Striptiz 12-latki

Gdyby rozebrała się i stanęła na najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu w mieście, zobaczyłoby ją mniej osób, niż po wrzuceniu nagiej fotki do internetu. To przerażające, jak łatwo dzieci stają się niechlubnym „hitem” sieci.

Rozebrana od pasa w górę para robi sobie selfie w łazienkowym lustrze (czyt. autoportret). On, pozując na cwaniaczka, pokazuje wszystkim środkowy palec, a drugą ręką zakrywa sutki dziewczyny. Ona, choć pewnie i z lekkim uśmiechem pozuje do zdjęcia, na wszelki wypadek (wstydzi się?) zasłania twarz telefonem. Fotka, jakich dziś pełno. I nie byłoby w niej już nic szokującego, gdyby nie fakt, że on ma lat 15, a ona zaledwie 12. Oboje chodzą do jednej z chełmskich szkół podstawowych.

Miało być „dowodem miłości” czy desperacką próbą zyskania na popularności? Zdjęcie z 12-latką opublikował na swoim profilu na Instagramie jej chłopak. Nie wiemy, czy zrobił to za zgodą dziewczyny czy wbrew jej woli ani czy na jej profilu znalazło się to samo zdjęcie. Jedno jest pewne, niemal wszyscy uczniowie i nauczyciele ich szkoły dowiedzieli się o fotografii. Wybuchła afera.

Nie wiadomo, co jest w tym wszystkim najgorsze. To, że inicjację seksualną rozpoczynają coraz młodsi (w końcu 12-latka to jeszcze dziecko) czy fakt, że tak ochoczo nastolatki rozbierają się w internecie, nie myśląc w ogóle o konsekwencjach swoich czynów. Młodzież nie zdaje sobie nawet sprawy, że te materiały mogą zostać wykorzystane przeciwko nim. I nieważne, że chłopak wrzucił zdjęcie na swój prywatny profil, który widzą tylko jego znajomi. Skoro zdjęcie trafiło do nas, równocześnie mogło trafić dalej. W internecie nic nie ginie, a „sieć” to raj dla pedofilów żądnych oglądania nagich dziecięcych ciał.

Rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Chełmie, podkom. Ewa Czyż, zapewnia, że w ramach „pogadanek” z uczniami policjanci przestrzegają ich o tym, że w internecie nikt nie jest całkowicie anonimowy i bezkarny. Ma się to odbywać w ramach cyklicznych spotkań w szkołach, czy choćby w ramach realizowanego w ubiegłym roku programu „Bezpieczny internet”.

W domu tabu, w sieci seksting

– Problem w tym, że rodzice w ogóle nie rozmawiają z dziećmi o seksualności. A powinni, zwłaszcza z dziewczynkami, stopniowo, w każdym wieku. Gdy dziecko ma 5-6 lat, powinno się już mówić mu o tzw. złym dotyku. Musi wiedzieć, że nikt nie powinien dotykać go bez jego zgody, że może protestować. Nie oszukujmy się – dziś nikt nie czeka z seksem do ślubu, ale rodzice powinni uświadamiać dzieci, że do łóżka idzie się z miłości (a nie uwierzę w to, że 12-latka kocha swojego chłopaka), a seks wiąże się z odpowiedzialnością. Jeśli dziewczyna zajdzie w ciążę, oboje będą odpowiedzialni za dziecko – mówi pedagog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 1 w Chełmie.

– Prawda jest taka, choć fizycznie współcześni nastolatkowie bardzo wcześnie dojrzewają, mają wciąż umysł małego dziecka. Nie są nawet świadomi tego, co robią. Żyją w wirtualnym świecie internetu, bo w nim mogą wcielić się w role, które normalnie baliby się przyjąć. To prowadzi do tego, że zaciera się u nich granica między fikcją a rzeczywistością. Nieśmiali w realu, w sieci stają się odważni, podrywają dziewczyny, szpanują, podają się za dorosłych. Dzieci mają teraz bardzo niską samoocenę, a w ten sposób właśnie ją sobie podnoszą. Sądzę, że źródłem problemu jest brak stawiania granic już od najmłodszych lat.

