Zbezcześcili zwłoki mojej córeczki…

Gdzie tak naprawdę leżało ciało martwego noworodka? Dlaczego pracownik zakładu pogrzebowego nie pozwolił zobaczyć rodzicom ich własnego dziecka? Czy i dlaczego ciało tak szybko uległo rozkładowi? I przede wszystkim… kto ponosi winę za śmierć dziecka? Na te pytania rozpaczliwie szuka odpowiedzi matka zmarłej Oli.

Kiedy pani Agnieszka zaszła w ciążę, razem z mężem cieszyli się, że po raz drugi zostaną rodzicami. 8-letnia Wiktoria też nie mogła doczekać się młodszej siostrzyczki. Do dziś pyta ze łzami w oczach, gdzie jest jej mała siostrzyczka. Od początku przyszła mama robiła wszystko z myślą o swojej małej księżniczce, która rośnie pod jej sercem. Była pod ciągłą opieką lekarza, do którego chodziła na prywatne wizyty. Wszystko układało się pomyślnie. Do czasu.

Przeklęte łóżko

36 tydzień ciąży (22 czerwca br.) Kobieta przyszła na umówioną, kontrolną wizytę do ginekologa. W trakcie badań doktor stwierdził, że główka dziecka jest nisko ułożona, jak do porodu, ale szyjka macicy mocno trzyma.
– Pytałam go, czy może wywołać poród, czy może przeprowadzić cesarskie cięcie. Zresztą lekarz cały czas utrzymywał, że skoro za pierwszym razem miałam cesarkę z konkretnych względów, to teraz też powinnam, bo szew się rozejdzie. Dał mi skierowanie do szpitala i kazał liczyć ruchy, bo niby były za późno. Pytałam, dlaczego jestem cała opuchnięta, to twierdził, że przez upały. Kazał leżeć z nogami w górze – opowiada załamana kobieta.
Kobieta miała zgłosić się do szpitala dopiero 28 czerwca ok. godz. 11. Bo wtedy akurat ginekolog prowadzący jej ciążę miał mieć dyżur. Nie wspominał nic o tym, że skoro pojawiły się jakieś wątpliwości, pani Agnieszka powinna pojechać do szpitala od razu, a nie czekać kilka dni. Postąpiła tak, jak zalecił lekarz. W szpitalu położne powiedziały jej, że dziecko nadmiernie się rusza, stąd podwyższone tętno. Ale to nic nadzwyczajnego, więc ma się nie przejmować… 30 czerwca dostała wypis z oddziału.
W środę (13 lipca), na kolejnej wizycie kontrolnej, lekarz prowadzący powiedział, że dziecko jest martwe. Kobieta nie mogła w to uwierzyć. – Spytałam lekarza, czy mogę zadzwonić do rodziców, żeby zawieźli mnie do szpitala. Ginekolog powiedział, żebym przyjechała dopiero w piątek, bo dopiero wtedy on będzie na oddziale.
Cały czas czuła ruchy dziecka, czuła jak mała Ola wypycha główkę pod jej skórą, jak kopie. Miała nadzieję, że lekarz się pomylił, że to wszystko nieprawda. Pod presją rodziców i męża kobieta zdecydowała się nie czekać. Jeszcze tego samego dnia pojechała do szpitala. Trafiła na salę nr 6. Na łóżko, na którym przed nią leżała inna kobieta, której dziecko zmarło. W piątek (15 lipca) o godz. 9.30 siłami natury pani Agnieszka urodziła Olę. Martwą. Dziewczynka ważyła 2,5 kg. Miała długie, piękne włosy.

Kto ponosi winę?

Kobieta ma żal do ginekologa, który prowadził jej ciążę. Sądzi, że gdyby w czerwcu kazał wywołać u niej poród, jej córeczka by żyła. Lekarz nie poczuwa się do winy. Według niego 30-latka nie zastosowała się do jego poleceń, bo przez trzy ostatnie dni nie zaznaczała w karcie ruchów dziecka. To, czy doktor dopuścił się błędu, wyjaśni śledztwo wszczęte przez chełmską prokuraturę. Swoje wewnętrzne postępowanie wyjaśniające prowadzi również szpital. Wszyscy czekają na wyniki sekcji zwłok noworodka.
– Zapisy KTG były wykonywane 2 razy dziennie. Na podstawie ich wyników oraz USG, które oceniły dobrostan płodu, stwierdziliśmy, że dziecko czuje się dobrze w łonie matki. Nie było przesłanek do wcześniejszego rozwiązania ciąży w 36. tygodniu i wskazań do cięcia cesarskiego. Nie jest schematem, że skoro przy pierwszej ciąży konieczne było cięcie, następnym razem tez tak będzie. To mit. Pacjentki jak najbardziej za drugim i kolejnym razem mogą rodzić siłami natury. Natomiast ciąża donoszona tak naprawdę zaczyna się po skończeniu 37. tygodnia. W dniu wypisu pacjentka otrzymała od swojego lekarza prowadzącego konkretne zalecenia, do których się nie dostosowała. Od 3 dni nie zaznaczała ruchów płodu, a jest to podstawowy objaw oceniający dobry stan dziecka przez matkę między wizytami kontrolnymi – tłumaczy Piotr Bijak, ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego w chełmskim szpitalu.
Jak sygnalizuje doktor, możliwe, że gdyby kobieta nie czekała na wyznaczony termin, a wcześniej sama zgłosiła się do szpitala czy lekarza prowadzącego – i stwierdzono by ciążę żywą oraz realne zagrożenie dla dziecka – natychmiast by zalecono cięcie cesarskie.

