Z opozycji do biznesu

Jego życiorysem można by obdzielić kilka osób i jeszcze sporo by zostało. Paweł Falicki – przedsiębiorca ze Świdnika, współzałożyciel Solidarności Walczącej, wyjechał z kraju w latach 80 ub. stulecia. Nie musiał. Mógł nadal „knuć” i bywać za to we wrocławskich aresztach. Takich jak on było wielu. Falicki trafił do Holandii. Zajął się biznesem i tak już zostało.


Zaczynał od elektroniki, komputerów, przerzucił się na narzędzia „bezpieczniejsze ekonomicznie”. W międzyczasie wrócił do Polski, osiadł w Świdniku, bliżej wschodnich kontrahentów.

Z Pawłem Falickim, nietuzinkowym przedsiębiorcą, o jego biznesie i geopolitycznych zainteresowaniach rozmawia Cezary Potapczuk.

W jaki sposób znajduje pan biznesowych partnerów?

Dzisiaj to głownie internet. Sieć pełna jest ogłoszeń, oczywiście nie wszystkie informacje w niej znajdziemy, dlatego krokiem kolejnym są maile, targi i wizyta.

Na co zwraca pan uwagę?

W pierwszej kolejności dane rejestrowe. Sprawdzam, czy dana firma funkcjonuje, a jeśli tak, to jak. Gdy w grę wchodzą pieniądze, trzeba mieć pewność co do wiarygodności potencjalnego partnera. Prześwietlam bilanse, pod lupę biorę ubezpieczenia. W ten sposób zdobywam informacje dotyczące interesującej mnie firmy.

Z kim najlepiej prowadzi się panu biznesy? Którzy partnerzy są najbardziej wymagający, a którzy nieufni? Ze wschodu, zachodu, czy z południa? Każda nacja ma swoje przyzwyczajenia. Przyjmijmy kryterium geograficzne, narodowościowe.

Widzę, że taki mały nacjonalizm z pana wychodzi, ale dobrze – możemy jechać w tę stronę (śmiech). Wie pan co, ludzie są różni nawet w tych samych nacjach. Tylko metody weryfikacji prowadzących biznesy w tej naszej części Europy, tej starszej, są bardziej uporządkowane i zinstytucjonalizowane. Tutaj mamy lepsze rejestry firm, jest więcej danych, łatwiej dostępnych. To nie znaczy, że ludzie są bardziej ufni. Po prostu pewne dane można szybciej sprawdzić. Jeśli zgłasza się do mnie jakiś Francuz, Niemiec czy Duńczyk, to w ciągu kilku minut bardzo dużo wiem o firmie, którą reprezentuje. Ale jeśli zgłasza się Ukrainiec, mamy większy problem… W Kijowie takie rejestry nie działają. Ukraińcy najchętniej się spotykają, takie sprawy wolą „oprzeć o bufet”, o jakiś rodzaj prywatnej znajomości. Jak się poznamy, to będziemy robić biznesy. Na wschód od Wisły jest inne podejście kulturowe. Wschód Europy różni się od zachodu, a granica tego podziału przebiega właśnie na Wiśle. I w Lublinie jest takie wschodnie podejście do biznesu. Nie reguły się liczą, a ludzie. A na zachód od Wisły oczywiście najważniejsze są reguły.

A dalej na wschód? Np. czy z Chińczykami łatwo się robi interesy?

Chiny to jest zupełnie inna cywilizacja. Inne zagadnienie. To, co do tej pory mówiłem, dotyczy raczej chrześcijańskiego kręgu kulturowego, takiego europejskiego, w którym wychowaliśmy się. On sięga nawet za Ural, tam, gdzie wciąż dominuje prawosławie. Ale daleko w Azji, gdzie mam także sporo kontrahentów, jest inny świat, inna cywilizacja. Nie bardzo można porównywać obie sytuacje. Tam zupełnie inaczej zdobywa się zaufanie. Inaczej buduje się relacje handlowe.

Trudno zdobyć ich zaufanie? Jak panu się to udało?