Dzieci muszą umieć też zarówno odnosić sukcesy, jak i porażki. Tymczasem rodzice nastawiają je, że muszą być najlepsze we wszystkim. Dzieci nie radzą sobie z niepowodzeniami, stąd biorą się depresje lub ucieczki do fikcyjnego świata. Pamiętajmy też, że dzieci uczą się przez modelowanie. Od najmłodszych lat rodzic wręcza im tablet czy telefon z dostępem do internetu, a pozostawione bez kontroli bardzo szybko zaczynają oglądać pornografię. Potem nastolatki nie potrafią nawiązać normalnych relacji z dziewczyną, bo żyją w przekonaniu, że seks powinien być brutalny – taki, jak w filmach porno.

Pozostawione same sobie dzieci, z którymi nikt nie rozmawia, bo seks to wciąż tabu niemal we wszystkich domach, szukają informacji w internecie. Uzyskują skrzywiony i wykreowany na potrzeby sprzedaży obraz, który przyjmują za prawdziwy. Chcąc być „cool”, małpują zachowania. Tak rodzi się seksting (w tym seksting kamerkowy), czyli zjawisko przesyłania treści (zdjęć, filmików) o charakterze erotycznym, głównie swoich nagich lub półnagich zdjęć, za pomocą internetu i telefonu komórkowego, popularne szczególnie wśród nastolatków.

– To zjawisko niesie za sobą poważne zagrożenia. Zdjęcia nagiej młodej dziewczyny mogą bardzo szybko zostać wykorzystane przeciwko niej. Teraz wrzuconą na profil fotkę koleżanki i koledzy mogą „lajkować”, a za chwilę posypie się z ich ust lawina komentarzy i „hejtu” pod jej adresem. Część mam będzie oburzona i zabroni swoim dzieciom kontaktu z tą dziewczyną, bo to „złe towarzystwo”, choć tak naprawdę same nie wiedzą, co właściwie ich córki robią w internecie – może wrzucają jeszcze gorsze zdjęcia. Tak samo to, że teraz rodzice tych dzieci nawrzeszczą na nie, niczego nie rozwiąże. Tu potrzebna jest prawdziwa pomoc psychologiczna – podkreśla pedagog.

Nauczyciele boją się rozmawiać

Czy po aferze ze zdjęciem półnagich uczniów szkoły podstawowej, chełmskie placówki zareagują i przerwą zmowę milczenia o seksie i pozornej wolności w internecie? Tym bardziej, że jak wynika z badań NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa) zjawisko sekstingu wcale nie jest tak marginalne, jakby się mogło wydawać. Problem jest, tylko o tym się nie mówi (niedawno w jednej ze szkół podstawowych w Lublinie wybuchła taka sama afera po opublikowaniu w internecie nagiego zdjęcia uczennicy). Czy zatem nie lepiej zapobiegać, niż leczyć?

Jak tłumaczy Jolanta Gierasimiuk, dyrektor Wydziału Sprawy Społecznych Urzędu Miasta Chełm, jest wyznaczona pula środków na realizację przez szkoły programów profilaktycznych. Odbywa się to jednak na wniosek konkretnej placówki, a szkoły interesują niemal tylko problemy związane z nadużyciem komórek, internetu, narkotyków czy alkoholu. Urząd sam z siebie nie wyjdzie z inicjatywą miejskiego programu, tym bardziej, gdy w grę wchodzi edukacja seksualna.

– Szkoły realizują mnóstwo programów dotyczących używek, tylko co z tego? Wszystkie pod szablon, nieprzystosowane do współczesnych zagrożeń. Prawdziwy problem polega na tym, że nauczyciel – nawet jeśli zauważy coś złego – boi się o tym powiedzieć dyrektorowi, bo zostanie to odebrane tak, że to on sobie nie radzi. Z kolei dyrektor boi się reakcji urzędu miasta, bo jeśli w szkole, w której realizowane są różne programy wsparcia, jest psycholog i pedagog, a mimo to dzieje się coś złego, to wychodzi na to, że to z tą szkołą i jej dyrektorem jest problem. Urząd z kolei boi się kuratorium, a w sytuacji, gdy każdy boi się o własny stołek, prawdziwe problemy zamiatane są pod dywan – mówi anonimowo jeden z nauczycieli chełmskiej placówki. (pc)