Zastępcza / Prawdziwa

– Były dni, w których nic nie miało sensu, gdy wydawało się, że stoimy pod ścianą, ale zawsze pojawiało się światełko. Nawet jako byli dziennikarze nie zdawaliśmy sobie sprawy, że własnym dzieciom można zgotować taki los. Ostatnie półtora roku było dla nas lekcją pokory – mówi Kasia, która wraz z mężem Tomkiem tworzy rodzinę SOS w Wiosce Dziecięcej w Biłgoraju.

O Kasi i Tomku, małżeństwie dziennikarzy z Chełma, pisaliśmy w „Nowym Tygodniu”, gdy półtora roku temu zostali rodzicami SOS w Wiosce Dziecięcej w Biłgoraju. Po licznych kursach, szkoleniach, rozmowach z psychologami oraz stażu pod ich opiekę trafiła szóstka dzieci – cztery dziewczynki i dwaj chłopcy. Wszystkie z bagażem ciężkich doświadczeń życiowych. Dla młodego małżeństwa to była – jak sami mówili – podróż w nieznane. Ale od początku mieli wyznaczony cel – chcieli, aby cała ich ósemka była szczęśliwa. Czy im się udało?

Red. – Jakie było dla Was ostatnie półtora roku?

Katarzyna Sobczuk-Wójciszyn: – Odpowiedź wymaga sporo refleksji. Jakie było to półtora roku… fantastyczne. Niezwykle trudne i wymagające dużo wkładu emocjonalnego, ale czas cudowny, nie żałujemy ani jednej minuty. Nasze dzieci są po bardzo trudnych doświadczeniach, podobnie jak większość dzieci, które Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce ma pod swoją opieką. Nam, jako byłym dziennikarzom nawet przez myśl nie przeszło, że dorosły może zgotować taki los swojemu dziecku. Nasze dzieciaki nauczyły nas pokory. Pokazały nam wiele elementów ze swojego życia, dzięki temu zrozumieliśmy wiele ich zachowań, często niezwykle trudnych. Czasem mówiły wprost, że nigdy nie wrócą do domu, że nienawidzą, że nigdy nie wybaczą, czasem pokazywały to w inny sposób. Nieumiejętność radzenia sobie ze złością, brak wiary w to, że jest się wartościowym, wycofanie, ucieczki od naszej bliskości, przykre słowa, które domyślnie kierowane były do swoich biologicznych rodziców, płacz i bezsilność – tego doświadczyliśmy. Nie będziemy oszukiwać, że czasem już nie mieliśmy siły, aby stawić czoła kolejnym godzinom. Na szczęście nie poddaliśmy się, bo zawsze było to światełko. Jeden promyczek nadziei przywracał wiarę w lepsze jutro. Były dni, w których nic nie miało sensu, gdzie wydawało się, że stoimy pod ścianą, gdy traciliśmy wiarę. To niezwykle trudne momenty w życiu rodzica, a co dopiero cioci, czy wujka, pod opieką których są dzieci skrzywdzone przez najbliższe im osoby. Dzieci, które nie ufają dorosłemu, nie chcą nawiązać z nim relacji. Bardzo często to nam się „obrywało” za błędy, które popełnili ich rodzice. To jest niezwykle bolesne. Trudne było również to, by być zawsze gotowym. Czasem nie było czasu na uspokojenie. Wewnątrz wszystkie emocje nadal pracowały, ale dziecko potrzebowało, abyśmy przy nim byli i to robiliśmy. To, co jest najważniejsze w byciu razem, to, to żeby siebie słuchać, nigdy nie bagatelizować problemów naszych dzieci, mieć dla nich czas. Te półtora roku to była lekcja pokory.

Red. – Jak dawaliście sobie radę w najtrudniejszych momentach?

– Mamy ogromne wsparcie ze strony Stowarzyszenia. Niejedna wspólna rozmowa z psychologiem pomagała dostrzec sens w działaniu dziecka. Dziś nadal miewamy problemy, ale w której rodzinie ich nie ma? Leczymy ich rany, te bardzo bolesne i te, o których istnieniu nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wszystko płynie swoim tempem. Wesołych chwil jest tak dużo, że te gorsze szybko odchodzą w niepamięć. Nadal mamy całe pokłady energii i nadal się uśmiechamy. Jesteśmy w końcu dla tych dzieci tymi, którzy nie zawodzą, którzy dotrzymują słowa i są z nimi nawet, kiedy one nie radzą sobie z własnymi emocjami. To my dorośli uczymy ich jak radzić sobie z gniewem, jak poskramiać drzemiące w nas, często niezrozumiałe emocje. Sukces całego procesu wychowania polega na rozmowie i zrozumieniu, na pokazaniu dziecku jak ważne ono jest dla nas. To właśnie staramy się robić, będąc przy tym konsekwentnymi. W naszym domu ważne są zasady wspólnie ustalone i określony porządek dnia.

Red. – Jak wygląda Wasz dzień?

– Tu muszę przyznać, że jest nieco inny niż w naszych rodzinnych domach. Po śniadaniu dzieciaki idą do szkoły, później wracają, jedzą obiad i jest czas nauki. Po nauce chodzimy na zajęcia dodatkowe, spędzamy czas w przyjemny sposób. Następnie mamy kolację, sprzątamy dom i idziemy spać. Cykl dnia jest przewidywalny i powtarzalny. Dzieci wiedzą, co mają zrobić i bardzo lubią taki system organizacji. Musieliśmy się wiele nauczyć, opanować kilkanaście technik pracy z dzieciakami. Stosujemy tablice motywacyjne np. za dobrze wykonane obowiązki dzieciaki dostawały plusy, zebranie określonej liczby plusów skutkowało otrzymaniem nagrody. Poznaliśmy mnóstwo technik relaksacyjnych, pozwoliliśmy dzieciom nabałaganić w kuchni przy lepieniu ciasta, przypalić potrawę w garnku czy nabić sobie siniaka. Nie wyręczamy. Nie zakładamy, że umiemy coś zrobić lepiej, motywujemy, nie zniechęcamy. Nawet, jeśli dziecko ma zrobić coś o wiele wolniej, niż byśmy to zrobili sami, to mu na to pozwalamy.

Red. – Jak dzieci zmieniały się przez półtora roku?

– Zmieniły się bardzo. Są śmiałe, mówią o swoich uczuciach. Ich słowa są tak pouczające i tak mądre, że czasem trudno uwierzyć, że dziecko je wypowiedziało. Ostatnio jedna z naszych dziewczyn zobaczyła nowy spot Stowarzyszenia SOS i po jego wysłuchaniu powiedziała: „święte słowa”. Nasze dzieci już snują plany na przyszłość, pytają gdzie chcielibyśmy zamieszkać po skończeniu pracy w Stowarzyszeniu, bo chcą mieszkać obok nas. Niektóre nawet planują budowę domu i wspólne zamieszkanie, żeby móc się nami opiekować, tak jak my opiekujemy się nimi. Na nasze pierwsze święta dostaliśmy od dzieciaków „rózgę”, w której było czterdzieści karteczek. Na każdej z nich była jedna rzecz, za którą nam dziękują. W tym roku dzieci już nie mogą doczekać się świąt, pieczenia pierniczków i ubierania choinki. A ta ostatnia u nas jest niezwykle okazała. Sami robimy ozdoby, więc i drzewko musi być takie, aby je pomieścić.

Rozmawiała Magdalena Hawryluk