Wio, wio do pożaru!

Zaprzęgali do niego konie, bo w tamtym czasie ciągniki na wsi to wciąż był luksus. Dzięki niemu druhowie ugasili setki pożarów. – Gdy pojawiał się dym, ludzie w środku nocy biegli, aby pomóc. Teraz nasz zabytkowy wóz strażacki będzie eksponatem. Dobrze, niech ludzie go podziwiają – mówi były komendant OSP w Pobołowicach.

Jednostki OSP w gminie Żmudź obchodzą kolejne jubileusze istnienia. Dwa lata temu były obchody z okazji 90-lecia OSP w Żmudzi, a parę tygodni temu obchody z okazji 70-lecia OSP w Wołkowianach. OSP w gminie Żmudź jest siedem. Wszystkie początkowo składały się z nielicznych grupek mieszkańców, którzy postanowili służyć pomocą tam, gdzie wybuchnie pożar.

A przed laty takich sytuacji na wsi było mnóstwo. Na początku sprzęt OSP był skromny. Zdarzało się, że była to jedna ręczna sikawka, beczkowóz, bosaki. Z czasem kupowano strażackie hełmy, pasy bojowe, toporki. W latach 40. ubiegłego wieku gminne OSP zaopatrywano w pierwsze motopompy. OSP w Żmudzi też taką miała – M-200 marki „Skamelka”.

Obecnie największą historyczną, pożarniczą perełką w gminie Żmudź jest wóz strażacki należący do OSP Pobołowice. Został wyprodukowany w 1959 roku. Zaprzęgano do niego konie. Urzędnicy planują ustawić wóz na placu przed remizą strażacką i centrum kultury w Żmudzi. Byłby ciekawym eksponatem. Wacław Warlicki, który przez 53 lata był komendantem OSP w Pobołowicach, doskonale pamięta, gdy wóz trafił do druhów z Pobołowic. Wspomina akcje, do których wykorzystywano pojazd.

– Ten wóz dostaliśmy od druhów z Wołkowian, bo oni dostali Stara – mówi W. Worlicki. – To było pod koniec lat siedemdziesiątych. Nasza sekcja liczyła z siedem osób. Do wozu zaprzęgano konie, bo wtedy nie było jeszcze tylu ciągników. Były dwie pary koni, które prowadziły wóz do pożarów. O konie dbali gospodarze. Z tymi wyjazdami do pożarów wiąże się mnóstwo historii. Jedna syrena była elektryczna, druga ręczna. Gdy zobaczyło się dym, to się wyjeżdżało do pożarów, podnosiło larum. Ludzie wtedy chętnie pomagali.

W środku nocy biegli, aby gasić palący się dom czy stodołę, ratować ludzi, dobytek. Beczkowozy dostarczali nam ze Żmudzi albo z Chełma. Jeździliśmy do pożarów w Koczowie, Leszczanach, Roztoce, wszędzie, gdzie byliśmy potrzebni. Ale pamiętam, że tym wozem jeździliśmy też na defiladę pierwszomajową, czy z okazji dwudziestego drugiego lipca. Ten nasz sprzęt od lat do pożarów już nie jeździ, stoi bezużytecznie, choć ma na koncie tyle akcji. Jest plan, aby ustawić go na placu w Żmudzi. Dobrze, niech ludzie go podziwiają. (mo)