Zdrowy chorego nie zrozumie

Rehabilitacja odgrywa w życiu 39-latki zasadniczą rolę

Gdy słucha się historii 39-letniej chełmianki, nabiera się pokory. Jest samotną mamą, która kilka lat temu cudem uszła śmierci. Po operacji tętniaka mózgu każdego dnia zmaga się z bólem i niepełnosprawnością. Zbiera nakrętki, aby kupić sobie trójkołowy rower rehabilitacyjny. Możemy jej w tym pomóc. – O pieniądze nie miałabym sumienia prosić. Ludzie mają dużo gorzej – mówi chełmianka.

Dziewięć lat temu Mariola była zdrową 29-latką. Miała poukładane życie – męża i kilkuletnie dziecko. Pracowała w jednym z chełmskich supermarketów. Choroba, która rozwijała się w jej ciele, objawiła się nagle. Pewnego dnia w pracy źle się poczuła. Traciła czucie w nogach. Do tego bardzo rozbolała ją głowa. Pracowała dalej. Gdy wróciła do domu, ból głowy stał się już tak nieznośny, że wezwała pogotowie. Miała bardzo wysokie ciśnienie krwi. Zabrano ją do szpitala. Tam okazało się, że Mariola jest na granicy życia i śmierci. W jej głowie wykryto dwa tętniaki.

Jeden pękł. Nastąpił wylew krwi do mózgu. Konieczna była natychmiastowa operacja. Rodzinie powiedziano, że trzeba przygotować się na najgorsze, bo Mariola może nie przeżyć. To był ogromny cios. W szpitalu rozgrywał się dramat, a w domu Marioli zostało jej 4-letnie wówczas dziecko. Lekarze mówili, że nawet, jeśli operacja się powiedzie, u 29-latki może dojść do szeregu powikłań: padaczki, niedowładu kończyn, zaniku mowy. Słowem – może być jak „warzywo”. Mariola ze łzami w oczach wspomina ten straszny dzień. Twierdzi, że podczas operacji miała świadomość tego, co dzieje się wokół niej. Na szczęście zabieg się udał.

Mariola mówi, że to był cud. W jej mózgu pozostał jednak jeden tętniak, który podczas operacji został „zaklipsowany”. Po zabiegu każdy najmniejszy ruch czy wysiłek sprawiał Marioli ogromny ból i zabierał mnóstwo sił. Tęskniła za dzieckiem, ale nie chciała, aby widziało ją w takim stanie. Miała w połowie ogoloną głowę, ogromne zaburzenia mowy a do tego niedowład prawej części ciała. Nie pamiętała też ostatnich miesięcy swojego życia. Mówi, że po operacji wszystko było nowe. Musiała przywyknąć do myśli, że jest matką. Z dzieckiem zobaczyła się dopiero po miesiącu. Niedowład prawej nogi i ręki pozostał.

Mariola na nowo uczyła się mówić i chodzić. W szpitalu korzystała z pomocy psychologa. Pierwsze miesiące po operacji były bardzo ciężkie. Sama wymagała opieki, a przecież trzeba było się jeszcze zająć małym dzieckiem. Pomagała rodzina i przyjaciele. Zdarzało się, że miesiącami nie wychodziła z domu. Siedziała w czterech ścianach, bo wstydziła się wyjść do ludzi. Ale nie tylko dlatego. Noga i biodro bolały ją tak bardzo, że czasem nie dawała rady wstać z łóżka. Ból doskwiera jej do tej pory. Nie ukrywa, że cierpiała na depresję. Jej małżeństwo nie przetrwało tej próby. Kilka lat temu została sama z dzieckiem. Jedyne pieniądze, którymi dysponowała, przeznaczyła na zakup kawalerki.

Musiała też wziąć duży kredyt. Rata wynosiła ponad 600 zł. To w jej domowym budżecie był wielki wydatek. Kredyt udało jej się już spłacić. Utrzymuje się z renty – trochę ponad 1000 zł i alimentów (świadczenie 500plus odkłada na przyszłość dziecka). Z pomocą braci, sąsiadów i byłych teściów, na których – jak mówi – zawsze może liczyć, wyremontowała mieszkanie. Dziś Mariola ma 39 lat. Jest w dużo lepszej kondycji psychicznej niż kilka lat temu. Wciąż zdarzają się jej gorsze dni zwłaszcza wtedy, gdy doskwiera ból.

