Umarłe miasto oczarowało Lublin

Trudne, przejmujące dzieło inauguruje scenę operową CSK. „Umarłe miasto” jest operą pełnego formatu, wystawioną, po latach oczekiwań, 22 i 24 września 2017 w Centrum Spotkania Kultur. Entuzjazm publiczności dowodzi, że Lublin jest spragniony tego gatunku sztuki.


„Sobowtóry, rozpustni ślepcy, żarłoczne paprocie… Oraz mężczyzna, który popada w obsesję wspomnień. W tym przedstawieniu jak w lustrze pałacowe wnętrze odbija zaburzenia osobowości i narastający obłęd bohatera” – czytamy na plakacie. Taki anons sprawił, że zainteresowanie operą w Lublinie przerosło oczekiwania organizatorów. Bilety na dwa spektakle zostały wykupione przez publiczność w oka mgnieniu, mimo że ceny biletów miały warszawski pułap.
Bo też w stołecznym Teatrze Wielkim – Operze Narodowej „Umarłe miasto” miało swą współczesną premierę 10 czerwca. Później, choć spektakle miały tam miejsce jeszcze kilkakrotnie, wzbudzając entuzjazm publiczności oraz recenzentów, wielu melomanów obeszło się smakiem. Ci, którym nie udało się dostać biletów w Warszawie, mogli nadrobić to w poprzedni weekend w Lublinie. Że tak się stało, świadczyły liczne samochody o warszawskich rejestracjach parkujące w pobliżu CSK.
„Umarłe miasto” znam jedynie z próby generalnej. Cóż, do opery wypada chodzić jednak w towarzystwie, a miejsca na dwa biletowane spektakle były nieosiągalne nawet „po znajomości”. Sala operowa CSK (mieszcząca nominalnie 1000 osób) w owe wieczory i tak pomieściła znacznie więcej widzów dzięki tzw. dostawkom.

Dzieło geniuszy

Muzykę do tej opory stworzył Erich Wolfgang Korngold w 1920 roku, gdy miał zaledwie 23 lata. Austriak był uznawany za cudowne dziecko. Grał w wieku 5 lat, komponował już jako 10-latek. Później, zaznał sławy Hollywood, gdy jako dojrzały kompozytor przeniósł się do Stanów Zjednoczonych w latach 30. XX w. Oprócz dzieł klasyki komponował bowiem muzykę do znanych wówczas filmów, wręcz ukształtował styl amerykańskiej muzyki srebrnego ekranu – dwukrotnie otrzymał za nią Oscara, czterokrotnie doń nominowany.
„Umarłe miasto” miało swe prapremiery w Hamburgu i Kolonii. Później do 1924 r. wystawiono je w Monachium, Berlinie, Pradze, Wiedniu i Nowym Jorku. Na fali tych sukcesów w międzywojennej Polsce premiera opery, pod tytułem „Zamarły gród”, miała miejsce we Lwowie w 1928 roku.
Do ekstatycznej muzyki Korngolda intrygujące libretto napisał Paul Schott. Za podstawę posłużyła mu powieść „Bruges-la-Morte” (1892) belgijskiego pisarza Georgesa Rodenbacha. Opisuje ona dramat neurotycznego mężczyzny latami opłakującego zmarłą żonę. Akcja dzieje się w Brugii – zwanej flamandzką Wenecją z powodu obfitości kanałów w historycznej części miasta. Właśnie zamglona i mroczna sceneria Brugii skrywa dom, w którym świat umarłych przenika do świata żywych, a bohaterowie: Paul, Maria, Marietta funkcjonują zarówno na jawie, jak we śnie.
Rzec można: martwe i żywe miesza się tu w osobie żony i kochanki, lecz do kulminacji dochodzi, gdy na scenę wkracza zazdrosny duch Marii. Paul cierpi po stracie ukochanej, nie potrafi ukoić swych emocji, wypogodzić myśli. Epizody jego „odlotów” i rzeczywistości przenikają się tu, jednak cała oniryczna fabuła rozgrywa się w umyśle bohatera. Jego katusze z tego powodu trwają do końca spektaklu. Widzowie mogą w nim znaleźć cechy dreszczowca, po części horroru, znanych z filmów Hitchcocka.