W Chinach obowiązuje pewna zasada, relacja biznesowa – guanxi, to jest takie powiązanie prywatno – biznesowe, bardzo uzależniające obie strony, a właściwie sieć powiązań, które ocierają się niemal o korupcję. Zresztą bardzo silnie zakorzeniona jest tam kultura „czerwonych kopert”. Chodzi o to, mówiąc najprościej, że się dostaje i daje jakieś prezenty. I one muszą być przemyślane, a niekoniecznie drogie, podobnie jak w świecie arabskim, gdzie znakomicie funkcjonuje, od setek lat, instytucja „bakszyszu”. Ale takie zasady spotykamy też dużo bliżej, między Wisłą a Bugiem. Jeśli pan przyjedzie tutaj do kogoś z butelką wódki, to zawsze będzie mile widziane. A niech pan tylko spróbuje załatwić coś u Szwajcara z flaszką – zobaczy pan, czy coś uda się zwojować.

Który model według pana jest lepszy?

O, tego nie da się powiedzieć, który jest lepszy. Mogę wskazać, do którego jestem bardziej przywiązany, z którym bardziej się identyfikuję i w którym emocjonalnie lepiej się czuję. Oczywiście, że w tym łacińskim, gdzie prawo znaczy prawo, gdzie konstrukcja prawa jest inna niż w modelu wschodnim.

W części zachodniej prawo tworzą jakieś gremia, w pewnym uzgodnieniu, mniej lub bardziej demokratycznym. Przez wieki było tak, że zbierały się rady, konsylia czy parlamenty i stanowiły różne zasady, przepisy. Kiedy zmieniał się ich egzekutor, czyli włodarz, taki wykonawca prawa, rząd, gubernator, to ustanowione prawo dalej obowiązywało i ja w takim systemie dobrze się czuję. Wolę, żeby prawo obowiązywało długofalowo, bo wiem, czego się spodziewać, bo jest pewna ciągłość. Tymczasem na wschodzie mamy zupełnie inną sytuację. Prawo zmienia się wraz ze zmianą władcy. Przychodzi nowy władyka, gubernator, kniaź czy naczelnik, wyrzuca wszystkich i wprowadza swoje regulacje. Czasami wprawdzie rządzi jak poprzednik, ale najważniejsze jest, że to on zarządził, najważniejsza jest jego osoba. W takiej sytuacji czuję się gorzej, ale to rozumiem i niczego nie próbuję na siłę zmieniać w tych wschodnich krainach. Zdaje sobie sprawę z tego, jakie reguły obowiązują. Na wschodzie, w Rosji czy na Białorusi rządzą ludzie silni. Muszą tacy być, by utrzymać władzę. To samo jest w Turcji, Uzbekistanie, czy Kazachstanie, to są dosyć silne osobowości i po nich też przyjdą silni. Tylko siła pozwala tam utrzymać władzę. Ma pan typowy przykład majdanu – walnego zgromadzenia mieszkańców wsi, czy jakiegoś obszaru z jedyną zasadą, że kto głośniej krzyczy i lepiej bije po mordzie innych, ten ma rację. Tymczasem np. we Francji jest inaczej, dzisiaj jest słabiutki prezydent Macron, ale Francja się rządzi, radzi sobie nawet z żółtokamizelkowym bałaganem, bo ma dobre prawo, więc prezydent nie musi być silny, mimo że jest to republika prezydencka, z definicji przecież bardziej autokratyczna niż demokratyczna.

Pan jest w biznesie… długo już…

To było tak: tutaj, w Lublinie urodziłem się, gdy rodzice kończyli kul, ale jak miałem 2 lata, to wyjechali do Wrocławia, więc to Wrocław jest moim miastem. Tam po ukończeniu studiów przez kilka lat pracowałem na uniwersytecie. Potem razem z kolegami założyłem spółdzielnię elektroniczno – informatyczną, to był rok 1986, 1987. Ludzie bali się wtedy zakładać spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, bo to było podejrzane, a spółdzielnie jakoś lepiej były postrzegane przez organy PZPR, które wydawały pozwolenia na „działalność gospodarczą”, więc założyliśmy spółdzielnię osób fizycznych i świadczyliśmy usługi komputerowe. Od tego momentu zaczął się biznes, więc ta przygoda trwa już dosyć długo.

Później była przymusowa Holandia. Czy łatwo było tam prowadzić biznes przeniesiony z Polski?

