Położna z fantastycznym piórem

Pati Maczyńska

Jako mała dziewczynka chciała śpiewać i grać na instrumentach. Później zaczęła tańczyć i sądziła, że z tym zwiąże swoją przyszłość. Stało się inaczej. Została położną, a po godzinach oddaje się pisaniu. Lubi mroczne klimaty, tajemnice i słowiańskie legendy, jednak jej największą pasją są podróże i właśnie z nich czerpie pomysły na swoje książki. Wydała już dwie, a w przygotowaniu jest kolejna. Mowa o świdnickiej pisarce Patrycji (Pati) Maczyńskiej.


„Oriana, trzydziestoparoletnia przedszkolanka, wiedzie spokojne, poukładane życie, samotnie wychowując ukochanego syna (…). Jej pasją, którą dzieli ze swoim jedynakiem oraz kilkorgiem przyjaciół, jest odkrywanie miejsc związanych z historią, dotykanie śladów minionego czasu. Wyprawa do Nowin Horynieckich w poszukiwaniu Świątyni Słońca to długo wyczekiwana i planowana podróż, po której bohaterka wiele się spodziewa. Nie przypuszcza jednak, że jest ona w istocie misją, która zmieni jej dotychczasowe życie (…)” – to krótki opis fabuły „Południcy ze Świątyni Słońca”, opublikowanej w 2015 roku, pierwszej powieści pochodzącej ze Świdnika Pati Maczyńskiej.
Sama autorka powieści przyznaje, że nigdy nie marzyła o tym, aby zostać pisarką, tym bardziej, że kiedy była dzieckiem, nauka czytania i pisania nie przychodziły jej łatwo.
– Jako mała dziewczynka chciałam śpiewać i grać na instrumentach – mówi Pati Maczyńska. – Miałam w tej dziedzinie nawet drobne sukcesy. Nigdy nie chodziłam do szkoły muzycznej, ale tato uczył mnie podstaw gry na instrumentach. W końcu zaczęłam tańczyć i myślałam, że właśnie z tym zwiążę swoją przyszłość. Niestety problemy zdrowotne uniemożliwiły mi kontynuowanie tej pasji. W liceum zaczęłam dla zabawy wymyślać historyjki. Pisałam wiersze, jeden nawet został opublikowany bez mojej wiedzy w lokalnej prasie. Nigdy nie sądziłam jednak, że napiszę książkę. Mam zdiagnozowaną dysleksję, dysgrafię i dysortografię. Nauka liter to był koszmar, a składanie ich w słowa – jeszcze większy. Jakoś nigdy nie chciały się ustawić we właściwej kolejności. Dodajmy do tego niezdiagnozowaną wadę wzroku i… „Houston, mamy problem”. Na szczęście rodzice byli bardzo cierpliwi. To były czasy, kiedy nikt nie słyszał o żadnych dysfunkcjach. Przez okres szkoły zawsze miałam problem z czytaniem i pisaniem. Do tej pory czytam dość wolno, a pisząc, zamieniam litery. Muszę się bardzo pilnować, ale w dobie komputerów i automatycznej korekty tekstu to przestał być duży problem.
W połowie tego roku pojawiła się „Klątwa Nawii”, druga z książek Patrycji, będąca kontynuacją losów bohaterów „Południcy…”. Obie ciekawie łączą w fabule dzieje starożytne, legendy i podania oraz współczesność. Jak wyjaśnia autorka, pomysł na takie połączenie zrodził się z fascynacji przeszłością ziem polskich i kulturą dawnych Słowian
– Pomysł zrodził się kilka lat temu, podczas podróży na Roztocze, konkretnie do Świątyni Słońca w Nowinach Horynieckich. Od zawsze lubiłam mroczne klimaty i tajemnice. Kiedy dowiedziałam o tym miejscu, zagubionym gdzieś poza szlakiem, w dodatku o powiązanych z nim demonach, zapragnęłam je zobaczyć. Przekonałam przyjaciół, abyśmy tam pojechali i… nastąpiło wielkie rozczarowanie. Świątynia Słońca była zupełnie nieoznakowana. Nie figurowała na żadnych widokówkach, w żadnych folderach turystycznych. Jednak samo miejsce miało w sobie jakąś magię. Może dlatego, że nie było o nim wiadomo zbyt wiele. To pozostawiało ogromne pole dla wyobraźni. I tak zaczął kiełkować pomysł na powieść. To nie mógł być przypadek, że to właśnie ja tam dotarłam – mówi Pati Maczyńska.
