Umierał w toi toi

Z przenośnej toalety strażnicy miejscy wynieśli dwóch mężczyzn. Jeden w stanie krytycznym trafił do szpitala. Mało brakowało, a bezdomny skonałby w toi toi.

Ciężko w to uwierzyć, ale lokalni kloszardzi upodobali sobie toi toi w pobliżu placu Łuczkowskiego. Nie ma dnia, aby Straż Miejska nie otrzymała zgłoszenia do jegomości ogrzewających się w kabinie. Większość zgłoszeń kończy się na przepędzeniu i pouczeniu bezdomnego lub – jeśli jest pijany – odstawieniu do izby wytrzeźwień. Ostatni przypadek był jednak drastyczny.
Gdy strażnicy przyjechali na miejsce, zobaczyli dwóch kloszardów stłoczonych w toi toi. Jeden dosłownie leciał przez ręce, był w fatalnym stanie. Został natychmiast przewieziony karetką do szpitala.
Nie lada strachu najadła się też kobieta, która kilka dni temu odkryła, że na strychu jej mieszkania przy ul. Lubelskiej śpią dwaj mężczyźni. Czterej bezdomni urządzili sobie też ognisko na cmentarzu wojennym w Borku. Kiedy straż dotarła na miejsce, nikogo już nie było. Wściekli są też właściciele ogródków działkowych. Podejrzewają, że zaklejane lub zapychane (papierem, zapałkami, gumą do żucia, klejem) zamki w bramach to robota kloszardów, którzy szukają sobie schronów na zimę.
Policja uczula jednak, aby zwracać uwagę na bezdomnych i dzwonić pod numery alarmowe. Idzie zima, więc szukają schronienia, a gdy są zamroczeni alkoholem, może dojść do tragedii. (pc)