Nie taka znowu przymusowa. Każdy ma swój indywidualny próg wytrzymałości. Jeden uznaje, że jest represjonowany, jak mu dyrektor pogrozi palcem, innego trzeba kilka razy przeczołgać przez więzienie. Ja uznałem, że pół roku w areszcie śledczym i inne – z reguły poranne – „przyjemności” serwowane przez Służbę Bezpieczeństwa od 1984 roku to wystarczy. W Holandii na początku oczywiście nie było łatwo, bo na przykład, do w miarę sensownego i sprawnego funkcjonowania w tamtych realiach potrzebna była integracja społeczna.

Holendrzy byli nieufni?

Nie, Holandia ma dobry system prawny, dość łatwo absorbujący imigrantów, dający im możliwość zaistnienia i startu życiowego, jeśli oczywiście chcą coś robić, pracować. Ja bardzo nie chciałem brać zasiłku, tyko pracować, coś tworzyć pozytywnego.

I ostro wziął się pan do roboty…

Oczywiście, że wziąłem się do roboty, bo była bieda, a trzeba było wykarmić nie tylko żonę, ale dwójkę dzieci. Najpierw nauczyłem się holenderskiego. I starałem się robić mniej więcej to co w Polsce. Było różnie, na początku komputery, później inny sprzęt elektroniczny. W pewnym momencie pojawiły się proste narzędzia ręczne i tak zostało.

Ta ewolucja była konieczna?

Trzeba by zapytać tych imigrantów, którzy mieli różne pomysły na biznes, ile im z tego nie wyszło. Mnie też coś tam nie wyszło, sprzedawałem karty graficzne Herkules, płyty główne do PC-tów, twarde dyski. Nie wszystko udawało się sprzedać, dlatego pojawiły się narzędzia ręczne. Okazały się lepsze niż elektronika, oczywiście z handlowego punktu widzenia.

Bezpieczniejsze?

Bardziej bezpieczne, dla prowadzenia biznesu, bo elektronika szybko się starzeje, trzeba się z nią żwawo „ruszać”, a młotki ku mojemu zaskoczeniu dobrze sprzedawały się i dwa, i dwadzieścia lat temu. Był na nie popyt dwieście, a i dwa tysiące lat wstecz. Sprawa jest więc prosta: młotek jest bezpieczniejszy w handlu niż elektronika.

A dlaczego zdecydował się pan wrócić do Polski i dlaczego wybór padł na Świdnik. Czy były inne wskazania?

Były, ale zacznę od początku. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zauważyłem, że obrót zaczyna mi spadać, głównie z Europą wschodnią, z Litwą, Łotwą. Tam miałem dużych kontrahentów, i na Ukrainie miałem trochę kontrahentów, i w Czechach – znałem przecież i rosyjski, i polski, więc nie było dużych kłopotów z porozumiewaniem się. Polska rozwijała się dynamicznie i klient – dajmy na to – z Kijowa, już nie chciał jechać do Rotterdamu po te młotki, tylko ładował się w Warszawie albo we Wrocławiu. Stwierdziłem więc, że lepiej będzie, jeśli to ja będę bliżej odbiorcy, żeby nie musiał jeździć po młotki do Holandii. Początkowo zamierzałem przenieść się w rejon Białegostoku, tam było bliżej do moich głównych klientów. W Lublinie z kolei miałem powoli starzejących się rodziców. Lublin leży na trasie Kijów-Berlin. Zdecydowałem, że to jednak tutaj. A czy Świdnik, Bychawa, to już szczegół. Do Świdnika był dobry wjazd z przelotowej trasy i tanie magazyny w bankrutującym PZL-u i może to przeważyło.

Organizacje i stowarzyszenia biznesowe. Czy widzi pan sens ich działalności, czy należy pan do takich organizacji, czy są one potrzebne?

