Piłeś? Nie jedź! (nie dotyczy prokuratora)

Prokurator w stanie spoczynku, Andrzej B. z Chełma, decyzją sądu nie trafi do więzienia za jazdę po alkoholu ulicami miasta. Wyrok jest nieprawomocny. Czy śledczy złożą apelację? Co, gdyby B. po raz kolejny doprowadził do wypadku, w którym ucierpieliby niewinni?

Zakończył się proces przeciwko Andrzejowi B. (62 lata), trwający od kilku lat przed Sądem Rejonowym w Chełmie. Prokurator w stanie spoczynku odpowiadał za zdarzenie z 16 listopada 2013 roku. Policjanci zatrzymali go wówczas na jednej z ulic w mieście (ktoś zauważył jadącego wężykiem VW Passata i powiadomił dyżurnego komendy). Nie chciał rozmawiać z mundurowymi.

Mało tego, był agresywny i zaczął stawiać opór podczas zatrzymania, dlatego policjanci musieli użyć siły. Wyciągnęli go z auta, przewrócili na ziemię, skuli i zawieźli do komendy. Tam w końcu dał się przebadać alkomatem (wydmuchał ponad dwa promile), ale w pewnym momencie wyciągnął legitymację prokuratorską. Zasłaniając się immunitetem, próbował uniknąć odpowiedzialności za swoją nieodpowiedzialność. Bezradni funkcjonariusze odwieźli pijanego do domu jego matki.

Kiedy wreszcie na początku 2014 roku B. udało się pozbawić immunitetu, a śledczy z Lublina mogli nakazać doprowadzenie „kolegi po fachu” do prokuratury, by postawić mu zarzut prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu, okazało się, że mężczyzna zniknął. Nie odbierał wezwań na przesłuchanie, a w domu matki go nie było. Policjanci szukali go około półtora miesiąca. W końcu matka B. powiedziała, że syn przebywa w jednym z lubelskich szpitali. Prokuratura skontaktowała się z ordynatorem wskazanego oddziału, a ten potwierdził, że leży na nim Andrzej B. Pod koniec listopada 2014 roku, leżąc na szpitalnym łóżku, B. usłyszał zarzut.

Sprawa trafiła na wokandę, ale B. nie przyznawał się do winy. Tłumaczył się „pomrocznością”. Mówił, że tuż przed całym zajściem opuścił szpital. Miał potem problemy z zaśnięciem, więc kupił cztery piwa, z czego wypił tylko jedno – więcej nie pamiętał. Jak dodał, może dlatego, że nie wziął przepisanych mu już dawno leków….

Andrzejowi B. groziło nawet do dwóch lat więzienia. Teraz, po latach procesu, sąd wydał wyrok: 10 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Do tego dwuletni zakaz prowadzenia pojazdów i 5 tysięcy złotych grzywny. Wyrok jeszcze się nie uprawomocnił. Nie wiadomo, czy prokuratura zdecyduje się na apelację.

Czołówka z BMW

Tak niski wyrok w stosunku do tego, który powinien dawać przykład swoją postawą, bulwersuje tym bardziej, że nie był to pierwszy raz, gdy Andrzej B. wsiadł za kierownicę po alkoholu. Zresztą nawet w czasach pracy w prokuraturze był znany z zamiłowania do procentów, co miało się nasilić po rozstaniu z żoną. Dziesięć lat przed tamtymi wydarzeniami (nocą, w 2004 r.) na prostym odcinku drogi w Nieliszu pod Zamościem doprowadził do czołówki z BMW.

Sam został wtedy ranny, trafił do szpitala ze złamaną nogą i wstrząsem mózgu. Kierowca i pasażerka drugiego samochodu odnieśli ogólne potłuczenia. Wtedy B. nie zasłaniał się immunitetem. Badanie wykazało, że miał 2,16 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Został zawieszony w wykonywaniu czynnościach służbowych, a prokuratura wszczęła postępowanie karne. Tyle że sąd umorzył sprawę z powodu przedawnienia. B. przeszedł w stan spoczynku, oficjalnie z powodu problemów zdrowotnych. (pc)