Niepotrzebna premiera

Z bliżej nieznanych powodów lubelski Teatr Muzyczny na pierwszą „dorosłą” premierę pod dyrekcją Iwony Sawulskiej wybrał sztukę za poważną (i nudną) dla dzieci, a zbyt infantylną dla dorosłych.
Co gorsza, kierownictwo operetki wymyśliło sobie wyważanie otwartych drzwi, wystawiając adaptację „Ani z Zielonego Wzgórza” wyraźnie gorszą (zwłaszcza obsadowo) od znakomitego przedstawienia znanego lubelskiej publiczności dzięki Teatrowi Kameralnemu.
Oczywiście, cieszy każde wzbogacenie mocno już wysłużonego repertuaru Teatru Muzycznego, który choć wrócił na swoje dawne śmieci przy ul. Skłodowskiej, jakoś wciąż nie potrafi się odnaleźć i nie ma nic naprawdę nowego do zaproponowania coraz mocniej znudzonej lubelskiej widowni. Spektakl o sympatycznej Ani Shirley, choć ma jaśniejsze momenty (zwłaszcza kostiumy Magdaleny Baczyńskiej vel Mróz, która jest mocnym atutem naszej operetki), a także przynosi kilka półuśmiechów (zwłaszcza gdy na scenie pojawia się naprawdę zabawny i uroczy Jarosław Cisowski jako Pan Phillips).

Swoją szansę dobrze też wykorzystuje Paweł Stanisław Wrona (Mateusz Cuthbert), natomiast odtwórczynie tytułowej roli (Patrycja Baczewska, Magdalena Kunce) trudno określić inaczej niż jako… charakterystyczne. Generalnie jak na sztukę muzyczną „Ania…” jest za bardzo przegadana, a jak na dramatyczną – źle ustawiona i wyreżyserowana. Mści się też słabe zgranie orkiestry z dyrygentem (Łukaszem Sidorukiem). Słowem – mamy do czynienia ze zdecydowanie niewykorzystaną przez teatr szansą i sztuką, na której równie nudzić się będą i rodzice, i dzieci. TAK