Nie, nie należę. Przychodzi do mnie, co prawda, od czasu do czasu koperta z pięknie wydrukowaną ulotką, chyba z Lewiatana. Nadawca przesyłki informuje, że jeśli zapłacę roczną składkę w wysokości tylko 10 tys. złotych za przynależność do tego klubu, to będę miał możliwość skorzystania, jeśli będzie taka potrzeba, z apartamentu w dworku pod Warszawą. Wyobraża sobie pan, jak jadę z kontrahentem np. z Kosowa pod Warszawę, by tam z nim porozmawiać? Inny benefit to możliwość uczestnictwa w gali kormoranów, czy gazel biznesu. To takie gale, gdzie trzeba być ładnie ubranym i udawać lepszego, niż się jest rzeczywiście. Wszyscy biją brawo i się uśmiechają. Są hostessy, jest bufet i wszyscy udają, że dobrze się bawią. Kiedy przyjechałem do Lublina, byłem rozrywany, jako potencjalny inwestor z zachodu, a przecież żadnym inwestorem nie byłem. Zgłaszały się lokalne gazety, namawiali mnie do udziału w imprezie pt. „100 największych firm w regionie”. Wybrałem się na taką imprezę, dostałem ankietę do wypełnienia i okazało się, że moja firma ma w roku największy przyrost zatrudnienia. Dostałem stosowny dyplom z tej okazji, leży gdzieś w szafie. Oczywiście, że miałem największy przyrost zatrudnienia, bo właśnie otwierałem firmę i miałem dwie osoby zatrudnione, a w następnym roku miałem już osiem takich osób. Tak więc widzi pan, jaki to był przyrost. Procentowo to mega wynik, nawet Azoty w Puławach mogły się schować, bo byłem lepszy (śmiech). Prawda jest jednak taka, że po prostu ludzie nie umieją liczyć i nie najlepiej to świadczy o dziennikarzach – organizatorach takich imprez. Dostałem więc wyróżnienie, wyściskali mnie i pogratulowali, tyle, że z rzeczywistością to nie miało nic wspólnego. Nie mam więc wątpliwości, że organizacje biznesowe, nikomu i niczemu na tym poziomie nie służą. Być może mogą być pomocne rządowi w kształtowaniu prawa gospodarczego, ale ten lobbing rzadko jest uczciwy. Branżowe organizacje biznesu pewnie są uczciwsze i – jako mniejsze – być może sensowniejsze, choć tacy drobni jak ja i tak niewiele mogą, nawet zrzeszeni. Ja jestem po prostu mały pikuś, „mały misiek”, tak twierdzą banki.

Unijne pieniądze. Korzysta pan?

Jakie unijne? Przecież to nasze. Pan musi je dawać i ja. Przelewane są do Brukseli, część zostaje tam, karmią się nimi urzędnicy, a o resztę możemy się najwyżej starać, bo tak na słowo niczego nie dostajemy. Kilka razy podchodziłem do tematu, bo rząd – szczególnie ten – mam wrażenie, że pieniędzy to ma najwięcej – niekoniecznie pomysłów, ale pieniędzy. Pamięta pan, że jak Polska przystępowała do Unii Europejskiej, to nawet włączył się do akcji „promocyjnej”, nieżyjący już abp Józef Życiński. Apelował do proboszczów by pomagali wypełniać rolnikom wnioski o dopłaty. To jest według mnie żebractwo. Tak nie powinno być. No i ten złoty deszcz unijny miał spaść tutaj wtedy natychmiast. Pamiętam piękne hostessy, chodziły z wypiętymi biustami, na biustach gwiazdki, flagi unijne, a ja mam swoje lata i pamiętam, że RWPG też miała być wieczna i trwać do Sądu Ostatecznego, a dla niewierzących nawet dłużej. Ale się skończyło. Nie ma już RWPG, zaś Unia Europejska jest taką konstrukcją finansową, w której być może warto uczestniczyć pod pewnymi względami, ale pod pewnymi niekoniecznie. Unia na pewno nie jest wieczna. Może przeżyje mnie, ale wieczna nie jest i nie można jej traktować jak dogmatu. Szkoda, że zostaje tam spora część pieniędzy składkowych. To może zniechęcać, podobnie jak niemiecki dyktat w Unii. Niemcy zresztą mają w UE wyjątkową pozycję: tylko u nich parlament (Bundestag) musi się zgodzić na wdrożenie dyrektyw Komisji Europejskiej. Inne państwa UE przyjmują każdą dyrektywę bez formalności, niejako „nie przerywając snu” o dobrobycie spadającym z nieba wraz ze złotymi unijnymi gwiazdkami….

Kaliningrad jako Gibraltar Północy – to pana przemyślenia, które pojawiły się w witrynie internetowej „Opcja na Prawo”.

