Studio radiowe w służbie ludu

Od początku roku trwa ofensywa Rozgłośni Polskiego Radia w Lublinie dotycząca estrady. Swoją kolejną młodość przeżywa wielkie studio muzyczne, dziś z profesjonalną sceną. Odbywa się tu nieustanny przegląd artystów młodej generacji mających już na swym koncie pewien dorobek. Bywają też niezapomniane koncerty rockowe jak ten 11 sierpnia z „Joe Cockerem”…
To nowy pomysł radiowców na przyciągnięcie słuchaczy do oferty Radia L. Po zmianach systemowych w kraju, a więc i w strukturze mediów publicznych, nastąpił okres mobilizacji programowej. Pod hasłem „Nie tylko rock&roll” organizatorzy serii koncertów promują rodzimych wykonawców muzyki młodzieżowej, będących u progu muzycznej kariery. Jednak nie tylko ich – w projekcie tym bywają i uznane gwiazdy polskiej estrady. Na te koncerty nie kupisz biletów, natomiast są zaproszenia – rozdawane słuchaczom RL w licznych konkursach.

To wzmacnia wzajemne relacje.

20 lutego zagrali tu Lilly Hates Roses – młodziutki wielkopolski duet Katarzyna Gołomska i Rafał Durski. Z estrady snuł się amerykański folk-rock. Działają dopiero od 2013 r., a już widać było ich dużą swobodę muzyczną. W końcu za nimi występy m.in. na Open’er Festival oraz tegorocznej edycji Victorious Festival (Wielka Brytania) – a tam koncerty w szeregu miast Anglii. Lubelski występ dowiódł, że duet nie poddaje się trendom mody, ambitnie wchodząc na coraz wyższy poziom muzyczny. Za nimi już 7 tras koncertowych w 8 krajach.
Miesiąc później znakomicie przyjęto w tym studio 6-osobowy Shannon z Olsztyna łączący nurty muzyki celtyckiej (irlandzkiej, szkockiej, bretońskiej) oraz rock, jazz. Założony 22 lata temu przez Marcina Rumińskiego zespół plasuje się w czołówce profesjonalnych „Celtów” z Polski. Rozpoznawalni są w wielu krajach Europy i świata, tę muzykę mają we krwi. Rekomenduje ich współpraca z gigantami jazzu, jak Zbigniew Namysłowski, Michał Urbaniak, Grzegorz Turnau. Sam Rumiński grając na irlandzkich whistlach i mandolinie, przykuwa uwagę słuchaczy rzadko stosowaną w tym gatunku umiejętnością śpiewu alikwotowego a la zespół Tuva (Mongolia) doceniony w Innych Brzmieniach.

Lubelskie akcenty tej sceny

10 kwietnia studio gościło muzyków z zespołu Better, grających rock w absolutnie przebojowym repertuarze. To Piotr Bogutyn, Dominik Dudzik, Grzegorz Kuligowski i Paweł Błędowski. Porywająco zaprezentowali kompozycje autorskie, ale i ciekawe opracowania standardów muzyki rockowej. – Mają dobre teksty i muzyczny warsztat na najwyższym poziomie – twierdzą znawcy. To piosenki, które raz usłyszane nie chcą już wyjść z głowy, bo obok chwytliwych kompozycji Błędowskiego – zespół prezentuje również własne opracowania utworów legend muzyki, jak The Beatles, The Rolling Stones, Cat Stevens czy Elton John.
Tydzień później tę scenę okupowały… Kobiety. To męski zespół z Trójmiasta mający brzmienie trudne do sklasyfikowania, a jakże atrakcyjne. To pierwsza polska ekipa, której muzykę znawcy określili terminem „avant-pop”. A wszystko przez ową domieszkę gitarowej psychodelii, która rozogniła widownię. 15 lat działalności grupy przyniosło niezliczoną ilość koncertów w kraju i za granicą, występując m.in. w ramach Dni Polskiej Kultury „Nowa Polska” w Paryżu (2004), na festiwalach w Holandii (Festivalhart Hoorn 2007) i RFN (Viertelfest 2008). Gościnnie na płytach Kobiet grały tuzy polskiego rocka jak Radek Łukasiewicz, Olo Walicki, Tymon Tymański, Tomasz Ziętek, Mikołaj Trzaska.
22 kwietnia wystąpili w lublinianie grający na pograniczu rock’n’rolla i blues-rocka. Zespół FSC Hot Rod założył przed 2 laty weteran lubelskiej sceny rockowej Jerzy „Szela” Stankiewicz (wokal, harmonijka). W składzie grupy są też inni doświadczeni artyści z zespołów Teksasy, Bajm, Lubelska Federacja Bardów: liderujący tu Zbyszek Kowalczyk – gitara, śpiew; Adam Drath – gitara; Roman Jaborkhel – bas; Tomasz Deutryk – perkusja. To nie przeszkodziło im zabrzmieć młodo i energetycznie prezentując repertuar m.in. z wydanej w ub. roku debiutanckiej płyty „Milk and Alcohol”.

