Volta wzmacniająca Lublin

Około 1000 osób z lubelskiej socjety wzięło udział w ogólnopolskiej premierze filmu Juliusza Machulskiego „Volta”.


9 czerwca w Cinema City Lublin Plaza było mnóstwo wrażeń – nie tylko kinowych. Przed pokazem wystąpili jego aktorzy, dzieląc się wrażeniami z pracy nad filmową wizytówką naszego miasta. Żal, że zabrakło samego króla polskiej komedii, który przemówił do zebranych z ekranu. Wcześniej, tego dnia, w ratuszu, została otwarta wystawa fotosów z planu filmowego.
Perlisty śmiech widowni towarzyszył oglądaniu tego filmu – no, może nie tak często, jak w trakcie poprzednich rarytasów sztuki Juliusza Machulskiego („Seksmisja”, „Kiler” i „Vabank”). Bo też nie taki jest klimat najnowszego dzieła tego reżysera i scenarzysty. Obraz zrealizowano równie zabawnie, jednak tematyka znacznie poważniejsza. Zapewne i mądrzejsza… Taki wniosek można by wywieść z zakończenia film, który poucza, że „woził wilk razy kilka – powieźli i wilka”. Oglądamy komedię pełną zwrotów akcji i z sympatycznie podanym na finał morałem, również w wymiarze finansowym.
Co istotne dla miasta, obrazki Lublina, jakie pokazuje widzom Machulski, są wielkiej urody. Jego film naprawdę zachęca do odwiedzania historycznego grodu nad Bystrzycą.
Historyczne tło filmu daje pretekst, by ukazać pełną krasę lubelskiego city, ale i urodę ludzi oddanych temu miastu. Do takich należy Aga (Aleksandra Domańska), patriotka swej małej ojczyzny, która próbuje urządzić się w Lublinie po opuszczeniu Włoch. Z zarobkowej emigracji „zgarnia” ją dużo starszy Bruno Volta i spolegliwą dziewczynę mocno od siebie uzależnia. Ułatwia mu to talent kreatora politycznych wizerunków, z którego żyje dostatnio. Aga w przypadkowych okolicznościach spotyka Wikę (Olga Bołądź), trudniącą się odnawianiem mieszkań z zasobów Starego Miasta. W jednym z nich dochodzi do odkrycia tajemniczego pakunku sprzed stuleci.
Kryje się tam korona samego Kazimierza Wielkiego, która zaginęła w dziwnych okolicznościach, ponoć zrabowana z wawelskiej krypty w 1370 roku. Swojego czasu Król Kazimierz odwiedzał Lublin – wówczas świeżo lokowany przez swego poprzednika na tronie. Tym tropem wiedzie „wątek średniowieczny” filmu. Znakomicie dopełniają go dygresje historyczne z różnych epok państwa polskiego – mają miejsce na obczyźnie, dokąd trafia ów koronacyjny klejnot. Te barwne reminiscencje pochodzą z Hiszpanii i Francji. Z dużym zaangażowaniem scenografów, pietyzmem i troską o detale, oddano tamtejsze realia, choć sceny nakręcano w Janowcu.

Dwoistość Kazimierza Dolnego

Miasteczko posłużyło Machulskiemu do wprowadzenia wątku politycznego. Bowiem niejaki Kazimierz Dolny, jako lider partyjki aspirującej do wielkiej polityki, zajmuje sporą część fabuły. Pod hasłem „Dolny, górą!”, korzystając z politycznej mody na jakiś „pierwotny” nurt patriotyzmu, czerpiąc z historycznych odniesień do potęgi polskich królów, wreszcie eksploatując ów jagielloński klejnot koronny – próbuje on zostać prezydentem Polski! To niezwykle udana satyra na niską politykę, „samouczek” dla polityków, jak nie zachowywać się w ich kampaniach wyborczych. To także celny komentarz do fatalnych nawyków językowych Polaków.
Oglądamy tu świetne role znanych aktorów. To Andrzej Zieliński (jako Bruno Volta), Krzysztof Stelmaszyk (szef telewizji), Michał Żurawski (wszawy ochroniarz-filozof). Znakomitą rolę dla siebie znalazł tu Jacek Braciak – jako człowiek mały, aspirujący jednak do najwyższego urzędu w państwie.
Grają tu także m.in. Joanna Szczepkowska, Tomasz Kot i Cezary Pazura. Muzykę stworzył Bartosz Chajdecki. Za miesiąc, 7 lipca, film trafi do kin w całej Polsce.
Znawcy sztuki filmowej, a zwłaszcza pseudo-eksperci z branży, pewnie chcieliby podnosić nieliczne słabości filmu – bo przecież nie jego wady… A i tak „Volta” to ze wszech miar udana „koprodukcja” – finansowa z urzędem miasta.
Nie wchodząc w jej kosztowe detale, warto mieć taki film w „portfolio” promocyjnym Lublina, zupełnie niezależnie od celebrowanego obecnie jubileuszu 700-lecia miasta. Marek Rybołowicz