Patrycja urodziła się w Świdniku. Tu też się wychowała i mieszka. Bliski jej sercu jest także Nałęczów, skąd pochodzą jej rodzice i dziadkowie. Sama chętnie sięga po fantastykę, bo ta pozwala oderwać się od codzienności. Na liście jej ulubionych utworów znajdują się m.in. „Władca Pierścieni” czy „Harry Pottera”. Ale lubi także inną literaturę, np. książki Kathy Reichs, autorki medycznych kryminałów i Dana Browna. Inne książki – jak zaznacza – nie są dla niej inspiracją. Te czerpie z podróży.
– W tej literaturze fantasy, którą znam, brakowało mi jednak naszych rodzimych demonów. W dzieciństwie spędzałam sporo czasu z babcią, która opowiadała mi wiele lokalnych – nałęczowskich – legend. Nie chciałam, aby takie perełki odeszły w zapomnienie. Połączyłam to wszystko w całość, bo przecież wiele naszych przesądów, rytuałów, legend, ma swoje źródło w naszych słowiańskich korzeniach – tłumaczy pisarka.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w połowie przyszłego roku ukaże się kolejna książka świdniczanki. Jej akcja będzie toczyć się w Nałęczowie, na Roztoczu i w powiecie świdnickim. Znajdą się w niej odwołania m.in. do średniowiecznych kurhanów, odkrytych niedawno w miejscowości Podzamcze w gminie Mełgiew.
– Jeśli chodzi o „Skarb Szeptuchy”, bo właśnie taki będzie nosić tytuł ta książka, to proces wydawniczy dopiero się rozpoczął. Niestety trwa on pół roku. Chciałam w niej przedstawić więcej, moim zdaniem, ciekawych miejsc, przybliżyć nieznane miejscowe legendy i opowieści, nawiązać do ostatnich odkryć z naszego regionu. Uważam, że są naprawdę warte uwagi. Poruszam w niej też tematykę trudnych czasami relacji w rodzinie – mówi autorka.
Z wykształcenia i zawodu Patrycja jest położną. Na co dzień pracuje na oddziale onkologicznym. Lubi swoją pracę, ale nie ukrywa, że jest bardzo obciążająca, fizycznie i psychicznie. Pisanie jest dla niej odskocznią. Pozwala przenieść się w inny świat; oderwać od rzeczywistości. Jednak zastrzega, że pisanie to nie odpoczynek – odpoczywa, podróżując i zbierając materiały do kolejnych książek. Na nadmiar obowiązków jednak nie narzeka, bo pisanie – jak mówi – da się pogodzić z wychowywaniem dziecka, pracą zawodową i domowymi obowiązkami.
– Przekonałam się, że czym więcej mam na głowie spraw, to jestem bardziej zorganizowana. „Południcę” napisałam w trzy miesiące, ale wcześniej przez kilka lat szukałam informacji. To był dla mnie bardzo trudny okres. Właśnie zmarł mój tato, rozpoczęłam studia, a poza pracą na etacie, pracowałam jeszcze w dwóch miejscach. No i jestem samodzielną mamą. Nad „Klątwą Nawii” pracowałam rok. Sporo czasu zajęło mi zbieranie materiałów. Potem trzeba jeszcze zainteresować swoim tekstem wydawcę. Cierpliwość i wytrwałość – bez tego nie da się nic zrobić. Wszystkie obowiązki można pogodzić przy odrobinie samodyscypliny. Mam też ogromne wsparcie ze strony syna i mamy, a także przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć. Jeśli chodzi o samą historię, siadając do pisania mam gotowy ogólny zarys fabuły. Często też zaczynam pisać od końca. Poszczególne przygody przeżywam na bieżąco ze swoimi bohaterami. Z powodu dysleksji nieco inaczej patrzę na świat i dostrzegam rzeczy, na które inni nie zwracają uwagi, bo albo ich nie dostrzegają, albo nie widzą w nich niczego nadzwyczajnego. A dla mnie one są magiczne. To właśnie takie perypetie stają się dla mnie inspiracją – mówi Pati Maczyńska. (w)