Uratował sarnę, zabił siebie

Śledczy są przekonani, że gdyby kierowca nie próbował uciekać i uderzył w zwierzę, zabiłby je, ale sam przeżył. Zadziałał instynkt, a z wypadku uratował się jedynie syn mężczyzny. Żyje dzięki świadkowi wypadku.

Tragedia pod Leśniowicami wydarzyła się we wtorek (3 kwietnia) późnym wieczorem. Stanisław S. z Chełma (57 lat) jechał z synem od strony Wojsławic do domu. W pewnej chwili, na wysokości Kumowa Majorackiego, z pobliskiego lasu wyskoczyła na jezdnię sarna – tuż przed maską jego VW Caddy. Kierowca instynktownie zahamował, próbując uniknąć zderzenia ze zwierzęciem, stracił jednak panowanie nad kierownicą, a auto wypadło z drogi, przewróciło się i uderzyło w drzewo.
Dla kierowcy nie było już ratunku. Zginął na miejscu. Z wypadku cudem ocalał jego syn. W ciężkim stanie trafił do szpitala, ale jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Miał szczęście, bo w porę najechał inny kierowca, który stał się bezpośrednim świadkiem tego zdarzenia.
Jak mówią śledczy z Krasnegostawu, którzy wszczęli postępowanie w sprawie nieszczęśliwego wypadku na trasie, czas odegrał tu istotną rolę. Las i nieoświetlona droga sprawiły, że leżący w znacznej odległości od jezdni VW był praktycznie niewidoczny – gdyby nie drugi kierowca, który widział całe zajście oraz uciekającą w głąb lasu sarnę i natychmiast wezwał służby, syn 57-latka mógłby nie przeżyć nawet kolejnych 30 minut.
Trwa wyjaśnianie okoliczności tego tragicznego zdarzenia. Ciało zmarłego zostało zabezpieczone do sekcji. Po skutkach już wiadomo, że mężczyzna jechał szybciej niż powinien. Śledczy podejrzewają też, że gdyby kierowca nie zahamował tak gwałtownie i, mimo wszystko, uderzył w sarnę, zwierzę by zginęło w starciu z dużym samochodem, ale jemu nic by się nie stało. Zadziałał jednak instynkt. (pc)