Silna ponad wszystko

Ostatnie trzy lata nauczyły 13-letnią Basię pokory. Obfitowały w ból i cierpienie. Bywało, że czuła się odrzucona, jak nieproszony gość…
Miała wtedy 10 lat. Jej tata doskonale pamięta ten dzień. Miał odebrać ją ze szkoły. Basia zadzwoniła, żeby się pospieszył, bo kolega uderzył ją w lewe biodro, kiedy siedziała na drabinkach przed szkołą. Bardzo ją bolało. Ani ona, ani jej rodzice nie mają do nikogo pretensji. To, co się wydarzyło, traktują jako wypadek. Ale od niego zaczęła się gehenna dziewczynki. Mijały tygodnie, a promieniujący ból w biodrze narastał. Rodzice Basi wiedzieli, że ich córka cierpi na dysplazję prawego stawu biodrowego, ale lewy miał być zdrowy. Dziewczynka zaczęła utykać. Rodzice jeździli z nią do wielu lekarzy. Nikt nie wiedział, jak jej pomóc. Jesienią 2013 r. ból uniemożliwił Basi, wówczas uczennicy SP nr 11, chodzenie. W grę wchodziło już tylko nauczanie indywidualne. Wkrótce zdiagnozowano u niej dysplazję lewego stawu biodrowego z podwichnięciem głowy kości udowej. Zlecono rehabilitację, ale choroba postępowała. Basia chodziła o kulach. Jej kręgosłup bardzo się skrzywił. Prawa noga, która przez tak długi czas odciążała lewą, także wymagała leczenia. Rodzice szukali ratunku u lekarzy w całym kraju. Potrzebna była operacja. W końcu, po blisko dwóch latach, podjął się jej jeden z lubelskich lekarzy. Termin wyznaczono na 13 kwietnia 2016 r.

– Operacja przypadała na „trzynastego” i córka bała się, że to przyniesie jej pecha, że nie wybudzi się z narkozy – mówi ze łzami w oczach mama dziewczynki. – Poprosiła, abyśmy zawieźli ją do stadniny w Kamieniu, gdzie przechodzi hipoterapię. Chciała pożegnać ze swoją ukochaną klaczą Misią. To było straszne…
Na szczęście zabieg się udał. Konieczna była jednak operacja na drugie biodro. Termin wyznaczono na październik ub.r. Basia zakończyła szkołę podstawową. Jak zawsze świadectwo było z biało-czerwonym paskiem. Wybór gimnazjum był prosty – ZSO nr 6 było najbliżej domu. Basia marzy o tym, aby zostać lekarzem, dlatego chciała trafić do klasy biologiczno-chemicznej.

– Poszłam do „Szóstki”, aby osobiście wytłumaczyć dyrektorce sytuację córki – opowiada mama dziewczynki. – Basia z pewnych powodów jest zameldowana w jednej z okolicznych miejscowości, ale od lat mieszkamy niedaleko „Szóstki”. Ze słów dyrektorki wynikało, że obowiązuje rejonizacja i, aby dostać się do szkoły, córka musi mieć meldunek w Chełmie. Kosztowało nas to trochę wyjaśniania, ale w końcu okazało się, że wcale nie musimy się przemeldowywać. Córka nie została przyjęta do klasy biologiczno-chemicznej, jak chciała, tylko do ogólnej. To był dla niej cios. Chciałyśmy wyjaśnić sprawę u dyrektorki, ale nie udało nam się do niej dostać. Poszłyśmy do wydziału oświaty w ratuszu, ale wcale nie na skargę. Tam bardzo grzecznie nas potraktowano. Przekonano córkę, że na razie powinna zająć się zdrowiem i – dopóki nie wyzdrowieje – lepiej, aby była w klasie ogólnej. Zgodziliśmy się.
Rozpoczął się rok szkolny. Do Basi przychodzili nauczyciele. Lubiła zajęcia z nimi. Na ślubowanie nie poszła, bo – jak mówi jej mama – oficjalnie nikt jej nie zaprosił. Wkrótce zmniejszono jej liczbę lekcji historii, które tak uwielbiała. – Nauczyciel najpierw przychodził raz w tygodniu, a potem lekcji historii było już o połowę mniej – mówi mama Basi. – Córka płakała, pytając, dlaczego i tego się jej pozbawia. Potem pojawił się pomysł, aby Basia miała niektóre zajęcia wspólne z innymi dziećmi. Podczas rozmowy z dyrektor okazało się jednak, że należy specjalnie dla niej uruchomić windę, zapewnić krzesełko i ławkę w szkole. Poczuliśmy się tak, jakby nasze dziecko było tam jakimś nieproszonym gościem. Wymagano też, abyśmy sztywno trzymali się zasad i umówionych godzin. Nie mogliśmy tego zagwarantować ze względu na częste wyjazdy do lekarzy i rehabilitacje. Uznaliśmy, że lepiej zrezygnować z tych wspólnych zajęć, także z powodu zbliżającej się operacji. Mieliśmy jednak wrażenie, że wciąż rzuca nam się kłody pod nogi, utrudnia i tak niełatwą sytuację i postanowiliśmy, że pora zmienić szkołę.

