Nie ma się już czego bać…

Przynajmniej tak w ubiegłą środę, na wiecu w Tomaszowie Lubelskim, stwierdził premier Mateusz Morawiecki oceniając sytuację epidemiczną w kraju i zachęcając, by 12 lipca tłumnie iść na wybory. Epidemiolodzy i wirusolodzy są jednak bardziej sceptyczni i napominają, że za wcześnie, by lekceważyć koronawirusa. Poza Europą, w tym ponownie w USA, notuje się rekordowe liczby nowych zakażeń.

Rząd już raz, pod koniec maja, stwierdził, że epidemia jest opanowana, po czym przez miesiąc codziennie w kraju notowano grubo ponad 300 nowych przypadków COVID-19 (głównie na Śląsku), czyli najwięcej od początku epidemii. Od dwóch tygodni statystyki faktycznie się poprawiają i dzienny przyrost zakażeń spadł poniżej 300, to jednak specjaliści przestrzegają, że wojna z wirusem jeszcze nie została wygrana.

W ubiegłym tygodniu w kraju odnotowano 1950 nowych przypadków SARS-CoV-2, czyli średnio prawie 278 dziennie. Tym samym od początku epidemii liczba stwierdzonych zakażeń wzrosła do 35 900, ale ponad 23 120 osób wyzdrowiało (w ciągu tygodnia ponad 3900). Niestety przez ostatni tydzień liczba zgonów zwiększyła się z 1430 do 1517. W naszym województwie liczba stwierdzonych od początku epidemii zakażeń wzrosła do 691 (o 61 w ciągu tygodnia), przypadków śmiertelnych do 18 (o 1), a ozdrowieńców do 528 (o 28).

W niemal całej Europie krzywa zachorowań albo wypłaszczyła się albo spada, ale na świecie w ubiegłym tygodniu odnotowano kolejny rekord nowych zakażeń – ponad 1,4 mln (od początku pandemii do przeszło 11,2 mln). Najwięcej chorych przybyło w USA (w ciągu tygodnia przeszło 400 tys. do ponad 2,8 mln), gdzie spadająca w maju i czerwcu krzywa zachorowań znowu rośnie, Brazylii (prawie 300 tys. do niemal 1,6 mln) i innych krajach Ameryki Łacińskiej, Rosji (odnotowano już ponad 680 tys. przypadków) oraz Indii (przeszło 673 tys. zachorowań). RD