Ale podczas rozmowy z naszą dziennikarką Mariola wciąż się uśmiecha i co chwilę powtarza, że przecież mogło być gorzej. Siłę daje jej dziecko. Dziś już nastoletnie. To ono jest dla niej prawdziwą podporą. Mariola mówi, że jej pociecha musiała szybko dorosnąć. Czasem woli jej pomóc w codziennych czynnościach niż wyjść gdzieś z rówieśnikami. Mariola woli nie zdradzać szczegółów – chociażby swojego nazwiska, aby nie zaszkodzić swojemu dziecku. W ostatnich latach zetknęli się z ludzką życzliwością, ale zdarzały się też złośliwości i kpiny. Tego ostatniego woli dziecku oszczędzić.

– Zdrowy chorego nie zrozumie – mówi Mariola. – Pamiętam siebie, gdy byłam sprawna i w pełni sił. Wszystko przychodziło z łatwością. Bez problemu mogłam ukroić chleb, ułożyć włosy. Dziś patrzę już na to z innej perspektywy. Proszę spróbować zawiązać sobie prawą rękę i robić wszystko lewą. Te umiejętności przychodzą z czasem. Zdarza się, że rano trudno wstać z łóżka. Tak boli.

Najgorzej jest się rozruszać. Ale zagryzam zęby i robię to. Wiem, że jeśli nie wstanę z łóżka jednego dnia, to drugiego może być podobnie. Nie mogę sobie pozwolić na depresję. Mam dziecko i dla niego muszę być jak najdłużej na chodzie. Możemy liczyć tylko na siebie. Dlatego tak ważna jest w moim życiu rehabilitacja i ćwiczenia. Gdy dopadają mnie gorsze myśli zawsze mówię sobie, że mogło być gorzej. To cud, że żyję, bo mogłam nie przeżyć operacji albo być całkiem sparaliżowana. Jest dobrze, ludzie mają gorzej…

O pieniądze nie prosi

Mariola zmaga się z różnymi problemami na co dzień. Jakiś czas temu zalało jej mieszkanie. Sąsiedzi pomagali uporać się z bałaganem. Panele do tej pory są zniszczone. Ale Mariola nie chce inwestować w remont, bo liczy, że może w przyszłości uda się dostać większe mieszkanie. Musi umiejętnie zarządzać domowym budżetem. Marzy o rowerze trójkołowym.

Bardzo ułatwiłby jej życie. Szybciej mogłaby się przemieszczać, a poza tym jazda trójkołowcem to dobra rehabilitacja. Rower, który sobie upatrzyła, kosztuje 1800 zł. Nie chce przeznaczać na to pieniędzy z domowego budżetu. Ponad pół roku temu wpadła na pomysł, że będzie zbierać na ten cel plastikowe nakrętki. Znajomi z jej osiedla wiedzą o tym. Widują ją z nakrętkami. Ostatnio skrzyknęli się w tej sprawie na Facebooku: „…Pani ma niesprawną nogę, chodzi sama na piechotę i zbiera te zakrętki – z tego, co wiem – na sprzęt do rehabilitacji.

Zbliżają się święta. Może wspólnie moglibyśmy pomóc?…”. Temat wywołał sporo emocji i komentarzy internautów. Ludzie ze zrozumieniem odnieśli się do problemu niepełnosprawnej kobiety i ogłosili zbiórkę nakrętek oraz makulatury.

– To miłe zaskoczenie – przyznaje Mariola. – Parę miesięcy temu pomyślałam po prostu, że wiele z nas ma w domu nakrętki. Sama je zbierałam, aby oddać na różne cele do szkół. Pomyślałam, że w wolnym czasie będę je sobie zbierać, a z ich sprzedaży uda mi się sfinansować ten rower. Z zebranych nakrętek uzbierałam już osiemset złotych. Do roweru, który bym chciała, brakuje mi jeszcze tysiąc złotych. O pieniądze nie miałabym sumienia ludzi prosić, ale nakrętki, które często im zalegają, to co innego…

Każdy, kto chce pomóc Marioli, może przynieść nakrętki do siedziby „Nowego Tygodnia” przy ul. Lwowskiej 14. Przekażemy je zainteresowanej. (mo)

PS Imię i nazwisko bohaterki artykułu do wiadomości redakcji.