Prezydent wyłoni się… z chaosu

Jeśli wybory prezydenckie odbędą się również w tradycyjnej formie, w samych lokalach nie spotkamy aż takich tłumów, bo mają obowiązywać wprowadzone na czas epidemii reguły zachowania dystansu. Kolejek możemy się zaś spodziewać przed lokalami. Tyle, że wciąż nie wiadomo kiedy

Wybory bez wyborów to złoty czas dla kabareciarzy i twórców memów. No i dla prawników, o ile oczywiście nie są zbyt ściśle przywiązani do litery i ducha prawa, a wystarcza im sama frajda tworzenia nowych przepisów ot tak, wprost z powietrza. Chaos wokół organizacji tegorocznych wyborów przybiera coraz większe rozmiary.


Oto bowiem wybory się nie odbyły, bo Państwowa Komisja Wyborcza uznała, że brak głosowania „równa się co do skutku” brakowi kandydatów – choć tych, jako żywo, było aż 10. Kandydatów więc nie było, chociaż byli – a teraz są nimi nadal, bo awansem znowu PKW zauważyła ich istnienie, dopuszczając do kolejnych wyborów nie wiadomo kiedy. Ale żeby nie było – startować będą też mogli kandydaci zupełnie nowi, co się dobrze składa, bo wśród dotychczasowej dziesiątki już zaczęły się rezygnacje…

Uff, wystarczy? Nie ma chyba prawnika i legislatora, który w z fascynacją nie patrzyłby na prawne wygibasy z udziałem Sejmu, PKW, Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego, które cegiełka po cegiełce zdekonstruowały cały system wyborczy w Polsce, w efekcie czego nikt nie poczuwa się do odpowiedzialności za fakt, że legalnych wyborów nie zorganizowano, że poniesiono w związku z tym wielomilionowe koszty i że nadal nie wiemy ani kiedy, ani jak, ani spośród kogo wybierać będzie prezydenta RP.

Według ostatniego projektu przegłosowanego w ubiegłym tygodniu przez sejm wybory mają się odbyć w „formie mieszanej” – w lokalach i dla chętnych – korespondencyjnie, a ich organizatorem ponownie ma być PKW. Teraz ustawą zajmie się Senat, a opozycja już zgłasza wątpliwości, choćby co do zapisu pozwalającego marszałek sejmu dość swobodnie zmieniać kalendarz wyborczy. Jako prawdopodobne terminy I tury wyborów wskazuje się 28 czerwca (ten termin popiera PiS I PSL, a KO chciałaby go odwlec jak najdłużej).

Liderzy, przegrani i czarny koń Bosak

Wyborów zatem nie było, ale już pojawiły się ich wyniki. No, prawie wyniki, bo szeroko komentowane sondaże pokazujące kogo byśmy wybrali, gdybyśmy jednak wybierali 10. maja. Wskazują one, że mimo ogromnej przewagi nad konkurentami obecny prezydent Andrzej Duda miałby problemy ze zwycięstwem w I turze (sondaże dają mu od 45 do 55 proc. poparcia), zaś jego przeciwnikiem w II nie byłby lansowany ostatnio przez parlamentarną opozycję Władysław Kosiniak-Kamysz (16 proc.), ale Szymon Hołownia (19 proc.), na którego swoje głosy ewidentnie przerzuciliby zawiedzeni zwolennicy Kidawy-Błońskiej, dla której sondaże okazały się miażdżące (od 2 do 4 proc.), a niewiele lepiej prezentowały się wyniki Roberta Biedronia (3-8 proc.) z Lewicy. Pierwsza ogłosiła więc swoją rezygnację, a nowym kandydatem KO został prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, choć brana pod uwagę była również kandydatura Radosława Sikorskiego, byłego ministra spraw zagranicznych, obecnie europosła.

Zmiana kandydata oznacza konieczność ponownego zebrania podpisów. Tutaj pojawiają się kontrowersje, bo jeszcze niedawno liderzy Koalicji Obywatelskiej przekonywali, że organizacja wyborów prezydenckich w czasie pandemii koronawirusa jest zbyt niebezpieczna. Bezpieczne ma być za to… zebranie 100 tysięcy podpisów. Pikanterii dodała wypowiedź Hanny Gronkiewicz-Waltz, byłej prezydent Warszawy. – Mi się wydaje, że już mają na obu kandydatów (Trzaskowskiego i wspomnianego Sikorskiego – przyp. aut.) na wszelki wypadek po 10 tys. podpisów – przyznała na antenie RMF FM. Gdyby Gronkiewicz-Waltz miała rację oznaczałoby to, że Koalicja Obywatelska złamała prawo, bo nowe wybory nie zostały jeszcze ogłoszone, a zatem nie można zbierać podpisów.

Z kolei Lewica oficjalnie nie chce słyszeć o wycofaniu Biedronia, choć jego sondażowe wyniki, to klęska wobec dobijającego do 9 proc. Krzysztofa Bosaka z Konfederacji. W tej sytuacji nie można wykluczyć, że ponownej próby zgłoszenia kogoś z własnego grona pokusi się lewica bardziej radykalna, skupiona wokół Unii Pracy czy Ruchu Sprawiedliwości Społecznej.

To nie koniec awantur?

Na razie nikt więcej z wyścigu nie odpadł, choć poparcie dla pozostałych startujących łącznie wydaje się mniejsze od błędu statystycznego. Kampania jednak, zamiast się zakończyć – właściwie dopiero się rozpocznie, a przebiegać ma nie tylko w narastającym chaosie prawnym, ale i wśród wszystkich niepewności i obaw towarzyszących coraz głośniej wychodzeniu ze stanu epidemicznego i wyraźnych już objawów kryzysu społeczno-gospodarczego. A ponieważ analitycy nie wykluczają, że po ostatnich zawirowaniach w Sejmie – możliwe jest także dalsze przesilenie polityczne, aż do przyspieszonych, jesiennych wyborów parlamentarnych włącznie – zanosi się, że w tym roku zamiast wyjazdu na wczasy zostanie Polakom kibicowanie partyjnym awanturom. TAK, PR

Przypomnijmy. 10 maja o reelekcję miał się ubiegać popierany przez Prawo i Sprawiedliwość prezydent Andrzej Duda, a jego konkurentami mieli być Małgorzata Kidawa-Błońska (Koalicja Obywatelska), Szymon Hołownia (niezależny), Władysław Kosiniak-Kamysz (Polskie Stronnictwo Ludowe), Robert Biedroń (Lewica) i Krzysztof Bosak (Konfederacja). Pozostali kandydaci to kojarzeni z prawicą Mirosław Piotrowski, Stanisław Żółtek i Marek Jakubiak oraz kojarzony raczej ze środowiskiem liberalnym Paweł Tanajno. Poza Kidawą-Błońską wszyscy pozostali kandydaci podtrzymują zamiar startu w wyborach.