Morderca Moniki przed sądem

Ręka, którą dźgał Monikę nożem w brzuch, nawet mu nie zadrżała, kiedy policjanci prowadzili go na salę. Niewzruszony błyskiem fleszy obojętnie patrzył przed siebie. Przemysław K., niegdyś ceniony inżynier budowlany, oskarżony o zamordowanie z zimną krwią kobiety swego życia, stanął w ubiegłym tygodniu przed sądem.

To będzie niewątpliwie długi i żmudny proces. W Chełmie – pierwszy od lat w sprawie morderstwa z chorej miłości i zazdrości, a w całej Polsce – drugi, kiedy oskarżony (jeżeli zajdzie taka potrzeba) będzie odpowiadał przed sądem na leżąco.
Przemysław K. na pierwszą rozprawę, w środę (19 lipca), do Sądu Okręgowego w Lublinie został przetransportowany karetką pogotowia prosto z lubelskiego Aresztu Śledczego, gdzie przebywa od końca lutego. Przeniesiony z noszy na wózek inwalidzki, na salę rozpraw wjechał w asyście policjantów. Otoczony tłumem fotoreporterów, w błysku fleszy, nawet nie mrugnął. Nawet nie podniósł wzroku. Zrobił to dopiero wówczas, gdy sędzia – po krótkiej naradzie – przychylił się do wniosku jego obrońcy o wyłączenie jawności. Ze względu na dobro postępowania i osobę zmarłej, konieczność poruszania kwestii, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, a także by nie naruszyć dobrych obyczajów, cały proces będzie odbywał się za zamkniętymi drzwiami.

Inteligentny psychopata

Przemysław Wojciech K. – znany w Chełmie inżynier budowlany, przed laty – jako kierownik budowy Vendo Parku – chętnie udzielał wywiadów i opowiadał o obiekcie. Jak się po czasie okazało, w domu – za zamkniętymi drzwiami – życzliwy uśmiech znikał z jego twarzy, a mężczyzna zamieniał się w tyrana. Nie stronił też od alkoholu. Już w 2006 roku Prokuratura Rejonowa w Chełmie podejrzewała go o znęcanie się nad żoną (policja interweniowała po tym, jak rzucił się na kobietę).
Rok młodsza od męża Monika była miłością jego życia – to ją zabiło. Inteligentna i wykształcona, pracowała jako pielęgniarka w Zakładzie Karnym w Chełmie, robiła doktorat. W 2016 roku, kiedy doszło do makabrycznej zbrodni, byli 19 lat po ślubie. Nie mieli jednak dzieci. Monika, która szybko poznała prawdziwe oblicze swojego męża, nie chciała, by cierpiały tak jak ona i żyły w piekle. Sama przez wiele lat nie była w stanie od niego odejść. Omotał ją i szantażował. Nieraz kobieta uciekała do matki i siostry, ale po kilku dniach wracała do domu. Sprawił, że w jakimś stopniu czuła się współwinna. K. potrafił czekać na nią na ulicy, gdy ta wracała z pracy. Śledził, gdy szła na zakupy lub do rodziny. Podjeżdżał różnymi samochodami. Prosił i błagał, by wróciła. Obiecywał, że się zmieni. Groził, że gdy go zostawi – zabije siebie i ją. Kobieta wiedziała, że jest do tego zdolny. Nękał ją sms-ami i telefonami, szantażował, że upubliczni jej nagie zdjęcia (tysiące fotografii i wysyłanych wiadomości są teraz dowodami w sprawie o morderstwo).

To miał być koniec

K. był chorobliwie zazdrosny i przekonany, że żona go zdradza. Gdy dowiedział się o jej nowym znajomym, kompletnie oszalał. Wyzywał ją od dziw*k, ku**w i szmat. Ciągle poniżał. W maju ubiegłego roku (po tym, jak znów dotkliwie pobił kobietę) policjanci założyli rodzinie Niebieską Kartę. Monika wyprowadziła się do siostry i zaczęła szukać pomocy u specjalistów. Zrozumiała, że ten chory człowiek, którego przed laty kochała, kompletnie nią zawładnął. Choć mężczyzna dalej jeździł za nią i śledził, ona uwierzyła, że tym razem sobie poradzi. Złożyła zawiadomienie do prokuratury (uznano jednak, że brak jest znamion przestępstwa), a niedługo potem pozew o rozwód. Pragnęła zacząć życie od nowa. Wkrótce miała być wolna.

