Wędkarstwo bez ryb nie ma sensu

O pięknych nadbużańskich terenach, o przygodach, planach i marzeniach, o przyszłości wędkarstwa w Polsce i o prawie, które koniecznie trzeba zmienić opowiada Jacek Kolendowicz – człowiek-legenda-mistrz wędkarstwa spinningowego. Z redaktorem naczelnym „Wędkarstwa 360” rozmawiamy w letnim domu Agnieszki Świeckiej-Pilaszek, redaktor naczelnej „Kropka TV”, położonym o rzut beretem od granicznego Bugu.

Na wschód

Polesie jest jednym z najpiękniejszych i wciąż nieodkrytych regionów Polski. Nieskazitelna przyroda, mili i otwarci ludzie, ale przede wszystkim cisza, błogi spokój i brak nawet namiastki przemysłu sprawiają, że nadbużańska ziemia jest coraz częściej wybierana nie tylko na letnie siedliska. W uroczym sielskim-anielskim drewnianym domku z niebieskimi ramami okien i kaflowym piecem mieszka Agnieszka Świecka-Pilaszek, redaktor naczelna magazynu „Kropka TV”, która w Bytyniu (gm. Wola Uhruska) znalazła nie tylko wytchnienie od warszawskiego zgiełku, ale też zyskała wielu przyjaciół.

W ubiegłym tygodniu w jej domku zjawił się Jacek Kolendowicz, obecnie redaktor naczelny magazynu „Wędkarstwo 360”, autor niezliczonych publikacji o tematyce wędkarskiej, trzykrotny Mistrz Polski w wędkarstwie spinningowym, członek i trener naszej kadry narodowej, prekursor nowoczesnego spinningu – jednym słowem człowiek-legenda przez wielu uznawany za najwybitniejszego wędkarza w kraju. Powiat włodawski Kolendowicz wizytuje w ostatnim czasie już po raz drugi.

Za pierwszym razem dał się uwieść i oczarować najpiękniejszej rzece Europy, o której pisał tak: „Graniczny Bug jest dziki, pierwotny, nietknięty niszczycielską ręką melioranta. Płynie wąskim, głębokim korytem pośród lasów łęgowych bujnych jak amazońska dżungla. Żłobi przepastne doły, podmywa brzegi, topi wiekowe drzewa. Meandruje i pędzi na zakrętach jak trociowa rzeka, a miejscami zwalnia, zasilając w wodę malownicze starorzecza.

W jego mrocznych odmętach kryją się opasłe, wąsate sumy i przebiegłe bolenie, w żwirowych rynnach grasują drapieżne sandacze, a przy stromych burtach brzegowych, w zakamarkach odsłoniętych korzeni drzew i zwalisk grasują żarłoczne okonie i czają się krępe, ciemnołuskie bużańskie szczupaki. To wędkarski sezam, który jednych hojnie darzy bogatym skarbem, a przed innymi, którzy jeszcze nie poznali tajemnego hasła, zamyka swe wrota, nieustannie wystawiając ich cierpliwość na próbę. Sezamie, otwórz się… Znacie hasło?”.

W domu z niebieskimi oknami

Tym razem celem jego wyprawy nie był Bug. J. Kolendowicz przyjechał tak po prostu, w odwiedziny do A. Świeckiej. Ale że jego życie kręci się wokół ryb, zabrał ze sobą sprzęt i pudełko z przynętami, bo ledwie kilka kilometrów od Bytynia znajduje się jedno z najlepszych prywatnych łowisk szczupakowych w Polsce.

Niestety, kapryśna pogoda nie pozwoliła w pełni sprawdzić potencjału Bagien u Mańka, bo o tym miejscu mowa. Ale nie ma tego złego, bo dzięki temu J. Kolendowicz znalazł chwilę na rozmowę. Co prawda przed spotkaniem ułożyłem sobie wstępny scenariusz, ale pan Jacek jest tak otwartą i empatyczną osobą, że od razu zapytałem go o to, czego pewnie chciałoby się dowiedzieć wielu wędkarzy w tym kraju: co ma w pudełku z przynętami.

Muszę przyznać, że doznałem lekkiego szoku, bo większość z tego, co w nim zobaczyłem, w swoim arsenale posiada niemal każdy. Nie było tam nie tylko żadnych cudownych przynęt wykonanych w kosmicznych technologiach, ale – co mnie bardziej zdziwiło – przegrody pudełka wypełniało stosunkowo mało rękodzieła. Większość stanowiła masowa produkcja dostępna w pierwszym lepszym sklepie wędkarskim!

– Przygotowanie takiego pudełka zajmuje mi kilka godzin – opowiada Kolendowicz. – Poprzedza je analiza rodzaju łowiska oraz gatunków, na które będę polował. Staram się mieć jak najwięcej rodzajów wabików, bo nigdy nie wiadomo, który z nich przypasuje rybom. Nie mam ulubionej przynęty czy tajnej broni – przy wyborze i łowieniu kieruję się pragmatyzmem. Jeśli jednak miałbym wybrać jeden rodzaj, który np. zabrałbym na bezludną wyspę, byłaby to wahadłówka.

I nie jest to wybór sentymentalny, a kolejny przejaw mojego zdroworozsądkowego podejścia do życia. Otóż ten rodzaj przynęty jest nie tylko bardzo trwały, ale też pozwala na różnorakie prowadzenie, więc jest uniwersalny – wyjaśnia trzykrotny Mistrz Polski.

