Robinson Grafex NFT Zander

Sztywne, żeby szybko zaciąć. Z czułą szczytówką, żeby zobaczyć każde branie. Większa część miłośników łowienia sandaczy jest podzielona co do tego, jakie wędzisko jest najlepsze. Powinni się oni pogodzić i wypróbować spinning Grafex NFT Zander, który znakomicie amortyzuje wszelkie odjazdy czy szarpnięcia ryby, a jednocześnie ma tyle mocy, by skutecznie zaciąć sandacza nawet z dużej odległości.

Wizualnie i technologicznie Grafex NFT to połączenie tradycji z nowoczesnością. Bardzo cienki, wykonany z pełnego grafitu blank, dzielona rękojeść, na której korek sąsiaduje z pianką i metalowe łączenie, którego zadaniem nie jest oczywiście nawiązanie do stylu retro, a zapewnienie sztywności i mocy całej konstrukcji. Jak na tę półkę cenową, wędka jest bardzo dobrze wykonana. Pianka na rękojeści jest twarda i mocna, a jej łączenie z jasnym korkiem niewyczuwalne w dotyku.

Przelotki rozmieszczono w idealnej linii, na omotkach nie znajdziecie nawet najmniejszego śladu nadlanego lakieru. Uchwyt kołowrotka trzyma sztywno, dokręca się go „oddolnie”, więc w trakcie manewrowania wędziskiem nie ma możliwości złapania luzu. Mankamentem tego kija może być dla niektórych brak zaczepu na przynęty.

Ten model Robinsona ma 2,25 cm długości, bardzo szybką akcję, jego ciężar wyrzutowy określono w przedziale 10-40 g, a waga całego kijka to jedynie 165 gramów. Wprawdzie wędka jest polecana do połowu z łodzi, ale uwierzcie – z brzegu sprawdzi się równie dobrze. Szczególnie na trudnych, mocno zarośniętych brzegach.

W akcji

Jak sama nazwa wskazuje, Grafex NFT Zander to kij dedykowany do połowu sandaczy i w walce z tymi rybami sprawuje się świetnie. Ma idealne „c.w.”, które pozwala na obsłużenie niemal pełnego wachlarza przynęt zarówno na wodach stojących, jak i w rzekach. Nie jest to wklejanka, więc nie ma bardzo czułej szczytówki, ale za to świetnie przenosi drgania, więc brania czujemy na ręku.

Ma to tę zaletę, że nie musimy patrzeć na koniec wędki w oczekiwaniu na upragnione puknięcie i nasz wzrok możemy skupić np. na punkcie, gdzie linka wchodzi do wody. Największym atutem tego kija jest jego ogromny zapas mocy i praca, której daleko do typowego „kija od szczotki”. Oczywiście, gdy stosujemy lekkie wabiki szczytówka niemal się nie ugina. Wszystko zmienia się pod rybą. Ale po kolei. Grafexa NFT użytkuję od wiosny i zgodnie z jego przeznaczeniem, czyli w poszukiwaniu sandaczy, łowiąc z opadu. Przynęty typowe na większą rzekę, a obciążenie zazwyczaj w przedziale 20-30 g. Rzeczą niezwykłą jest to, że z tej wędki nie spadła mi ani jedna ryba. Dosłownie.

I to na mocno dokręconym hamulcu. I nie były to tylko sandacze, ale też szczupaki i okonie. Grafex wyciągał z wody wszystko. Jego tajemnica tkwi w tym, że nie jest to typowo sztywna pała. Jego praca jest bardzo spolegliwa, ale jednocześnie kij dysponuje wielkim zapasem mocy w dolniku, co sprawia, że zacięcie nawet z dużej odległości jest bardzo pewne i szybkie. Pod większą rybą kij gnie się w parabolę, więc amortyzacja jest o wiele lepsza, a dzięki metalowemu złączeniu nie ma możliwości złamania w tym newralgicznym dla wędzisk punkcie.

Wiadomo, że łowienie sandaczy mocno obciąża nadgarstki i ramiona. I w tym wypadku Robinson wychodzi naprzeciw oczekiwaniom wędkarzy oferując im wędzisko, które waży jedynie 165 gramów, co bardzo ułatwia manewrowanie kijkiem. Nie przeszkadza w tym też dolnik, który jest stosunkowo krótki i w moim przypadku kończy się jakieś 15 cm poniżej łokcia. Grafex NFT w wersji Zander kosztuje ok. 200 zł.