PZL nadal na pół gwizdka

PZL-Świdnik czeka na zamówienia, zwłaszcza na te rządowe

Nadal w okrojonym wymiarze godzin i co za tym idzie z obniżonym wynagrodzeniem będzie pracować po wakacjach załoga PZL-Świdnik. Związkowcy mówią wprost, że bez rządowej pomocy w postaci zleceń i zamówień zakładowi ciężko będzie przetrwać ciężki czas pandemii.


Pandemia koronawirusa dotknęła niemal wszystkie gałęzie gospodarki. Boleśnie dotknęła również przemysł lotniczy, w tym także PZL-Świdnik. Od kilku miesięcy załoga fabryki pracuje w zmniejszonym wymiarze godzin, mając przymusowo wolne piątki lub poniedziałki i otrzymując niższe wynagrodzenie. Trwają również zwolnienia. W sumie z pracą będzie musiało pożegnać się 210 pracowników. Około 3/4 z nich już rozstało się z zakładem; reszta odejdzie najpóźniej do końca tego roku.

Zakład w dalszym ciągu nie otrzymał żadnych zamówień rządowych, na które tak bardzo liczył i bez których, co podkreślają związkowcy, trudno będzie przetrwać kryzys.

– Można powiedzieć, że jesteśmy zdani tylko na siebie. W związku z tym musieliśmy podpisać kolejne porozumienie o skróceniu tygodnia pracy o jeden dzień. Piątki lub poniedziałki będziemy mieć wolne, w zależności od tego, co wynika z cyklu technologicznego na danym stanowisku pracy. Nie dotyczy to tylko garstki służb technicznych pracujących przy tzw. nowych uruchomieniach, czyli pracach, które udało nam się pozyskać z koncernu na „załatanie” brakujących godzin. Zakładowi udało się również pozyskać dodatkowe pieniądze od właściciela, dzięki czemu załoga nie będzie miała ograniczonych poborów do 80 proc., a 90 proc. – mówi Piotr Sadowski, przewodniczący Związku Zawodowego Inżynierów i Techników PZL-Świdnik.

Podpisane przez związkowców porozumienie dotyczy września, października i listopada. Grudzień wciąż pozostaje niewiadomą. Ważą się również losy osób zatrudnionych przy wyrobach krajowych.

– Cały czas liczymy na to, że może w końcu otrzymamy jakieś zamówienia rządowe. Dyrektor operacyjny zapowiedział, że nie ma gdzie przesunąć ludzi z produkcji wyrobów krajowych. Jeśli nie pojawią się jakieś rządowe decyzje, na które czekamy od pięciu lat i zamówienia na remonty czy modernizacje, już nie mówiąc o zamówieniach na nowe śmigłowce, to niestety los tych ludzi jest dalej bardzo niepewny – przyznaje Sadowski.

Związkowcy wytykają również, że zakład nie otrzymał żadnego wsparcia rządowego, a mógł jedynie skorzystać z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, a zgodnie z zapisami „tarczy antykryzysowej” w tym celu należało na okres trzech miesięcy obniżyć czas pracy i wynagrodzenia o 20 proc. oraz wykazać spadek obrotów.

Od początku sierpnia niemal cała załoga PZL-Świdnik przebywa na urlopach wypoczynkowych. To już druga dłuższa przerwa w pracy w tym roku. Pierwsza, nieplanowana, miała miejsce na przełomie kwietnia i maja. W związku z trudną sytuacją finansową pracodawca chce, aby pracownicy do końca roku wykorzystali bieżące urlopy. W przeciwnym razie w budżecie będzie trzeba przewidzieć odpis na zaległe urlopy. A zakład wszędzie gdzie się da, szuka oszczędności. Stąd m.in. decyzja o nieprzedłużeniu umowy z firmą Sanitas, która świadczyła na rzecz pracowników fabryki usługi medyczne i rehabilitacyjne.