Zdradza też, co robi, gdy ryby nie chcą reagować na przynęty imitujące ich naturalny pokarm. – Wtedy sięgam po różne wynalazki, takie jak imitacje nietoperzy, małych kaczek, szczurów, licząc na to, że wywołam u drapieżników agresję lub ciekawość. Z rzeczy niestandardowych w pudełku mam chyba tylko gumowe amortyzatory, które montuję między linką główną a przyponem. Pozwalają one mocno ograniczyć spady ryb i odchudzić zestaw oraz sprawiają, że ryba mniej się męczy podczas holu – ujawnia. Zapytany o ulubiony cel wędkarskich wypraw zaskakuje mnie po raz drugi.

Zrewidowane marzenia

– Z polowania na giganty już się wyleczyłem – mówi. – Łowiąc jesiotry białe na rzece Frazer w Kanadzie wspólnie z trzema kolegami holowałem wielką rybę. Miałem niezniszczalny sprzęt, wędkę nie do złamania, linkę na kołowrotku nie do zerwania, świetną pogodę, kapitalną załogę łodzi i kilka godzin do zmierzchu. Warunki idealne, by mierzyć się z marzeniem. Niestety, mimo wysiłków moich i załogi tego jesiotra nie udało się przez 3 godziny nawet oderwać od dna.

Po całej akcji przewodnicy szacowali jego masę od 0,5 do 1 tony. Marzenie, być może w postaci rekordu świata, było na wyciągnięcie dłoni, a jednak okazało się, że ryba była poza zasięgiem ludzkich mięśni. Ta przygoda zrewidowała moje podejście do wędkarstwa. Doszedłem do wniosku, że nie o to w tym chodzi i postawiłem sobie nowy cel: łowienie dużych ryb w sposób planowy, na ładnym łowisku i w miłym towarzystwie.

Każdemu, kto mówi, że jedzie nad wodę nie na ryby, ale dla pięknych widoków i obcowania z naturą radzę, by na takie wyjazdy nie brał wędki, bo nie ma wędkarstwa bez ryb. Bliskie ideału było dla mnie łowienie łososi w Kolumbii Brytyjskiej, ale tam zabrakło mi jednego elementu – planowania, bo tam miejsca wybierał i pokazywał przewodnik, co nieco zmniejszyło moją przyjemność z walki z wielkimi łososiami. I tym sposobem doszliśmy do mojego ulubionego łowiska, czyli do Sanu. Jeżdżąc na Podkarpacie, odbywam też podróż sentymentalną, bo to właśnie w tej rzece stawiałem swoje pierwsze kroki w wędkarstwie wyczynowym.

Poza tym mam tam wszystko, czego do szczęścia potrzebuję: piękne otoczenie, czystą, rybną wodę zasobną w duże brzany, na które poluję wyposażony w lekki sprzęt i nowatorską, wypracowaną przez siebie techniką. Jestem szczęśliwy, że na tym łowisku sprawdzają się moje teorie, że mam towarzystwo najlepszych przyjaciół i że nie muszę niczego udowadniać czy bić rekordów – tłumaczy. – A marzenia? Jest jeszcze w wędkarstwie mnóstwo rzeczy nieodkrytych.

Wiem o trudnych rybach, które są jeszcze poza zasięgiem, ale które dzięki nowatorskiemu podejściu będą możliwe do złowienia. Dlatego największą przyjemność sprawia mi opracowanie niestosowanej jeszcze nigdzie techniki, dzięki której ryby nie tylko będą chwytać przynętę, ale też nie będą się spinać czy urywać. Jednym słowem fascynuje mnie dążenie do doskonałości w tym, co robię: od opracowania planu po efekt finalny – przyznaje Kolendowicz.

Winny system

Na koniec rozmowy poruszamy temat chyba najbardziej nośny, ale i drażliwy, czyli PZW, przepisy i zarybienia. – Nie jestem wrogiem Związku. Wręcz przeciwnie – przyznaje pan Jacek. To nie gospodarze wód są odpowiedzialni za ich marny rybostan, ale ustawy i ministerialne rozporządzenia. Złe jest prawo, przepisy i podejście władz państwowych, które nie zapewniają gospodarzom wód skutecznych instrumentów do ochrony rybostanu.

Kłusownicy kłusują, rybacy odławiają, pseudowędkarze nie przestrzegają limitów i okresów ochronnych, a wszystko dlatego, że nie ma organu czy służby, która mogłaby temu zapobiegać. Rozwiązaniem systemowym byłoby utworzenie w policji pionu ekologicznego, który miałby odpowiednio wysoki budżet. Taki twór skutecznie działa np. w Kanadzie, ale w naszym kraju nie widzę ze strony kolejnych rządów żadnej woli politycznej, by nad tym problemem chociażby się pochylić.

Myślę, że skuteczne byłyby też kontrole prowadzone na łowiskach przez zwykłą policję, o ile jednym z instrumentów, których chcieliby używać, byłaby konfiskata sprzętu służącego do kłusownictwa, w tym samochodów i łodzi. Ale tu znowu odbijamy się od ściany, bo nikt nie jest zainteresowany rygorystycznym stosowaniem obowiązującego prawa – wyjaśnia naczelny „Wędkarstwa 360”.

– Jestem natomiast przeciwnikiem obligatoryjnych zarybień, nie licząc wyjątkowych, uzasadnionych przypadków. Według mnie wprowadzanie do naturalnych wód ryb hodowlanych a niejednokrotnie obcego materiału genetycznego nie przynosi długofalowych korzyści w postaci stabilnego ekosystemu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że właśnie na tym aspekcie działalności PZW skupia się uwaga wielu wędkarzy, ale nie tędy droga. Powinno się więcej pieniędzy przeznaczać na kontrole i ochronę wód, a przede wszystkim na ochronę naturalnych tarlisk.

(bm, fot. archiwum Jacka Kolendowicza)