Można było uniknąć tej tragedii

Nieszczęśliwy wypadek czy narażenie na utratę zdrowia bądź życia? Policja jeszcze nie wie, w którym kierunku zmierza dochodzenie w sprawie ataku rozwścieczonych rottweilerów na 64-latkę. Dotkliwie pogryziona dochodzi do siebie w szpitalu, a psy w dalszym ciągu są pod opieką 87-letniego właściciela (!).


Jeden z rottweilerów nie był szczepiony na wściekliznę, a oba wychodzą na ulicę, kiedy chcą. Pozostaje czekać na kolejne nieszczęście. Gdzie są straż miejska i policja?

Poszarpane nogi, ręce i brzuch. Tak dziś wygląda 64-latka, która systematycznie odwiedzała starszego pana z ulicy Lotniczej. Z uwagi na sędziwy wiek mężczyzny (87 lat) pomagała mu w domu, opiekowała się nim i karmiła jego psy – dwa duże rottweilery. Do niedzieli (31 marca).

Jak podaliśmy w poprzednim wydaniu, właśnie tamtego feralnego popołudnia, ni stąd ni zowąd, psy rzuciły się na bezbronną 64-latkę. Podobno stało się to w momencie, gdy oboje z właścicielem byli na podwórzu, a starszy pan wyciągnął aparat, by zrobić pupilom i znajomej pamiątkowe zdjęcia. 87-latek próbował odciągać agresywne zwierzęta od ofiary, co przypłacił raną ręki.

– Rottweilery nie bez powodu znalazły się na liście psów agresywnych. Nie jest to rasa dla każdego. Ich opiekun musi się wykazywać spokojem i stanowczością. To zwierzęta, które wymagają stałego kontaktu i kontroli człowieka, a przede wszystkim systematycznej pracy nad nimi. Powinny być szkolone na posłuszeństwo, ale niestety w Polsce nie ma takiego obowiązku.

Pod żadnym pozorem nie powinny być natomiast pozostawione same sobie, w kojcach, bo wówczas wytwarza się między nimi hierarchia. Wykorzystują słabość i próbują dominować, by rozszerzyć swoje terytorium. Przede wszystkim charakteryzuje je wysoki próg pobudliwości. Mogą przez długi czas tolerować niechciane przez siebie zachowania, ale są bardzo pamiętliwe. Nie zareagują od razu na nadepnięcie na łapę czy szarpnięcie za ucho, ale kumulują w sobie emocje na długo.

W pewnym momencie wystarczy, że ktoś źle się na nie spojrzy i zaatakują. Od razu, bez jakiegokolwiek sygnalizowania zamiaru, bez warczenia czy stroszenia sierści. W trakcie walki wpadają w furię. Przykładowo, gdy atakujący owczarek dostanie cios, zacznie piszczeć. Rottweilery nie czują bólu, a obrona ofiary wyzwala w nich jeszcze większą agresję – wyjaśnia specyfikę tej rasy Mariusz Kluziak, starszy inspektor Chełmskiej Straży Ochrony Zwierząt.

Gdy (ze względu na stan zdrowia poszkodowanej) policjantom udało się wreszcie porozmawiać z przebywającą na szpitalnym oddziale pogryzioną kobietą, ta opowiedziała im, że zazwyczaj psy siedzą właśnie zamknięte kojcu. Wygląda jednak na to, że nie jest to do końca prawda. Jak przyznaje Marek Huk ze straży miejskiej, dyżurny odbierał w przeszłości telefony o rottweilerach biegających po ulicy Lotniczej i stwarzających zagrożenie. Podczas ostatniej interwencji 87-letni właściciel psów odmówił przyjęcia mandatu, sprawa trafiła na wokandę, a sąd nałożył na mężczyznę 300 zł grzywny.

– Nie bójmy się zgłaszać policji przypadków biegających swobodnie zwierząt, które mogą być niebezpieczne – apeluje podkom. Ewa Czyż, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Chełmie.

Zaraz po ataku, gdy sąsiedzi zobaczyli leżącą we krwi kobietę i zawiadomili służby, na miejsce wezwano odławiacza. Psy były tak rozjuszone i agresywne, że policjanci nie byli nawet w stanie dojść do domu ich właściciela. Mimo to, choć powinny zostać odizolowane, nikt ich nie zabrał. W dalszym ciągu są pod opieką 87-letniego mężczyzny, który sam nie jest w pełni sił.

– To psy właścicielskie, zadbane. Nie mamy prawa ich zabrać. Odpowiedzialność leży po stronie właściciela – kwituje Mirosław Blacha, administrator chełmskiego schroniska.

Rottweilery zostały poddane 15-dniowej obserwacji lekarza weterynarii. Oznacza to, że raz na trzy dni w domu starszego pana pojawia się weterynarz i sprawdza, czy psy są w kojcu oraz jak się zachowują.

– Są badane w kierunku wścieklizny z tego względu, że tylko jeden z nich był regularnie szczepiony – mówi Agnieszka Lis, powiatowy lekarz weterynarii w Chełmie.

Między kolejnymi wizytami weterynarza w dalszym ciągu, jak donoszą mieszkańcy os. Działki, psy robią, co chcą, i chodzą, gdzie chcą. Niemożliwe, by były w stanie przeskoczyć wysokie ogrodzenie z cegły, więc albo są celowo wypuszczane, by się wybiegały i załatwiły, albo furtka nie jest poprawnie zamknięta. – Strach przejść, nawet gdy są za bramą. A już tym bardziej z innym psem. Od razu rzucają się na bramę. Gdyby wyskoczyły, chyba od razu by rozszarpały – mówi okoliczny mieszkaniec.

Decyzję o zabraniu zwierząt od starszego pana, który fizycznie nie jest w stanie zapanować nad nimi, może podjąć sąd na wniosek policji. – Postępowanie trwa. Jeszcze nie wiadomo, czy sprawa zostanie zakwalifikowana w kierunku nieszczęśliwego wypadku czy narażenia kobiety na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – tłumaczy podkom. Czyż i dodaje, że funkcjonariusze czekają na opinię weterynarza prowadzącego obserwację psów.

Jednak – zgodnie z tym, co mówi A. Lis – opinię o tym, czy pies jest agresywny, może wystawić na potrzeby policji w każdym momencie każdy weterynarz, nie tylko z PIW. Policjanci bronią się, że wcześniej nie słyszeli sygnałów o groźnych i biegających swobodnie psach. Ale skoro o problemie wiedziała straż miejska, dlaczego nie skontaktowała się z komendą policji? Możliwe, że gdyby służby nie zbagatelizowały faktu, że 87-latek (!) opiekuje się dwoma niebezpiecznymi rottweilerami, udałoby się uniknąć tragedii. Pozostaje liczyć, że zmobilizują się, nim dojdzie do kolejnego ataku. (pc)