Ten ostatni bukiet róż

Mieli cztery koty. Tego feralnego dnia Przemysław zadzwonił do swojej żony i kazał jej przyjść do ich mieszkania przy ul. Mickiewicza, by je nakarmić. Mówił, że on w tym czasie przebywa ze swoją firmą budowlaną w Warszawie. Robił tak już wcześniej, więc kobieta uwierzyła. Po południu 7 lipca przyszła. Na miejscu czekał jednak K. z bukietem 19 róż (tyle, ile lat liczyło ich małżeństwo). Gdy kobieta kategorycznie oznajmiła, że do niego nie wróci i oznajmiła, że złożyła już pozew o rozwód, K. miał sięgnąć po kuchenny nóż. Kobieta w kałuży krwi konała na podłodze, a K. położył na jej ciele piękny bukiet, złożony z 18 białych róż i jednej krwistoczerwonej, symbolizującej „przełom w ich małżeństwie”.

Śledczy mają mocne dowody

K. nie przyznaje się do zbrodni. Twierdzi, że doszło do karczemnej awantury i szarpaniny, w wyniku której kobieta sama się dźgnęła (to ona miała trzymać nóż). Śledczy nie mają jednak wątpliwości – mężczyzna podstępem zwabił Monikę do mieszkania i z zimną krwią zamordował. Zatopił nóż w jej brzuchu, po czym wyjął do połowy, przekręcił i wepchnął go jeszcze głębiej. Czy kobieta byłaby w stanie zrobić to sobie sama?
Gdy ona konała na podłodze, on usiadł na krześle, pił piwo, palił papierosa i patrzył na swoje dzieło (szwagier i znajomy Moniki, którzy wpadli po wszystkim do mieszkania, zobaczyli puste opakowania). Na dłoniach Moniki znalezione zostały też ślady świadczące o tym, że kobieta broniła się przed ciosami. Powołani biegli stwierdzili, że K. był w chwili popełniania zbrodni poczytalny, nie stwierdzili u niego oznak żadnej choroby psychicznej. Co więcej, to nie było działanie w afekcie.
Miesiąc wcześniej, w czerwcu, Monika przyszła do mieszkania przy ul. Mickiewicza po resztę swoich rzeczy. Był z nią jej szwagier, który filmował wszystko na wypadek, gdyby później K. miał ich oskarżać, że coś mu zginęło. Przemysława również miało wtedy nie być w domu. W pewnej chwili wyszedł jednak z pomieszczenia, trzymając coś za plecami (szwagier Moniki jest przekonany, że był to nóż i już wtedy miało dojść do zbrodni). Na widok mężczyzny z włączoną kamerą w telefonie, zaczął oboje wyrzucać z mieszkania. Teraz to nagranie również jest dowodem w sprawie przeciwko niemu. K. grozi dożywocie.

Morderca liczy na litość

Po zabójstwie żony K. pociął sobie nożem ręce i podciął nadgarstki. Po wypiciu piwa wyskoczył przez balkon swego mieszkania na 3 piętrze. Przeżył, bo karetka została wezwana niemal natychmiast. Miał połamane obie nogi, miednicę, uszkodzony kręgosłup. Po operacji lekarze trzymali go w śpiączce farmakologicznej. Trafił do szpitala więziennego w Łodzi.
Rok po tych makabrycznych wydarzeniach przy ul. Mickiewicza morderca wciąż nie odzyskał pełnej sprawności. Wychudzony, na wózku inwalidzkim, kompletnie nie przypomina pewnego siebie tyrana domowego. W pozycji siedzącej może spędzić nie więcej niż 2 godziny dziennie, dlatego żadna z rozpraw ma nie być przeciągana w czasie. W razie potrzeby K. przed sądem będzie odpowiadał z leżanki. Czy w trakcie procesu coś w nim drgnie i przyzna się do winy?

Przeklęte mieszkanie

Mieszkanie w boku przy ul. Mickiewicza należało do rodziny K. Miejsce, w którym dokonał tej straszliwej zbrodni, przed laty było świadkiem innej rodzinnej tragedii. Samobójstwo popełnił w nim brat Przemysława K.  Paulina Ciesielska (fot. LK, PC)