Największy sukces chełmskiego sportu

We wrześniu miną 32 lata od zdobycia przez Andrzeja Głąba tytułu wicemistrza olimpijskiego w zapasach. To jedyny medal wywalczony na igrzyskach przez mieszkańca Chełma. – Nastawiłem się, że jadę do Seulu po medal i się udało, choć początkowo był niedosyt, że to nie złoto – wspomina w rozmowie z Nowym Tygodniem utytułowany zapaśnik.

Andrzej Głąb urodził się w 1966 r. w Chełmie. Że chce trenować zapasy, zrozumiał dopiero w szkole średniej. – Poszedłem do Zespołu Szkół Technicznych w Chełmie, gdzie działała szkółka zapaśnicza. Z ciekawości udałem się na trening i wsiąkłem, zapasy bardzo mi się spodobały, od razu zacząłem je trenować. Podobały mi się zwłaszcza ćwiczenia akrobatyczne – wspomina chełmianin. Pierwszym trenerem Głąba był Krzysztof Łoś. Młody Andrzej szybko zaczął odnosić sukcesy. Był wielokrotnym mistrzem Polski juniorów w zapasach i bardzo szybko, bo już w 1982 r. (miał zaledwie 16 lat) trafił do kadry. – Świetny technik, dynamiczny, szybki, o największym atucie w postaci rzutu przez ramię.

Jest autorem jednej z największych niespodzianek w historii naszych zapasów – tak Andrzeja Głąba scharakteryzowano na stronie Polskiego Związku Zapaśniczego. Owa „niespodzianka” to bez wątpienia srebro podczas igrzysk olimpijskich w Seulu w 1988 r. Ale czy to na pewno niespodzianka? Na mistrzostwach świata w 1986 r. chełmianin był piąty, a rok później otarł się o medal i zajął niewdzięczną, czwartą pozycję. W 1988 r. był więc w grupie najlepszych zapaśników na świecie.

– Do Seulu w mojej kategorii wagowej 48 kg przyjechało 10 zawodników. Wszyscy mówili, że mają szanse na medal, ale nikt chyba nie mówił, „ja tu przyjechałem po złoto”. Tymczasem ja otwarcie mówiłem, że jestem w Korei po to, by stanąć na podium – wspomina Głąb. W pierwszej walce 22-letni wówczas chełmianin pewnie (10:5) pokonał Meheddina Allahverdiyeva, reprezentującego dawny ZSRR. W drugiej nie dał szans Izraelczykowi Dow Grobermannowi (16:7), w trzeciej rozbił (49:5!) Węgra Józefa Farago, a w czwartej Syryjczyka Chalida al-Faradża (10:5) i pewnie awansował do finału. Tam, niestety, lepszy od niego okazał się Włoch Vincenzo Maenza, który wygrał z chełmianinem 3:0. Zawodnik z Italii bronił wówczas olimpijskiego złota wywalczonego w 1984 r. w Los Angeles. Medal, srebrny, zdobył też na igrzyskach w Barcelonie w 1992 r.

– Pamiętam, że gdy odbierałem srebrny medal, czułem się nieswojo, chyba nawet się nie cieszyłem, radość i świadomość tego, co udało mi się osiągnąć, przyszła później – wspomina Andrzej Głąb. Olimpijskiego medalu gratulował mu wówczas nie tylko cały Chełm (w mieście zgotowano panu Andrzejowi huczne powitanie), ale i podczas specjalnej audiencji sam papież Jan Paweł II. – To był wspaniały czas, nie tylko sportowe sukcesy i spełnianie marzeń, ale i możliwość poznania wielu znanych osób, np. Kanadyjczyka Bena Johnsona, legendarnego lekkoatlety, później przyłapanego na stosowaniu dopingu – zauważa chełmianin.

Srebro igrzysk olimpijskich było największym sportowym sukcesem Andrzeja Głąba. Zajął jeszcze piąte miejsce na mistrzostwach świata w 1989 r., a na mistrzostwach Europy był dwa razy czwarty (1988 i 1989 r.). W 1993 r. zakończył sportową karierę i zajął się szkoleniem młodzieży. Przez jakiś czas był asystentem trenera kadry narodowej zapasów, ale ostatecznie wrócił do Chełma i do dziś związany jest z tutejszym Cementem Gryf. Wyszkolił wielu młodzieżowych reprezentantów i mistrzów Polski, za największe obecnie talenty chełmskich zapasów uważa Szymona Szymonowicza, Igora Shepetuna, czy Piotra Lewandowskiego.

– Jak będą ciężko trenować mogą w tym sporcie osiągnąć naprawdę wiele – podkreśla. Chełmianin zauważa, że wiele zawdzięcza właśnie zapasom. Także to, że zwiedził niemal cały świat. – Gdzie ja nie byłem, chyba tylko w Australii i w Ameryce Południowej – śmieje się. Poza zapaśniczą matą lubi ciszę i spokój. Najchętniej odpoczywa na łonie natury z dala od cywilizacyjnego zgiełku. Karol Garbacz