Nerwy pod przychodnią

– Czy to w ogóle jest zgodne z prawem? – zastanawia się nasza Czytelniczka, która w weekend w Świdniku próbowała dostać się do lekarza nocnej i świątecznej opieki medycznej. Kobiecie zależało, aby zbadano jej ojca, który od kilku dni kaszlał. Nie udało się. Lekarz udzielił teleporady i zapisał antybiotyk. W efekcie lek pomógł, ale kobiecie trudno zrozumieć, dlaczego pacjenci są traktowani w taki sposób.

– Od wielu osób słyszałam opowieści o tym, jak traktowani są teraz pacjenci zgłaszający się po pomoc do lekarza pierwszego kontaktu, a ostatnio miałam „przyjemność” doświadczyć tego osobiście – opowiada jedna z naszych Czytelniczek. – Tato się przeziębił, od kilku dni miał suchy kaszel, nie miał za bardzo apetytu, przez co trochę osłabł, choć zaznaczam, że smaku i węchu nie stracił. Nie miał też gorączki. Jak to starszy człowiek, najpierw nie chciał jechać do lekarza, a w sobotę doszedł do wniosku, że chyba jednak trzeba. Zadzwoniłam do swojej przychodni, ale nie było już miejsc i poradzono mi, abym dzwoniła do nocnej i świątecznej opieki medycznej przy szpitalu, bo tam powinni nas przyjąć.

Jak mówi świdniczanka, dzwoniła kilkukrotnie, ale nikt nie odbierał, więc postanowiła, że pojedzie na miejsce.

– Pomogłam tacie się ubrać, opatuliłam go i pojechaliśmy. Dzwoniliśmy do drzwi. Przez domofon odezwała się pani recepcjonistka, wyjaśniłam, że przywiozłam chorego ojca i chciałabym, aby lekarz go osłuchał. Powiedziała, że najpierw powinnam zadzwonić, tłumaczyłam, że dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Zarejestrowała mnie na teleporadę i kazała czekać na telefon od lekarza. Byłam pewna, że lekarz nas przyjmie, tym bardziej, że byliśmy przecież pod przychodnią, ale dostaliśmy tylko receptę na antybiotyk. Pani doktor pytała, jakie tato ma objawy, tłumaczyła, że sytuacja jest trudna, trzeba uważać i nie może go przyjąć. Powiedziała też, że jeśli w ciągu trzech dni nie będzie poprawy, tato powinien zrobić test na covid, a gdyby mu się pogorszyło i traciłby oddech, to nie przyjeżdżać już do nich, tylko od razu dzwonić po karetkę. Choć prosiłam, nie zapisała też tacie nic na wzmocnienie. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić do domu.

Dyrekcja świdnickiego szpitala tłumaczy, że trudno jej odnieść się do tej sytuacji, nie znając relacji dwóch stron, a żadna oficjalna skarga dotycząca takiego zdarzenia nie wpłynęła do sekretariatu.

– W tej chwili wszędzie jako pierwsza udzielana jest teleporada, niemniej jednak, jeżeli pacjent zgłasza jakieś poważne dolegliwości, powinien być przez lekarza przyjęty. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie został. Być może po przeprowadzeniu wywiadu w czasie teleporady, lekarz uznał, że może to być zwykła infekcja. Nasi lekarze są dalecy od tego, aby nie przyjmować pacjentów, ale przypominam, że pomoc udzielana u nas jest doraźna. Jeśli dzieje się coś niepokojącego, pacjent powinien udać się do lekarza rodzinnego, który go zna, wie jakie ma choroby i jakie leki przyjmuje – mówi Barbara Stefaniak-Klimek, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w SP ZOZ w Świdniku.

Na szczęście w połowie ubiegłego tygodnia tato naszej Czytelniczki poczuł się już lepiej. Kobieta ma jednak żal, że lekarze odgrodzili się od pacjentów.

– Czy to jest służba zdrowia? Czy dziś nie można chorować na nic innego, tylko na covida? Naprawdę aż tak bardzo boją się przyjmować pacjentów? Przecież służba zdrowia ma ochronę, maseczki, przyłbice, kombinezony, rękawiczki itd. Co mają powiedzieć kasjerki w sklepach, które mają do czynienia z setkami klientów dziennie? Sama pracuję w służbie zdrowia i widzę co się dzieje. Niestety większość lekarzy w instytucjach państwowych zabarykadowała się i załatwia sprawy przez telefon, a później w prywatnych gabinetach nie boją się przyjmować ludzi. I to jest okropne – komentuje świdniczanka. (w)