Sprawiedliwość pod psem?

Państwo B. poskarżyli się Straży Miejskiej na wałęsającego się bez dozoru psa sąsiada i... zostali za to ukarani

Czy za zwrócenie uwagi właścicielowi psa można ponieść sądowe konsekwencje? Okazuje się, że tak, a sprawa mieszkańców Węglina wciąż nie ma rozwiązania.


Udręka państwa B., starszego małżeństwa (nazwisko do wiadomości redakcji) z Węglina Północnego trwa od lutego 2015 i nic nie wskazuje na to, by się skończyła, ponieważ sprawa trafiła do sądu. Wszystko zaczęło się cztery lata temu od próby wyegzekwowania przepisów porządkowych.

Państwo B., którym los zwierząt nie jest obojętny (sami mają w domu adoptowaną kotkę), zwrócili uwagę na zachowanie swoich najbliższych sąsiadów. Jeden z nich pozwalał, by jego pies godzinami przebywał bez nadzoru na balkonie, a drugi nie pilnował swojego czworonoga, który włócząc się samopas po osiedlowej alejce, miał terroryzować idące do szkoły dzieci i osoby dorosłe.

Zostałem nazwany pieniaczem

Pan B. w obu sprawach złożył zawiadomienie do Straży Miejskiej, licząc na szybką interwencję i pomoc. Zgłoszenie nie było anonimowe, a Straż Miejska w niedługim czasie poprosiła go o dodatkowe dowody do zgłoszenia, a także o złożenie zeznań. Dowody – samodzielnie wykonane liczne fotografie (z datami dziennymi i godzinami) obu zwierząt widzianych zarówno na balkonie, jak i na ulicy, państwo B. dostarczyli, czekając na rozwiązanie problemu.

Straż Miejska postanowiła skierować w tej sprawie wniosek do sądu. W trakcie procesu nie udało się jednak doprowadzić do ukarania winnych m.in. pozostawiania psa bez nadzoru, bo w sądzie zjawili się świadkowie – sąsiedzi oskarżonych osób, którzy utrzymywali, że ani przetrzymywanie psa na balkonie, ani puszczanie czworonoga samopas po osiedlu nie miało miejsca.

– Zostałem nazwany pieniaczem i nieprzyjacielem zwierząt, oskarżano mnie nawet o terroryzowanie okolicy – żali się pan B. – a ja tylko chciałem, poprzez Straż Miejską, zwrócić uwagę na problem i sytuację tych zwierząt pozbawionych dozoru i opieki. Jak można trzymać przez kilka godzin psa na balkonie? To nie ja skierowałem zresztą sprawę do sądu. Dziwię się, że tych kilkanaście zdjęć, które zrobiłem obu psom, na których dokładnie widać, gdzie się znajdują nie były dla sądu żadnym dowodem – dodaje.

Sąsiedzkie piekiełko

– Gdyby pies kogoś pogryzł na ulicy, to wtedy zrobiłaby się awantura, a wiem, że takich przypadków jest w Polsce niemało, dlatego staraliśmy się z mężem temu zapobiec – dodaje jego żona. Pies miał, zgodnie z relacją świadków – sąsiadów państwa B., wydostawać się samodzielnie z terenu sąsiedniej posesji, bo zajmująca się nim kobieta nie była w stanie opiekować się zwierzęciem – według nich była chora i w tym okresie poruszała się o kulach.

Pan B., postanowił w tej sprawie wnieść apelację, nie zgadzając się z uniewinniającym wyrokiem sądu rejonowego. Jednak jego apelacja postanowieniem Sądu Okręgowego została pozostawiona bez rozpoznania. W tym czasie na Węglinie toczyło się sąsiedzkie piekiełko – wprawdzie psy przestały tak często pojawiać się na ulicy i balkonie, ale za to przed posesją państwa B. zaczęły regularnie pojawiać się psie odchody, a kiedy parę lat temu w tej dzielnicy zaczęły ginąć czworonogi szybko przyklejono im łatkę „trucicieli”.

– Zaczęły się dla nas trudne czasy, mówiono, że oboje, chociaż mieszkamy tu od 1993 roku i mamy własne zwierzęta, nienawidzimy wszystkich zwierząt. A nam też zginął w tajemniczych okolicznościach jeden z kotów – mówi z żalem pan B. – Nasze dobre imię zostało zszargane – dodaje.

1845 zł kosztów sądowych

To jednak nie koniec ciągnącej się od czterech lat sprawy. Na początku tego roku do skrzynki państwa B., trafiło sądowe pismo nakazujące panu B., jako oskarżycielowi posiłkowemu, zwrócenie uniewinnionej przez sąd sąsiadce, właścicielce lubiącego wędrówki po ulicy psa, kwoty 1845 zł (kosztów procesu i wynajętego przez sąsiadkę adwokata). – A przecież to nie ja skierowałem sprawę do sądu, tylko Straż Miejska, więc jak mogę być oskarżycielem? Byłem tylko świadkiem, bo wezwano mnie o uzupełnienie dowodów i udokumentowanie – mówi się pan B.

– O kosztach procesu adwokat przypomniał sobie rok od prawomocnie zakończonego postępowania. Nic z tego nie rozumiem – dodaje. – Zgodnie z przysługującymi mi prawami powiadomiłem tylko Straż Miejską, liczyłem, że zainterweniuje np. przez upomnienie sąsiadów, a tymczasem ja mam płacić za to, że próbowałem domagać się sprawiedliwości? – dziwi się.

Swoją sprawą oboje małżonkowie postanowili zainteresować lubelskie i ogólnopolskie władze, wysyłając w tym roku m.in. petycje do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, prezydenta Lublina czy przewodniczącego lubelskiej rady miasta.

Państwo B opowiadając o swoim przypadku, zapytywali w lutym br. przewodniczącego Rady Miasta Lublin Jarosława Pakułę m.in., „ile razy pies posiadający właściciela winien przebywać w miejscu publicznym bez nadzoru, aby właściciel poniósł odpowiedzialność karną z tego tytułu, którą od listopada 2018 roku może być nawet areszt?”. W maju doręczono im odpowiedź sekretarza miasta Lublin, który obszernie przytoczył obowiązujące w mieście przepisy regulaminu utrzymania czystości i porządku na terenie Lublina.

– Po co mi te przytoczenia o znanych mi przepisach, skoro w praktyce, w codziennym życiu nie są one respektowane ani przez służby porządkowe miasta, ani przez sąd? – pyta pani B. – To jest jak „Proces” Kafki. Ja mam jeszcze zapłacić osobie, która pozostawiała regularnie psa bez nadzoru w miejscu publicznym koszty adwokata? Jestem już zmęczony. Tym wyrokiem wybito mi z głowy skutecznie społecznictwo i próby ubiegania się o sprawiedliwość – mówi pan B. Emilia Kalwińska