Wybitna sztuka reżyserii i scenografii

W Polsce nie tylko sugestywna muzyka i libretto przyniosły sukces temu dziełu.
Reżyserem „Umarłego miasta” jest Mariusz Treliński, który wykorzystał tu temat wymarzony dla swojej estetyki – jest on bowiem artystą o głębokiej empatii w kreowaniu scenicznych postaci. Ich psychologia, dramatyzm splatają się za ulubionym przez reżysera motywem śmierci w miłości i dla miłości. O tym traktowały też opery „Zamek Sinobrodego”, „Salome” i „Tristan” w jego reżyserii.
„Umarłe miasto” to zupełnie inny rodzaj opery, zbliżony do teatru. W Lublinie przestrzeń sceniczna dała reżyserowi szersze możliwości. Mieszkanie bohatera opery ulokowano na scenie obrotowej. Ukazywało ono amfiladę komnat, a de facto meandry osobowości Paula. Tym samym scenografia w tej interpretacji dominuje nad narracją. Ów mroczny dom-labirynt stworzył Boris Kudlička współpracujący z CSK. Uważam, że jego dzieło mówi więcej o istocie dramatu niż niemieckie libretto, które jest zagmatwane.
Tytułowe umarłe miasto jest w umyśle bohatera. Mężczyzna nie może się uporać ze śmiercią ukochanej kobiety i cały swój świat widzi jako ruinę. Zakochuje się na nowo, jakby chciał cofnąć czas, a w nowej kobiecie odnajduje wiele cech ukochanej zmarłej.
Przyjaciel Paula, Frank, przychodzi do jego mieszkania, w którym wszystko tu wydaje się jakieś upiorne. Widzi przechowywane jak świętość włosy Marii, zmarłej żony Paula, który traktuje jak relikwię. Widać, że Paul nie może zapomnieć zmarłej – podsumowuje służąca. I wtedy sam Paul opowiada Frankowi, jak spotkał kobietę, która zdaje się być kopią jego zmarłej żony, a może nawet nią jest: „To Maria we własnej osobie. Te same włosy, ten sam głos”. Przyjaciel próbuje mu to wyperswadować, jednak Paul oświadcza: „Chcę się zanurzyć w marzeniu o powrocie”. I sztuka nabiera ciężaru wielkiego psychologicznego misterium.

To dojmujące przeżycie

Trzy długie akty opery nie nużą widza, choć treść jej jest filozoficznie egzystencjalna i mroczna.
Ktoś rzekł: „Umarłe miasto” zniewala. Tak, lecz nie tylko swoją estetyką. Jest to dogłębne zniewolenie całej psychiki odbiorcy. Dzieło ukazuje stan umysłu i afekty, których normalnie należałoby unikać. Od początku widać, że scenariusz jest ukłonem wobec powstającej wówczas psychoanalizy.
Pytanie, czy stanowi to dla widzów zabieg higieny psychicznej z dodatkiem wysokiej kultury? A może doświadczenie progowe, które będzie neurotycznie uwrażliwiać?
Tak brzmi rozterka lekarza psychiatry obecnego na przedstawieniu, którego zaintrygowało libretto niezwykłego utworu. – Spektakl daje widzowi swoiste memento. Pokazuje, do czego jest zdolny człowiek opętany miłosną obsesją. Fabuła jest tu ewidentnym odbiciem chorego umysłu. Ale jeśli ktoś godzi się na taki eksperyment z własną jaźnią, spektakl spełnia swoją rolę – twierdzi lekarz.
A warstwa muzyczna opery? Mimo fascynacji scenografią „Umarłe miasto” w sali wielkiej CSK dowiodło, że opera to głównie muzyka. Jest ona tutaj wrażliwa, wielobarwna, sugestywna – to jedno z większych dzieł Korngolda.
Szkoda, że niezwykle ciasno w orkiestronie CSK było blisko 70-osobowej Orkiestrze Teatru Wielkiego-Opery Narodowej, którą brawurowo poprowadził Finnegan Downie Dear z londyńskiej Shadwell Opera.
Wystąpili soliści: Paul – Jacek Laszczkowski, Marie/Marietta – Ewa Vesin, Frank/Pierrot – Tomasz Rak, Fritz – Szymon Mechliński, Brigitta – Bernadetta Grabias, Juliette – Maria Stasiak, Lucienne – Elżbieta Wróblewska, Gaston/Victorin – Pavlo Tolstoy, Hrabia Albert – Mateusz Zajdel.
Rangi przedstawienia dopełniali chór TW-ON oraz chór dziecięcy „Artos” i liczni aktorzy drugiego planu i mimowie. Za kostiumy odpowiadał Marek Adamski, za choreografię Tomasz Jan Wygoda. Dramaturg: Małgorzata Sikorska-Miszczuk.
„Umarłe miasto” w lubelskim Centrum Spotkania Kultur to koprodukcja przygotowana przez słynny Théâtre de la Monnaie w Brukseli oraz Teatr Wielki – Operę Narodową w Warszawie.
Piotr Franaszek, dyrektor CSK, zapewnia, że w przyszłości jego instytucja planuje własne produkcje operowe i współpracę z najlepszymi scenami w Europie.
Marek Rybołowicz