. Niebawem do grona słabości na stałe dołączyły podróże. I to one stały się inspiracją do stworzenia bloga oraz impulsem do ciągłego gotowania, zgłębiania kuchni i wzięcia udziału w VII edycji MasterChefa.

– Wychowywały mnie dwie piekielnie zdolne kucharki – moja mama i moja babcia. Dom zawsze pachniał szarlotką czy innymi pysznościami, a ja uczyłam się, że to, co rośnie w ogrodzie, jest najcenniejsze i muszę umieć to uszanować. Podróże po świecie tylko bardziej rozbudzały moje smaki. Wszędzie, gdzie jeździłam, musiałam odwiedzić lokalny targ, ucząc się gotować przez poznane na swojej drodze osoby. Czy to była Sycylia, czy Indonezja, czy łowienie ryb na fiordach norweskich, zawsze towarzyszyła temu ogromna radość i niezaspokojenie kulinarnej ciekawości.

Ciągle chcę więcej, a kiedy jest mi smutno albo czuję pustkę, to właśnie kuchnia oraz gotowanie dają mi ukojenie. Pierwszą znaczącą podróżą była wyprawa „stopem” z Chełma do Portugalii, jeszcze w przerwie wakacyjnej w pierwszych latach studiów. Wybraliśmy się całą ekipą, a nasza eskapada trwała blisko półtora miesiąca. Potem każdy zaoszczędzony grosz przeznaczałam na kolejne podróże. Razem z przyjaciółmi zwiedziliśmy w ten sposób m.in. Bałkany, Skandynawię, Niemcy, Francję, Hiszpanię, Izrael, Maroko, Senegal, a ostatnio, przez miesiąc podróżowaliśmy z moim chłopakiem i przyjaciółką po Indonezji.

Podróże to druga wielka pasja Martyny.
Tu – podczas włóczęgi po Islandii. fot. Paulina Wierzgacz

Podróże mają olbrzymi wpływ na świadomość kulinarną, a Azja na tym polu oferuje naprawdę dużo. Widziałam na własne oczy i smakowałam to, o czym inni uczą się z książek. Chodziłam po miejscach, gdzie kupuje się prawdziwe trufle, byłam na plantacji kawy, a we Francji pracowałam w lokalnej winnicy. Na Maderze zajadaliśmy się tak popularną tam rybą z bananami i ziemniakami – u nas to połączenie wzbudziłoby zdziwienie większości. Na pustyni Wadi Rum w Jordanii dzień rozpoczynaliśmy od fasoli w sosie pomidorowym z przyprawami i zieloną herbatą z szałwią. Pycha. W okolicach Palermo na Sycylii łowiliśmy z kolegą jeżowce, potem rozbijaliśmy je o kamienie i jedliśmy żywe z bagietką.

Z każdego miejsca staram się też zabrać coś do domu. Niestety, prawda jest taka, że takie podróże są też bardzo męczące. Po powrocie z Afryki podupadłam na zdrowiu, bardzo chorowałam. Któregoś dnia przyszedł z wizytą znajomy i z marszu rzucił: „Nie możesz tak siedzieć w domu, powinnaś iść i gotować w MasterChefie”. Wysłałam zgłoszenie przez internet i zostałam zaproszona na precasting we Wrocławiu. Byłam przerażona i jednocześnie podekscytowana, ale poszłam na żywioł. Podałam ceviche z dorsza marynowanego w soku z czerwonej kapusty i limonce, w sosie z mango, z kawiorem z grejpfruta i piklowaną rzodkiewką. Choć przed wejściem do jurorów uczestnicy mają kilka minut na podgrzanie potrawy, wiedziałam, że nie będzie ono już takie samo.

Temperatura i czas robią swoje, dlatego postawiłam na danie zimne. Komisji smakowało. Przeszłam więc dalej, do właściwego castingu w Krakowie, który widzowie oglądali w pierwszym odcinku programu. To był dopiero stres. Olbrzymi plan zdjęciowy, mnóstwo osób. Gdy usłyszałam, że będę w grupie z Lorkiem, który brał udział w poprzedniej edycji programu, pomyślałam, „dlaczego akurat na mnie musiało znowu trafić?”. I do tego ten turbot… ryba, która – dobrze zrobiona – jest niesamowicie smaczna, ale jest też twarda i płaska, przez co trudna do filetowania.

Ale gdy masz do wykonania zadanie w tak krótkim czasie, adrenalina uderza i nie myślisz o tym, że robisz to na oczach wszystkich, tylko działasz bez względu na stres. Na szczęście kocham owoce morza i ryby, i udało mi się szybko poradzić z turbotem, z którym wcześniej miałam styczność tylko raz. Jurorzy dużo też pomagali, podchodzili do nas i podpowiadali. No, a z Lorkiem szybko się polubiliśmy i dopingowaliśmy siebie nawzajem – opowiada o programie Martyna.