Wchodzimy tutaj delikatnie w taką trochę geopolitykę. Chętnie o tym mówię, mimo że moje pomysły nie zyskują szerszego audytorium. Te myśli, które publikuję w „Opcji na Prawo”, raczej nie mają związku z moim biznesem. Kaliningrad chciałby się uniezależnić od Rosji, to fakt. Proszę popatrzeć na Europę od Lizbony po Ural, tak bez obciążeń politycznych i historycznych. Gdzie w Europie trzyma się pieniądze, takie poważne? Na wyspie Man, Jersey, w Gibraltarze i oczywiście na Cyprze. I co raz wybucha afera, że rosyjskie firmy zarejestrowane na Cyprze pojawiają się w różnych miejscach, a jeśli nie one fizycznie, to ich pieniądze. Taka jest niestety natura pieniędzy, że ludzie zarabiają czasami na czarno i chcą gdzieś bezpiecznie je trzymać, np. w Panamie, czy na Wyspach Dziewiczych. No i ten Kaliningrad jest idealnym miejscem na taki porządny offshore – Oczywiście dla szarej strefy, bo to słabo dotyczy białego biznesu. Chodzi o takich, którzy gdzieś tam niekoniecznie legalnie zarobili i chcą gdzieś umieścić kapitały, by procentowały. No a może by je chętnie zainwestowali? W basenie Morza Bałtyckiego jest to idealne miejsce na tego typu działalność. Kiedy o tym mówię, zaraz pojawia się uśmiech na twarzach i wątpliwości, że przecież Rosjanie na to nie pójdą. Pewnie że tak! Nie pójdą, jeśli będzie z nimi rozmawiał jakiś prezydent Duda czy inny Kwaśniewski, a nawet Merkel. Tego nie załatwia się na szczeblu oficjalnym, państwowym. O tym trzeba rozmawiać z oligarchami, którzy mają kasę, wpływy i mogą nacisnąć na sektor wojskowy, na Kremlu. Oni muszą pokazać, że to się opłaca. A interes Polski byłby taki, że wtedy Kaliningrad trzeba by było zdemilitaryzować. Bo to jest dla nas największe zagrożenie. My nie chcemy strzelających zabawek w okolicy. To jest nasz żywotny interes. Gdyby GP Morgan zagościł w Kaliningradzie jako pierwsza jaskółka, a nie w Warszawie, to oczywiście musiałoby to znormalizować stosunki polsko-rosyjskie. Na razie wszystko, co dotyczy stosunków na linii Moskwa-Warszawa, jest rozgrywane „w cieniu Kremla”. Taki też tytuł ma co druga pozycja wiadomości u Sakiewicza. No to jest zupełna głupota, porównywalna z prymitywną antypisowską propagandówką Onet-ową. Musimy współpracować, ze wszystkimi sąsiadami, a nie, zabiegać jedynie, nie wiadomo po co, o ukraińską przychylność.

Jak więc ułożyć stosunki z Moskwą?

Dopóki kupujemy broń od Amerykanów, dopóki to się nie ustabilizuje, będą problemy. Amerykanie – jeśli już są u nas – to lepiej żeby nie drażnili Rosjan, a wtedy wszystko da się zrobić.

Jeśli nie na szczeblu politycznym, to na pewno na gospodarczym. Będzie można współpracować i zarabiać.

Na razie niestety wygląda na to, że wolimy wymachiwać szabelką.

Ja nie wolę, zresztą szabelką zaczęliśmy wymachiwać jako Polska już w 80 roku, a nawet wcześniej, w 76, kiedy powstał KOR.

Potrzebna jest normalizacja stosunków, ale czy dzisiaj jest to możliwe? Nasza dyplomacja ma z tym spory problem.

Dzisiaj? Tak, możliwe. Ale i dwa lata temu i siedem normalizacja też była możliwa. Nie mamy i nie mieliśmy niestety nikogo takiego jak minister Ławrow. Zna pan może kogoś takiego, kto ma głowę jak on? Jest to może kontrowersyjne, co mówię, ale takie są fakty. Ławrow jest doskonałym dyplomatą i to od niego trzeba się uczyć. Potrzebujemy dziś takiego polskiego Ławrowa. Nie jest nim na pewno urzędnik Czaputowicz, nie był nim emocjonalnie niestabilny Waszczykowski ani Sikorski, który do końca nie wiadomo, dla kogo właściwie pracował, ani Rotfeld, choć on akurat, stojąc na czele polsko-rosyjskiej «komisji ds. trudnych» próbował rozwiązywać bardzo praktyczne rzeczy.

