Uwaga, to żebrak-naciągacz

Czujne oko Czytelnika uchwyciło, w jaki sposób żebrzący na deptaku naciąga naiwnych chełmian. Szkoda tylko, że podobną czujnością nie wykazała się straż miejska. Sprawiający wrażenie niepełnosprawnego zdążył schować do kieszeni całkiem ładną sumkę, bo strażnicy do interwencji się nie spieszyli. Czy zawsze są tak „sumienni”?

Ciepłe dni to dla żebraków idealna pora na zarobek. Bo ten, kto myśli, że do wyjścia na ulicę i proszenia obcych o pieniądze zmusza człowieka jedynie trudna sytuacja, jest w wielkim błędzie. Na żebraniu można świetnie zarobić – nawet i kilkaset złotych dziennie. A gdy jeszcze uda się niepełnosprawnego albo weźmie do pomocy dziecko, to już sukces murowany. Problem w tym, że natarczywe i oszukańcze naciąganie w miejscach publicznych jest w Polsce nielegalne. Reguluje to art. 58 kodeksu wykroczeń, o czym dobrze wie nasz Czytelnik.

(18 kwietnia) W czwartek, w okolicach południa, kiedy w centrum był duży ruch, mężczyzna zauważył na deptaku żebrzącego Roma o kuli. Co jakiś czas pojawia się on w centrum Chełma, prosząc przechodniów o jałmużnę. Czytelnik, który doskonale wie, że żebrak symuluje (do supermarketu podąża bez najmniejszych problemów, na zdrowych nogach i bez kuli), przystanął i obserwował rozwój wydarzeń.

Rzekomo niepełnosprawny Rom w ciągu kilku minut, żerując na współczuciu innych, nazbierał kilkadziesiąt złotych (średnio co druga mijająca go osoba wrzucała mu do kubeczka po 5 czy 10 zł), ale żebrak głupi nie jest – za każdym razem wyjmował pieniądz z kubka i chował go do kieszeni. Po co? By wzbudzić w chełmianach jeszcze większą litość i w ten sposób zachęcić ich do wrzucenia datku w pusty kubek.

W pewnej chwili Rom wyjął nawet z kieszeni smartfon, którego nie powstydziłby się niejeden pracujący i płacący z tego tytułu podatki chełmianin. Czytelnik wziął zatem do ręki swój telefon i zadzwonił po straż miejską. Czekał i czekał, a strażników nie było. Dopiero po ponad 20 minutach wjechali na deptak samochodem. Widząc patrol, Rom schował się na schodach prowadzących do zamkniętego lokalu w piwnicy przy deptaku. A strażnicy pojechali dalej.

Nawet nie wysilili się, by wysiąść z samochodu i się rozejrzeć. To dopiero interwencja. No, ale w końcu brak żebraka, to brak tracenia czasu na sporządzanie notatki i święty spokój. Oniemiały Czytelnik zadzwonił ponownie na straż i wskazał kryjówkę Roma (choć gdyby strażnicy wysiedli z auta, nie mieliby problemu z zauważeniem go…). Czytelnik znów czekał i czekał, naiwnie myśląc, że dyżurny przekaże patrolowi, by zawrócił na deptak. Żebrak tymczasem wyszedł z nory i dalej napychał kieszeń.

Po kolejnych kilkudziesięciu minutach straż miejska się pojawiła. Tym razem, chcąc nie chcąc, wysiedli z samochodu, a jeden ze strażników pouczył żebraka i kazał mu opuścić deptak. O sposób przeprowadzania przez strażników interwencji i wysiłek w nią włożony próbowaliśmy zapytać komendanta SM, niestety był na urlopie. (pc)