Nowo odkryte talenty…

Wśród nich (29 kwietnia) także lublinianka, Katarzyna Łopata. Ten głos świetnie współbrzmi z poezją śpiewaną, łączy siłę i kobiecą subtelność. Intymnym przeżyciem jest jej interpretacja tych mniej znanych wierszy Agnieszki Osieckiej. Piosenki Katarzyny intrygują ciekawym, często ironicznym podejściem do samotności. Jej brzmienie współtworzą młodzi muzycy i zarazem przyjaciele, dzięki którym występ był szczery i pełen dobrych emocji.
W kilka dni później zagrał rockowo-funkowy Clock Machine (4-ka z Krakowa). Zdaniem znawców, to genialny zespół… samouków. Od zawsze mieli jeden cel: światową karierę zyskać w krótkim czasie. Czy stąd ich nazwa – Clock Machine? Do osiągnięć mogą zaliczyć występ na dużej scenie 19. Przystanku Woodstock oraz Seven Festival 2013. Zdaniem wielu dali tu najlepszy i najdłuższy koncert, pełen bisów. Bez krzeseł na widowni przednią zabawę mieli pląsający przed sceną.
11 maja studio wypełniła magia folk-rocka The Feral Trees. Zespół wystąpił już w ubiegłym roku na Open’er Festiwal, choć grają dopiero od wiosny 2014 r. Wtedy to Grzegorz Napora (z Puław), Dawid Ryski oraz Mariusz Antas połączyli moc alternatywnego, akustycznego folku i mrocznego, sludge-metalowego brzmienia. Tym panom towarzyszą dwie piękności: wokalistka z USA Moriah Woods ukształtowała swój głos w tradycji akustycznego grania, etnicznego śpiewu w górach Kolorado. Obok niej Viola Krasowska – lubelski talent elektro-skrzypiec. Ich muzyka porusza, rezonuje dziwną mocą i mrokiem tajemnic, dopełniana „kosmiczną” wizualizacją. Przy pełnej sali ten koncert był stanowczo zbyt krotki.

Uznane postaci estrady

Warszawiak Marcin Styczeń pokazał (20 maja), że jego pasją jest folk i poezja śpiewana zaangażowana religijnie. Nie dziwi popularność jego płyty „Pieśń o Bogu ukrytym” do wierszy Karola Wojtyły. Utwory z niej brzmiały na koncertach w całym kraju i takich m.in. ośrodkach jak Paryż, Rzym, Chicago, Los Angeles, Waszyngton. Podobnie jak pieśni z płyty „Golgota Jasnogórska” opartej na poemacie pasyjnym Ernesta Brylla inspirowanym obrazami Jerzego Dudy-Gracza.
Tydzień później – Leski. Pod skrótem od nazwiska (Paweł Leszowski) kryje się 30-letni zdolny wokalista, autor tekstów, kompozytor, gitarzysta oraz 4 innych, świetnych muzyków. Nie mają oni swej półki muzycznej – są poza, a właściwie ponad gatunkami. Rok temu debiutancka płyta „Splot”, dwa lata wstecz wspólna trasa koncertowa z Edytą Bartosiewicz. Ktoś określił muzykę tej stołecznej grupy mianem „dream-folk”. Bo też marzycielsko, czasem sennie snują się muzyczne opowieści Leskiego – poety wielkomiejskiego folku.
Z okazji Dnia Matki był też wspomnieniowy koncert Grażyny Łobaszewskiej ze świetnie brzmiącym kwartetem. Gwiazda nadal cieszy się dużym powodzeniem starszych słuchaczy.

Radio zapowiada płytę z tego występu.