Ile na tym tracimy?

Tego nikt dzisiaj nie potrafi powiedzieć, nawet premier ani ministrowie z resortów gospodarczych, a namnożyło się ich dzisiaj. Poza tym – jak liczyć te straty? Jeśli nie podpiszę dzisiaj umowy z kontrahentem rosyjskim, to czy od razu można mówić o stracie? To jest bardzo trudne do określenia. Zamknęliśmy handel przygraniczny w strefie kaliningradzkiej nie bardzo wiadomo, w imię czego. Podejrzewam, że była to amerykańska sugestia. No i takie błędy popełniamy cały czas. Ta antyrosyjskość obowiązuje od dawna. Ja do Rosji nie sprzedaję już od 10 lat. Straciłem dużych klientów, a mali się nie pojawiali, więc właściwie ten kierunek jest zamknięty. Handluje za to z Białorusią, tam jest porządek, no ale oni z kolei nie chcą płacić, bo im w każdej chwili prezydent może przemnożyć kursy wymiany waluty przez dowolną liczbę. Wracając jeszcze do wątku rosyjskiego, to właściwie nie jesteśmy dla nich specjalnie ważnym partnerem. Rosja bez nas sobie poradzi, ale my bez ich rynku…

Więcej ma pan kontrahentów za granicą czy w kraju?

70% obrotu mamy poza Polską. Kontrahentów jednak więcej jest w kraju, są niewielcy, ale jest ich sporo. Dużych odbiorców mam w Niemczech, handluję z Łotwą, Litwą, Francją, Rumunią, Hiszpanią, Grecją, sprzedaję na Cyprze, Islandii, no ale to już są małe ilości. Nawet udało się sprzedać kontener do Afryki. A jeśli chodzi o atmosferę dla biznesu, z tym bywa różni – biznes kręci się tam, gdzie jest infrastruktura.

A u nas jest?

Drogowa się rozwija, ale drogi buduje się według starych projektów sprzed 5-10 lat, robionych przez ludzi bez żadnego horyzontu rozwojowego – po prostu są za wąskie. Jakieś „ekspresówki” bez pobocza zamiast co najmniej trzypasmowych autostrad. To głupota, która może cieszyć najwyżej tych, co się właśnie z furmanki przesiedli na motorower. Przecież to są inwestycje na dziesiątki lat, a nie do końca kadencji sejmowej! A kolejowa infrastruktura to dramat: z Warszawy do Lublina nie dojedziesz. I tutaj powinien już działać prokurator, bo to, co dzieje się na tym odcinku, to jest kryminał. Dalej – lotnisko w Lublinie, a właściwie w Świdniku – co to jest? Lotnisko słynie z płatnego parkingu (po co?), niezsynchronizowanej kolejki dojazdowej i rampy z blaszakiem z napisem ‘cargo’. Czy tam w ogóle można nadać jakiś towar? Bankrutuje jedna linia lotnicza po drugiej, nie ma frachtów, nie widać żadnej myśli rozwojowej, ale wystarczy zapytać rzecznika Portu Lotniczego Lublin, to gładko wyjaśni, że tego się nie da zrobić. W efekcie pozostaną kierunki lotów Warszawa i Tel-Aviv, no i akurat ten drugi kierunek to chyba intratna sprawa. A wracając do Rosji, ten olbrzymi kraj prowadzony jest dobrze silną ręką. Putin biznes rozumie doskonale, wpływ na niego mają oligarchowie czyli ludzie z dużymi pieniędzmi. Jeśli chcemy coś z nimi załatwić, to nie poprzez ministra Czaputowicza i jego urzędników. Tu trzeba wspólny biznes wymyślić. Zaś Kaliningrad jako Gibraltar północy – wiem że to dzisiaj taka political fiction, ale chciałbym, żeby tak było, pomarzyć nie można? A co mi to szkodzi?

Cezary Potapczuk