Mieli wyciąć woreczek, amputują nogi

Czy sparaliżowanemu 68-latkowi połamano nogę w chełmskim szpitalu? Siostra chorego uważa, że odkąd trafił na oddział, stan jego zdrowia znacznie się pogorszył. – Dostał odleżyn i grozi mu amputacja nóg – żali się.

18 lat temu Wiesław Szabała przeszedł udar. Został częściowo sparaliżowany. Od tamtej pory nie jest samodzielny. Nie może chodzić i bardzo trudno jest mu komunikować się z otoczeniem. Przez te wszystkie lata zajmowała się nim siostra. Do domu przychodziły też opiekunka i pielęgniarka. Sześć tygodni temu 68-latek trafił do chełmskiego szpitala z powodu operacji usunięcia woreczka żółciowego.

– I od początku coś było nie tak, bo po kilku dniach lekarze powtarzali zabieg – mówi Eugenia Sugier, siostra chorego. – Potem miał jakieś komplikacje, nie mógł się załatwić. Gdy zwymiotował żółcią, to założyli mu sondę. Cały czas coś się dzieje.

Siostra pacjenta mówi, że chciała opiekować się bratem, bo tylko rodzina jest w stanie zrozumieć jego potrzeby.

– Obca osoba nie domyśli się, czego on chce – mówi pani Eugenia. – Gdy prosiłam dla niego o specjalne łóżko albo materac, to się ze mnie śmiano. Prosiłam, żeby pielęgniarki go nacierały, żeby odleżyn nie miał. Ale to nic nie daje. Po trzech tygodniach w szpitalu okazało się, że ma złamaną nogę. Zauważyliśmy to przez przypadek z pielęgniarką domową, która przyjechała mi pomóc. Chcieliśmy sprawdzić czy na nogach nie pojawiły się odleżyny i wtedy zauważałam, że lewa noga jest dziwnie wykrzywiona a dwa palce były sine. Najpierw lekarze twierdzili, że nic się nie stało a pielęgniarki śmiały się, że nie mam szkoły i się nie znam. Ale w końcu zrobili prześwietlenie i okazało się, że miałam rację. Kość piszczelowa i strzałkowa są połamane.

Wtedy jedna z pielęgniarek miała zasugerować, że do złamania doszło w domu a siostra chorego chce zrzucić winę na szpital. Inaczej mówi pani Eugenia.

– Brat miał w domu bardzo dobrą opiekę, przez tyle lat się nim zajmowałam a trafił do szpitala i od razu zaczęły się problemy – mówi. – Teraz okazało się, że na drugiej nodze pojawiły się odleżyny. Sama kupiłam opatrunki i prosiłam, żeby ratowały nogę. Powiedziały, że im opatrunki niepotrzebne, bo mają szpitalne. Ale to i tak nic nie pomogło. Z rany zaczęło się jątrzyć a gdy to zobaczył lekarz, to stwierdził, że trzeba będzie chyba amputować obie nogi. Nie wiem co robić i gdzie szukać ratunku. Starałam się dostać do dyrektora, ale nie udało się.

Lech Litwin, zastępca dyrektora ds. medycznych w chełmskim szpitalu, mówi, że teraz nie da się zweryfikować czy do złamania nogi doszło w szpitalu czy przed przyjęciem. – Pacjent trafił do nas w nie najlepszym stanie – mówi. – Nie można wykluczyć, że mogło to być złamanie patologiczne. Tym bardziej, że pracowników obowiązuje tzw. procedura zdarzenia nieporządanego, której w tym przypadku nie wprowadzono, a która jest w szpitalu przestrzegana.

A chodzi o protokolarne spisanie ewentualnego upadku czy wyślizgnięcia się pacjenta np. w trakcie przenoszenia z łóżka na łóżko. – Zdarzenie, które nie jest związane z chorobą, z którą pacjent trafił na oddział, wymaga takiego protokołu, zawiadomienia dyrekcji i wszczęcia np. wewnętrznego postępowania wyjaśniającego. W tym wypadku nic takiego nie miało miejsca i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś taką sytuację mógł zataić. Tym bardziej, że przecież siostra chorego praktycznie cały czas jest na miejscu.

– To znaczy, że nikt przez trzy tygodnie nie zauważył, że brat ma złamaną nogę? – pyta siostra chorego. – Jak to świadczy o opiece w szpitalu? Nie wiem, kiedy mogło dojść do tego złamania, ale brat był często przenoszony. Dwa razy przecież trafiał na stół operacyjny. Było wiele sytuacji, gdy był podnoszony, przekładany i mogło dojść do złamania. I na pewno nie stało się to w domu. (bf)