Mieszczuch w dziczy

Lekki, mocny, idealnie wyważony i bardzo poręczny – najnowszy spinning Robinson CityLiner, wbrew nazwie, towarzyszy mi w kompletnej dziczy, gdzie musi stawić czoła nie tylko rybom, ale i prozie życia w postaci piachu, błota, wody i poniewierania po krzakach. Do tej pory spisuje się znakomicie.

Miejski look

Każda szanująca się firma wędkarska ma w swojej ofercie wędki dedykowane do bardzo modnego ostatnio „street fishingu”. Nie inaczej jest w przypadku Robinsona, który – wraz z początkiem roku – wprowadził do oferty linię spinningów o nazwie CityLiner. Obejmuje ona pięć odmian występujących w dwóch lub trzech wersjach długości i o różnym ciężarze wyrzutowym. Od kwietnia jestem szczęśliwym posiadaczem najlżejszego kija szczupakowego o długości 230 cm i c.w. 8-25 g. Wędka wyróżnia się zarówno parametrami, jak i materiałami, z których ją poskładano.

Blanki wykonano z wysokomodułowego węgla, uchwyt kołowrotka dostarczyła firma Fuji, linkę prowadzą świetnej jakości przelotki. Warto dodać, że wędzisko waży zaledwie 124 g, więc jest ponad dwukrotnie lżejsze od zamontowanego przy nim kołowrotka. Blank kija jest bardzo cienki.

Na krótkim, dzielonym dolniku znajdziemy okładziny z wysokiej jakości pianki, która zapewnia świetny uchwyt, nawet gdy jest mokro. Kijek wykończono pomarańczowymi pierścieniami oraz omotkami w takim samym kolorze, co w zestawieniu z ciemnografitowym blankiem przywodzi na myśl jadowite owady czy węże. Coś w tym jest, bo choć na pierwszy rzut oka wędka jest niepozorna, to drzemie w niej moc.

Sprawdzony w dziczy

Oczywiście, wbrew nazwie, CityLiner nie jest przeznaczony jedynie do miejskich łowów. Przeciwnie, doskonale sprawdza się na moim poligonie doświadczalnym, jakim jest graniczny Bug. Krótkim (230 cm) blankiem łatwo manewruje się podczas przedzierania się przez nadrzeczne krzaki, które niekiedy stanowią większą przeszkodę do pokonania, niż amazońska dżungla.

Krótki, sięgający mi ok. 3/4 długości przedramienia dolnik nie zahacza o pnącza czy niskie gałęzie. Ale najważniejsze, że dzięki minimalnej wadze i doskonałemu wręcz wyważeniu, mogę podawać przynętę jedną ręką spod siebie lub z tzw. bekhendu, a do tego bardzo precyzyjnie. Moje łowienie odbywa się bowiem przeważnie na zarośniętej i bardzo niedostępnej linii brzegowej rzeki. W takich warunkach nie potrzebuję dużego zasięgu – przynęta ląduje najczęściej w odległości nie większej niż 10-15 metrów od moich nóg.

I tu objawia się kolejna zaleta CityLinera, czyli jego duża moc przy stosunkowo niewielkim ciężarze wyrzutowym, która daje mi spokojną głowę nie tylko w przypadku przyłowu w postaci suma, ale przede wszystkim w walce z wszechobecnymi w Bugu zaczepami. Zdecydowanie do gustu przypadła mi też praca blanku pod przynętą. Tutaj znowu muszę odwołać się do jego niewielkiego c.w., bo jest rzeczą aż niewiarygodną, że tak opisane wędzisko spokojnie obsługuje niemal cały mój arsenał woblerów, gum i blach.

I nie chodzi mi tu o fakt, że spokojnie można do tego kija wiązać przynęty o masie przekraczającej 30 g, ale o to, jak blank zachowuje się podczas ich prowadzenia. Z wszelką drobnicą – wiadomo – problemu nie ma żadnego. Ale co najdziwniejsze, nie ma go też, gdy na końcu zestawu dynda ciężkie wahadło, stawiające duży opór w wodzie. Tymczasem dla tego Robinsona nie ma rzeczy niemożliwych, bo w bużańskim prądzie spokojnie radzi sobie nawet z największymi blachami.

Blank, w zależności od obciążenia, gnie się pod przynętą maksymalnie do 3/4 długości części szczytowej. W pełną parabolę (taką aż za mocowanie kołowrotka) CityLiner przechodzi dopiero pod rybą lub zaczepem. I właśnie charakterystyka jego pracy jest dla mnie największym atutem, bo w zasadzie eliminuje konieczność targania po bardzo ciężkim terenie drugiego kija.

Nie bez znaczenia jest też to, że lekkie wędzisko nie męczy ręki. W moim przypadku nie jest to rzeczą decydującą, bo chyba więcej czasu zajmuje mi zmiana miejscówki, niż jej obławianie. Ale już zabierając Robinsona na łódkę czy ponton, jego użytkownik z pewnością będzie zadowolony, że machanie tym kijem w mniejszym stopniu obciąży mu nadgarstek i kręgosłup.

Może czułość tej wędki nie jest aż tak doskonała, jak w wędziskach typu x-fast, ale uwierzcie mi, do połowu szczupaków wystarczy z dużym naddatkiem. Od maja złowiłem kilkadziesiąt tych ryb, a do brzegu nie udało mi się doholować może dwóch. To najlepiej świadczy o tym, jak świetne resorowanie ma ten patyk.

Zważywszy na powyższe, Robinson CityLiner Pike Spin stał się moim spinningiem nr 1. Oprócz niego mam do dyspozycji kijki droższe i tańsze, ale żaden z nich nie przypasował mi tak bardzo jak on, więc wszystkie poszły do kąta i coś czuję, że pozostaną tam jeszcze długo. (bm)