17 czerwca swój dzień w RL mieli fani hip-hop. Melanż tego gatunku z elektroniką i jazzem zapewnił Bibobit. Siła wokalu (Daniel Moszczyński), soczyste brzmienie sekcji dętej, wysmakowany jazzowy fortepian, ekspresyjna elektronika – to ich walory, a nade wszystko spontaniczna energia uwalniana w momentach improwizacji. – Dla kogo tworzymy? Nie ma adresata. Dla naszej pasji! – twierdzi 6 muzyków z Poznania. Świadomie przekraczają granice gatunkowe, by łączyć jazzowe harmonie i improwizacje z rapem, dodać elektroniczne brzmienie i doprawić muzycznym ego każdego z nich.

Najnowsze odkrycia w RL

To m.in. Piotr Zioła, który 27 czerwca potwierdził publiczności w studio swój talent. Mimo swych 20 lat artysta prezentuje niezwykle dojrzały śpiew, nieprzeciętną wrażliwość i dobry styl. Inspirują go lata 50. i 60. W kwietniu br. wydał debiutancki album „Revolving Door”, gdzie gościnnie wystąpiła też Justyna Święs z zespołu The Dumplings. Za sprawą oryginalnego wokalu i dobrej angielszczyzny artysta szybko zdobywa uznanie w środowisku i w mediach.
– W lipcu mieliśmy tu BVRS. To duo muzyków z Warszawy: wokalista Holden Beaver i perkusista John Beaver razem piszą przebojowe piosenki w stylu folk, americana, indie-rock. Na koncertach duet rozrósł się do 4 osób. Łączą w nich blues i klasyczny rock’n’roll lat 60. oraz post-punk i tzw. zimną falę. U nas grali romantycznie, doprowadzając dziewczyny do łez – mówi Marek Rycak z redakcji muzycznej Radia Lublin, pomysłodawca wydarzeń w studiu RL. Podkreśla, że są to koncerty niskobudżetowe, dające efekt przywiązywania słuchacza do programu Radia L., oferując dobrą muzykę i że artyści przyjeżdżają tu nie dla pieniędzy, a za sprawą dobrych relacji organizatorów, no i trochę dla promocji pod znanym szyldem.
15 lipca wystąpił Young Stadium Club. Piątka muzyków-elektroników z Łodzi znajduje uznanie wśród fanów polskich i zagranicznych – mierzone wszak popularnością w Sieci. Czy rosną oto kolejne gwiazdy indie-rocka? Ten styl dziwnie zawłaszcza polski rynek muzyczny…

„Niezapomniany Joe Cocker”

Nie sposób wymienić wszystkie wydarzenia muzyczne tego lata na scenie RL. Jednak koncert pod tym tytułem (11 sierpnia) brzmiał szczególnie – za sprawą entuzjastów szlachetnej odmiany rocka. Warszawski aktor – znakomity również wokalnie – Jacek Kawalec dał popis, wcielając się w postać tego giganta muzyki z Anglii (Cocker jest kawalerem Orderu Imperium Brytyjskiego (2007). Tym samym uwiódł publiczność, wypełniającą wielkie studio Radia Lublin, która długo nie pozwalała mu zejść ze sceny.
– To cudowny koncert o niezwykle pozytywnej energii, wzruszył nas do łez – stwierdzili opuszczający salę.
Artysta zgromadził wokół siebie ogólnopolskie grono zdolnych muzyków: z Chełma: Krzysztof Kurzepa – gitara, Dominika Sitarczuk – wokal i Piotr Sławiński – trąbka; z Lublina: Artur Daniewski – bas i Krzysztof Patocki – perkusja; z Warszawy sam „Joe Cocker” oraz Julia Chmielnik – wokal i piano, Edyta Strzyska – wokal oraz dźwiękowiec Piotr Mrowiec. Ponadto Sylwester Schönfeld – saksofon (Gdańsk) i Michał Niewiadomski – puzon (Łódź). Temu gronu artystów wróżymy sukces w sentymentalnym projekcie sławiącym Joe Cockera, tym bardziej, że niekiedy zasila je sam Robert Chojnacki – saksofon.
Jacek Kawalec wyśpiewał aż 17 szlagierów Joe Cockera nie gorzej niż sam mistrz, a podczas wielokrotnych bisów (przy dźwiękach „Could you be loved”) zatańczyła cała widownia porwana przez artystów na scenie!
Marek Rybołowicz