Szczęście razy trzy

Hania i Zuzia są bardzo podobne, są bliźniakami jednojajowymi. Antosia różni się nieco od sióstr. Ma ciemniejsze włosy

– Lekarz podczas badania powiedział, że widzi dwa serca i to już był dla mnie wielki szok. Ale gdy po chwili dodał, że dostrzegł jeszcze jedno, to oniemiałam. Nie pamiętam, jak tego dnia wróciłam do domu – wspomina Dorota Popek, dziś mama świdnickich trojaczków – Zuzi, Hani i Antosi.


Dziewczynki urodziły się 15 czerwca w szpitalu przy Staszica w Lublinie w 32. tygodniu ciąży, przez cesarskie cięcie. Ważyły 1700, 1650 i 1570 gramów. Jako pierwsza w domu pojawiła się Zuzia – 5 lipca. Cztery dni później ze szpitala wypisana została Antosia. Opieki medycznej najdłużej potrzebowała Hania, do sióstr dołączyła dopiero 25 lipca.

– Ale dziś jest już wszystko w porządku. Dziewczynki rosną, rozwijają się i to jest najważniejsze – przyznają zgodnie ich rodzice Dorota i Przemysław, chociaż tato, zapalony wędkarz, wspomina, że do końca miał nadzieję, że w tej trójce znajdzie się choć jeden chłopiec.

– Ale nic to. Kupię różowe wędki – żartuje.

Tego nikt się nie spodziewał

Pierwsze badanie USG wszystkich zaskoczyło. – Ani w mojej rodzinie, ani w męża, nie było przypadków ciąż mnogich – opowiada nam świdniczanka. Po szoku przyszła jednak radość i wielkie przygotowania, bo wyprawkę trzeba było przemnożyć razy trzy. Specjalny potrójny wózek, po trzy łóżeczka, butelki, smoczki i cała masa innych artykułów dla niemowląt. I choć wszelkie „techniczne” sprawy udało się przed pojawieniem się dziewczynek na świecie załatwić, o tyle rodzice przyznają, że nie sposób się przygotować do ogromu obowiązków.

– Wszystko dzieje się razy trzy. Karmienie, kąpanie, przewijanie. Nie da się zrobić tego jednocześnie – przyznaje Dorota i wspomina niejedną taką noc, gdy po tym, jak udało jej się uśpić jedną córeczkę, budziła się kolejna. A gdy ta zasnęła, to wstawała trzecia. Rodzicom z początku pomagały babcie. Żadna nie mieszka, niestety, w Świdniku.

– Przyznam szczerze, że czasem przydałaby mi się pomoc. Logistycznie jest to nie do zorganizowania, abym wyszła z dziewczynkami na spacer, gdy mąż jest w pracy. Mieszkamy w bloku. Nie zniosę sama potrójnego wózka. A nawet jakbym się uparła, to nie zostawię w tym czasie córeczek bez opieki – mówi matka.

Jakie wsparcie?

Urodzenie trojaczków zdarza się bardzo rzadko, bo raz na 500 000 porodów. Samorządy nie mają przygotowanych w takich przypadkach specjalnych programów wsparcia. Zresztą nie ma w tej kwestii też żadnych ustawowych rozwiązań. Andrzej Mańka, kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Świdniku, twierdzi jednak, że rodzina otrzymała wsparcie i będzie je otrzymywać w przyszłości.

– Z gminnych środków wypłacane jest jednorazowo dodatkowe 500 plus na każde dziecko. Gmina podjęła też projekt, w myśl którego osoby, posyłając dzieci do niepublicznych przedszkoli, czy żłobków będą miały pomoc finansową, a w przypadku, kiedy jest to np. trójka dzieci, będą zwolnione z opłat – wylicza.

Rodzice jednak nie takie wsparcie mają na myśli. Chodzi nie o kwestie finansowe, ale o skierowanie do nich pracownika socjalnego, który chociaż raz na jakiś czas pomoże np. ze zniesieniem wózka.

– MOPS jest związany ustawami sejmowymi. Zajmujemy się pomocą osobom, które spełniają określone kryteria, albo dochodowe, albo zdrowotne – mówi dyrektor. – W tym przypadku rzeczywiście istnieje pewna luka. Może ten przykład spowoduje, że z nową radą miasta podejmiemy jakieś działania. To są nieliczne przypadki, ale należy je uwzględnić i może faktyczne przez jakiś okres czasu jakąś formą wsparcia objąć takie rodziny – mówi A. Mańka.

Ewa Jankowska, sekretarz miasta zapewnia, że miasto szuka pomysłów i sposobów na to, jak pomóc rodzinie.

– To nie jest rodzina, która nie radzi sobie finansowo, ale wiadomo, że jak ma się trójkę małych dzieci, pojawiają się różne problemy natury organizacyjnej. Dziadkowie nie są w stanie im pomagać, bo mieszkają gdzie indziej. Nie ma ustawowej kwalifikacji do pomocy z tego powodu, że matce urodziła się trójka dzieci. Ale jeśli nie można pomóc formalnie, możemy spróbować zrobić to w inny sposób. Myślę, że znaleźliby się młodzi i chętni świdniczanie, którzy zechcieliby pomóc. Na pewno o nich nie zapomnimy – twierdzi. (mg)