Policjant podejrzany o gwałt

Przed laty zasiadał na ławie oskarżonych za przestępstwa na tle seksualnym, ale sąd go uniewinnił. Oczyszczony z wszelkich zarzutów wrócił do służby i… zgwałcił ponad dwa razy młodszą od siebie dziewczynę. Komisarz Piotr S. konsekwentnie nie przyznaje się do winy, ale śledczy nie mają żadnych wątpliwości.

(10 października) Do policji wpłynęło anonimowe zgłoszenie o tym, że jeden z funkcjonariuszy wydziału prewencji w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Lublinie dopuścił się gwałtu. Ofiarą miała być 20-letnia dziewczyna z powiatu chełmskiego (ze względu na charakter sprawy nie podajemy nazwy miejscowości, z której pochodzi dziewczyna), bliska znajoma zgłaszającej, która zwierzyła się jej z traumatycznych przeżyć.

Jeszcze tego samego dnia o czynie, którego miał dopuścić się komisarz Piotr S., dowiedziało się Biuro Spraw Wewnętrznych Policji. Funkcjonariusz został zawieszony w obowiązkach służbowych do czasu wyjaśnienia sprawy, a materiały w jego sprawie trafiły na biurko śledczego z Prokuratury Rejonowej w Krasnymstawie (z terenu właściwości jednostki pochodzi ofiara). Bardzo prawdopodobne jednak, że sprawę niebawem przejmie Prokuratura Okręgowa w Zamościu. Na razie, w piątek (12 października), Piotr S. (45 lat) został doprowadzony do PR w Krasnymstawie i przesłuchany. Usłyszał zarzut gwałtu, ale nie przyznał się do winy.

Złożył obszerne wyjaśnienia na temat własnej wersji wydarzeń tamtego wieczora. Śledczy nie mają jednak wątpliwości, co do jego winy, a – jak mówią – dowody na tyle uprawdopodobniły popełnienie przestępstwa, że wystąpili do Sądu Rejonowego w Krasnymstawie z wnioskiem o osadzenie podejrzanego w areszcie. Następnego dnia (w sobotę, 13 października) sąd przychylił się do wniosku, a S. trafił za kratki. Docelowo spędzi tam przynajmniej najbliższe trzy miesiące, choć prokuratura spodziewa się, że szybko do Sądu Okręgowego w Zamościu wpłynie zażalenie podejrzanego lub jego obrońcy na decyzję o areszcie. Liczą jednak, że również „okręgówka” uzna zebrany materiał dowodowy za wystarczający. Poza tym istnieje realne zagrożenie, że po wyjściu z celi Piotr S. mógłby próbować wpłynąć na ofiarę, by ta wycofała zeznania przeciwko niemu.

– By ograniczyć stres, przesłuchanie pokrzywdzonej odbyło się przed sądem przy udziale biegłego psychologa, bez podejrzanego oraz jego obrońcy – wyjaśnia Rafał Kawalec, Prokurator Okręgowy w Zamościu.

O samych okolicznościach popełnienia przestępstwa śledczy nie mówią zbyt wiele ze względu na dobro sprawy i ochronę 20-latki. Wiadomo, że dziewczyna nie była w żaden sposób związana ze swoim oprawcą. Po prostu tego dnia przebywali we wspólnym towarzystwie. Wiedziała też, że jest on policjantem.

Wszystko działo się w niedzielę w nocy (7 października). Ot tak w małej miejscowości pod Chełmem zebrała się grupa wspólnych znajomych (choć śledczy oficjalnie tego nie potwierdzają, wygląda na to, że podejrzany o gwałt policjant również pochodzi stąd). Po jakimś czasie, wykorzystując ustronne miejsce i to, że nikt z grupy nie może go zobaczyć i powstrzymać, S. miał wykorzystać 20-latkę. Nie wiadomo, czy po wszystkim groził jej i próbował zastraszyć.

Prokurator oskarżył, sąd uniewinnił

18 lat stażu w służbie i… niejedna rysa na mundurze. Z pewnością decyzję o wszczęciu wewnętrznego postępowania w kierunku wydalenia ze służby komisarza Piotra S. przyspieszył fakt, że mężczyzna w przeszłości był już oskarżony o przestępstwa seksualne.

Ponad dziesięć lat temu, jako policjant drogówki, S. zatrzymywał na trasie kobiety, nagabywał i żądał od nich numeru telefonu. Potem nękał je setkami SMS-ów (jednej wysłał ponad 400) i telefonami, składając „gorące propozycje”. Jedna z kobiet miała dość telefonicznego flirtu i zgłosiła sprawę policji. Zaraz potem namierzono 3 inne ofiary żigolaka w mundurze. Śledczy postawili S. zarzuty przekroczenia uprawnień i nękania, uznając, że wykorzystywał mundur do zdobywania kolejnych partnerek seksualnych. Policjant przyznał się, a sprawa trafiła na wokandę lubelskiego sądu.

Jednak w opinii sędziego, spotykając się z kobietami, S. nie działał jako funkcjonariusz publiczny, poza tym nie można było mówić o zmuszaniu pań do udostępnienia mu własnego numeru telefonu – działo się to za obopólną zgodą. Mimo to, sąd ocenił, że S. dopuścił się przestępstwa, grożąc jednej z kobiet przedmiotem przypominającym broń, że zastrzeli ją, jeśli powie komukolwiek o ich „relacjach”. Ostatecznie jednak w 2013 roku wydalony ze służby został prawomocnie uniewinniony i wrócił do pracy w KWP, trafiając z drogówki do prewencji. Teraz grozi mu nawet do 12 lat więzienia. (pc)