– W Pakiecie Gwarancji Pracowniczych, który negocjowaliśmy w roku 2009, i który wszedł w życie wraz z prywatyzacją spółki, w styczniu 2010 r., był zapis, że pracodawca zapewni nam ochronę zdrowia i rehabilitację na dotychczasowym poziomie. W 2012 r zarząd spółki stwierdził, że dużo lepsze warunki będą, jeżeli w pomieszczeniach Parku Technoslogicznego zostanie umieszczony punkt sanitarny obsługiwany przez firmę Sanitas, łącznie z zapewnieniem rehabilitacji. Tak było mniej więcej od roku 2013 do teraz. W tym roku zakład nie dogadał się z firmą Sanitas i podjęto decyzję o tym, aby na okres przejściowy wysyłać pracowników na badania okresowe do jednej z firm w Lublinie wraz z zapewnieniem dojazdu.

Druga część dotyczy rehabilitacji. Od 1 września pracodawca ma zapewnić na terenie Świdnika usługi rehabilitacji i dostępu do lekarza ortopedy dla pracowników i ma się to odbywać na dotychczasowych zasadach. Jeżeli to nie zostanie spełnione, zapowiedziałem możliwość wszczęcia sporu zbiorowego, ponieważ jest to bardzo istotne dla załogi. Specyfika produkcji naraża głównie układ kostno-stawowy. Nie wchodzi w grę, aby pracownicy czekali w długich kolejkach na rehabilitację – tłumaczy Piotr Sadowski.

W kwietniu tego roku związkowcy zwrócili się z pismami do najważniejszych osób w państwie o ratowanie zagrożonych miejsc pracy poprzez zlecenie obiecywanych zamówień. Proponowali m.in., aby dla Państwowej Straży Pożarnej zakupić „Sokoły”, które są sprawdzone w akcjach gaszenia pożarów.

– Wówczas płonął Biebrzański Park Narodowy i okazało się, że nie mamy czym go gasić, a w dodatku zakup przez rząd 2-4 nowych czy używanych – bo takie też możemy zaproponować – śmigłowców do gaszenia pożarów, pozwoliłby przetrwać nam ten trudny okres. Trzeba działać. Nie możemy się łudzić, że nasza sytuacja jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle się poprawi. Dostaliśmy jedną odpowiedź, z Ministerstwa Obrony Narodowej, do którego zwierzchnik sił zbrojnych, pan prezydent, przekierował moje pismo. Odpowiedzieli, że w aktualnym programie modernizacji technicznej sił zbrojnych nie przewiduje się modernizacji „Sokołów”. Z innych instytucji nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Zero zainteresowania – mówi P. Sadowski.

Potrzebni przed wyborami?

Związkowców oburza również brak zainteresowania problemami pracowników PZL-Świdnik ze strony lubelskich parlamentarzystów. Tu jako przykład przywołują spotkanie Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego, które odbyło się na początku lipca. Na spotkanie zaproszono szefa MON, ministra Mariusza Błaszczaka, a także wszystkich parlamentarzystów z regionu.

– Podczas obrad poruszany był temat sytuacji w PZL-Świdnik i związaną z nią możliwością utraty dużej ilości miejsc pracy. Zakład w Świdniku zatrudnia prawie 3 tys. osób, ale w skali Polski to jest jeszcze 9 tys. pracowników zatrudnionych u kooperantów. Z przykrością muszę stwierdzić, że pan minister nie skorzystał z zaproszenia i nie przysłał żadnego reprezentanta. Nie pojawił się też żaden z parlamentarzystów; nie wysłali też pracowników swoich biur, aby ci mogli nas wysłuchać i później przekazać im jakieś informacje. Wg mnie to mocno bulwersujące i krzywdzące dla pracowników.

Kiedy zbliżały się wybory to wszystkie opcje polityczne zabiegały o głosy, przyjeżdżały do nas, zbierały podpisy. W momencie, gdy do najbliższych wyborów zostały trzy lata, nie pojawił się nikt. To pokazuje, jak można ufać politykom – stwierdza gorzko przewodniczący ZZIT PZL-Świdnik. (w)