Chełmianka stała się hitem internetu po tym, jak przez przypadek poparzyła Magdę Gessler bryzgającym rozgrzanym masłem. Nie zaważyło to jednak na wyniku, bo – jak powiedziała Anna Starmach – danie, które przygotowała było tak samo kolorowe, jak ona. 30-latka zakwalifikowała się do kolejnego etapu, gdzie wybrani ze słynnym fartuchem, na placu Szczepańskim w Krakowie, musieli przygotować potrawę z produktów ukrytych w skrzynkach na swoich stanowiskach. Jako że ryba przyniosła jej szczęście poprzednio, Martyna znów na nią postawiła.

Tym razem jednak zaserwowała ją na sposób azjatycki z mlekiem kokosowym, szparagami z cebulą i grillowanym kalafiorem. W ten sposób znalazła się w gronie czternastu kucharzy, którzy przed kamerami powalczą o tytuł MasterChef, 100 tysięcy złotych i kontrakt na wydanie autorskiej książki kucharskiej, co widzowie mieli okazję zobaczyć w niedzielę (16 września). – Ogromnie się cieszę, ale stres był niewyobrażalny. Trzy razy popsuła mi się kuchenka i przez moment sądziłam już, że nie dam rady ukończyć zadania. Najważniejsze jednak, że się udało, a komentarze były pozytywne – cieszy się.

Droga na szczyt nie będzie łatwa, a lista czekających ją wyzwań z pewnością długa. Dania rybne, mięsne, zupy i desery, to tylko niektóre z nich. Dobry szef kuchni musi też udowodnić, że potrafi gotować zarówno w zespole, jak i w plenerze, w trudnych warunkach, nie boi się żadnych produktów i konkurencji.

– Marzę o zorganizowaniu warsztatów kulinarno-sportowych, najpierw w kraju, a później za granicą, z ludźmi z różnych stron świata. Chciałabym połączyć fotografię, w tym kulinarną, z gotowaniem i zaszczepiać w ludziach tego bakcyla, by zaczęli zwracać uwagę na żywność, którą kupują oraz potrawy, które jedzą. Nie chodzi oczywiście o to, by ciągle liczyć kalorie, ale by myśleć w kuchni. By nie męczyć produktu i wybierać najmniej przetworzoną żywność.

Zwykłą marchewkę możemy podać w kilku odsłonach – zupa, krem, frytki, chipsy czy placki. Wystarczy tylko kombinować, a nie iść na łatwiznę. Bo to nie jest tak, że jeśli coś jest zdrowe, to musi być drogie. Wybierajmy produkty sezonowe, bo są tanie, szukajmy promocji. Jeśli tylko mamy możliwość, kupujmy od lokalnych dostawców lub wymieniajmy się z sąsiadami tym, co mamy na własnych działkach – to jest możliwe, również w Chełmie i wiem o tym.

Wszyscy trzymamy mocno kciuki za Martynę! (pc)

Turbot z sosem holenderskim i szparagami

  • 150g filetu z turbota
  • 200g świeżych zielonych szparagów
  • 2 żółtka
  • 100 ml białego wina
  • 1 szalotka
  • 2 liście laurowe
  • pół łyżeczki musztardy Dijon
  • sok z połowy cytryny
  • sól i pieprz
  • łyżeczka octu winnego
  • 20g orzeszków pinii
  • 2 łyżeczki posiekanego szczypiorku
  • masło klarowane
  • oliwa z oliwek
  • pół łyżeczki miodu

Filet z turbota obsyp solą i pieprzem. Szparagom odłam zdrewniałe końce. Najświeższą końcówkę pokrój w plasterki, zostawiając główkę i około 3 cm w całości.

W misce ubij pół cytryny, dolewając małym strumieniem oliwę z oliwek, do momentu powstania emulsji. Dodaj pół łyżeczki miodu, sól i pieprz do smaku.

Blanszuj szparagi z główkami w osolonej, wrzącej wodzie przez 3 minuty. Pozostałe pokrojone szparagi wrzuć do emulsji cytrynowej razem z pokrojonym szczypiorkiem.

Na patelnię wlej białe wino razem z liśćmi laurowymi i zgniecioną szalotką. Redukuj do momentu, kiedy na patelni pozostanie około półtorej do dwóch łyżek płynu. Zagotuj 200 ml wody w osobnym garnku. Do miski wbij dwa żółtka, dodaj musztardę, odrobinę octu, redukcję wina i ubijaj trzepaczką do momentu powstania jednolitej, puszystej masy. Postaw miskę na garnku z gotującą się wodą i delikatnie, dolewając masło klarowane, stale ubijaj. W chwili, gdy sos osiągnie pożądaną, kremową konsystencję, ściągnij go z garnka i odstaw na bok.

Na rozgrzaną patelnię z masłem klarowanym połóż turbota. Smaż po 30 sekund z każdej strony. Wyłóż go na talerz, polewając sosem holenderskim i ozdabiając blanszowanymi szparagami oraz sałatką szparagową.