Jaka jest prawda?

W poniedziałek (18 lipca) kobieta otrzymała zezwolenie na przewiezienie ciała i pochówek. – Byliśmy w domu pogrzebowym przed południem. Pracownik powiedział, że nie ma jeszcze ciała naszej córeczki. Miało być jeszcze w prosektorium, ale – jego zdaniem – na pewno nie pozwolą mi jej zobaczyć. Cały czas mówił, że nas rozumie, bo był w tej samej sytuacji – jego żona też urodziła martwe dziecko. Wzbudził nasze zaufanie, uwierzyliśmy mu. Dziś tego żałuję… – dodaje.
We wtorek, czyli w dniu sekcji zwłok, pracownik domu pogrzebowego miał powiedzieć kobiecie, żeby nie szykowała ładnych ubranek dla dziewczynki, a jedynie zwykłą tetrową pieluchę, bo w przyszpitalnym prosektorium wystąpiła awaria i temperatura wzrosła do 19 stopni Celsjusza i ciało miało być w fazie znacznego rozkładu…
– Awaria agregatu wystąpiła w niedzielę, 17 lipca, po południu. W tym czasie zwłoki zostały przeniesione do klimatyzowanego pomieszczenia, w którym według relacji pracowników panowała temperatura około 8 stopni. Przed południem, 18 lipca, zwłoki dziecka zostały odebrane przez pracownika zakładu pogrzebowego. Awaria została usunięta 20 lipca – wyjaśnia Arnold Król, z-ca dyrektor ds. lecznictwa w chełmskim szpitalu.
Jak mówi Król, to pierwsza taka awaria od lat. Szpital nie posiada drugiego agregatu, bo to skomplikowane i drogie urządzenie, na który placówki nie stać. Nie było też potrzeby informowania rodziny o awarii i transporcie ciała, bo klimatyzowany pokój mieści się w tym samym budynku.
Kobieta nie wierzy wyjaśnieniom dyrektora.
– Po wszystkim rozmawiałam z pracownikiem prosektorium. Od razu wiedział, że jestem mamą Oli. Powiedział, że to niemożliwe, by ciało tak szybko uległo rozkładowi, a w pomieszczeniu, do którego przenieśli moją córeczkę, wcale nie panuje 8 stopni, a co najmniej 10. W szpitalu doszło do zbezczeszczenia ciała mojego aniołka – uważa zdruzgotana pani Agnieszka.
Przed pogrzebem, 20 lipca, kobieta chciała po raz ostatni zobaczyć Olę. Przekonać się, w jakim stanie znajduje się jej ciało i pożegnać. Ale, jak twierdzi kobieta, pracownik zakładu pogrzebowego na to nie pozwolił.
Właściciel domu pogrzebowego zaprzecza, jakoby taka sytuacja miała miejsce.
– Pracownik musi uprzedzić rodzinę, że ciało znajduje się w złym stanie, ale nie może zakazać oglądania zwłok. Przykładowo, zdarza się, że przy transporcie zwłok z zagranicy konsul zaznacza, że nie można otwierać trumny, ale pracownik domu pogrzebowego nie może sam podjąć takiej decyzji. W tym przypadku zakład medycyny sądowej, gdzie odbyła się sekcja zwłok dziecka, przestrzegł, że ciało jest w trakcie rozkładu. Nasz pracownik przekazał to kobiecie i jej mężowi, a oni przyznali, że w takim razie nie chcą otwierać trumny – tłumaczy Leszek Łukowiec, właściciel domu pogrzebowego.
Dyrektor Król zapewnia, że w szpitalu nie doszło do zbezczeszczenia zwłok dziecka. Ciało miało ulec rozkładowi w sposób naturalny, a także przez wzgląd na wykonaną sekcję.
Nad ranem 22 lipca kobieta złożyła wniosek do dyrekcji szpitala o wyjaśnienia, gdzie przebywało ciało jej dziecka i dlaczego wystąpiła awaria. Kilka godzin po tym telefonicznie skontaktował się z nią… pracownik zakładu pogrzebowego, prosząc, by wycofała wniosek, bo on ma z tego tytułu nieprzyjemności. – Powiedziałam, że zastanowię się i oddzwonię… – mówi kobieta.
Zarówno pracownik domu pogrzebowego, jak i jego właściciel zaprzeczają. Kobieta zapewnia jednak, że ma w telefonie SMS-y i połączenia od pracownika zakładu.
Córeczkę widziała jedynie chwilę po urodzeniu. Nie wie już, co jest prawdą, gdzie leżało ciało Oli, dlaczego uległo takiemu rozkładowi, i kto za to odpowiada. Sprawą zainteresowała się już ogólnopolska telewizja. (pc)