Wyjaśnienia Doroty Cieślik, dyrektor ZSO nr 6 w Chełmie, są obszerne i zawierają konkretne podstawy prawne. Dyrektor „Szóstki” tłumaczy, że nie uczestniczyła w procesie rekrutacji do klasy pierwszej gimnazjum, bo zajmuje się tym komisja rekrutacyjna, w skład której ona – jako dyrektor szkoły – zgodnie z przepisami wchodzić nie może. Cieślik zapewnia, że rodzice zawsze informowani są, iż w pierwszej kolejności, z tzw. urzędu, do szkoły przyjmowane są dzieci z rejonu. W odpowiedzi dyrektor czytamy: „Arkusz dotyczący rekrutacji składany był w formie elektronicznej na specjalnej platformie i wskazanie innego miejsca zameldowania mogło być wskazaniem innego rejonu. Potwierdzenie więc zamieszkiwania na terenie rejonu szkoły dawało rodzicom i uczniowi pewność przyjęcia dziecka z tzw. urzędu”. Z wyjaśnień dyrektor „Szóstki” wynika, że dziewczynka nie została przyjęta do klasy biologiczno-chemicznej z uwagi na realizację nauczania indywidualnego w domu zgodnie z orzeczeniem. Dyrektor tłumaczy, że w wymiarze 10 godzin dydaktycznych tygodniowo przydzielonych dziewczynce w ramach indywidualnego nauczania, nie było możliwości realizacji dodatkowych zajęć fakultatywnych, m.in. z chemii i biologii. Część tych zajęć prowadzonych jest w budynkach PWSZ w Depułtyczach. – Zajęcia te wymuszają przemieszczanie się grupy uczniów oraz ich sama organizacja wymusza również warunki bezpieczeństwa – mówi dyrektor Cieślik, zwracając uwagę na orzeczenie o potrzebie indywidualnego nauczania dziewczynki, uniemożliwiające uczęszczanie do szkoły. Dyrektor Cieślik zapewnia też, że o terminie ślubowania informowała podczas uroczystości z okazji rozpoczęcia roku szkolnego i zapraszała wówczas na nie zarówno rodziców, jak i uczniów, a „oficjalnych – specjalnych” zaproszeń nikt nie otrzymywał. D. Cieślik tłumaczy też, że plan zajęć dziewczynki nie uwzględniał jednej godziny historii tygodniowo. Dodatkową godzinę nauczyciel przeprowadzał z uczennicą dobrowolnie. Dyrektor „Szóstki” zapewnia też, że sale lekcyjne zabezpieczają 32 krzesełka i 16 stolików i nie mogło być mowy o formie tzw. dostawki, a jej rozmowa z mamą dziewczynki zmierzała do „wprowadzenia uczennicy do zespołu uczniów”. Dyrektor Cieślik mówi, że szanuje decyzję rodziców o przepisaniu dziecka do innej szkoły.
– Jako szkoła staraliśmy się być otwarci na współpracę z rodzicami uczennicy, utrzymywany był stały kontakt zarówno z rodzicami jak i uczennicą – zapewnia dyrektor. – Nie rozumiemy i dziwnym wydaje się fakt podnoszenia po kilkumiesięcznej przerwie spraw, które można było wyjaśnić i omówić bezpośrednio. Ponadto trudno odnosić się do odczuć rodziców i innych osób, gdyż jest to, mimo starań jednej ze stron, zawsze rzecz subiektywna.
Mimo różnych perypetii 13-letnia dziś Basia przeszła operację drugiego stawu biodrowego. Zabieg nie udał się i należało go powtórzyć. To było dla dziewczynki koszmarne przeżycie. Ból uśmierzano morfiną. Basia od kolan po brzuch miała założony gips – nogi przez kilka tygodni ustawione musiały być w szerokim na metr rozkroku. Nikt, kto nie przeżył takiego dramatu, nie jest w stanie zrozumieć, co wtedy przeszła. Ferie spędziła na rehabilitacji i ciężkich ćwiczeniach. Obecnie jej stan się poprawia. Wysiłek daje efekty. Prawa noga prostuje się. – Czuję się lepiej – zapewnia dziewczynka a pogody ducha może się od niej uczyć niejeden zdrowy dorosły.
Z nowej szkoły jest zadowolona. Uczy się – jak zwykle – bardzo dobrze. Walki o zdrowie jednak jeszcze nie zakończyła. Przed nią jeszcze operacja kręgosłupa. – Życie nie oszczędza naszej córki, ale ona jest dzielna. We wszystkim jej pomożemy – mówią rodzice Basi.(mo)
PS Imię dziewczynki zmienione,
personalia do wiadomości redakcji