Zmrożeni mistrzowie jutra

Amatorzy-Konstruktorzy ze Świdnika mogą pochwalić się niejednym, imponującym wynalazkiem

Mówią o sobie konstruktorzy-amatorzy, ale trzeba zaznaczyć, że są pasjonatami, a nie nowicjuszami, bo wiedzy, umiejętności, a przede wszystkim kreatywności i doświadczenia mógłby im pozazdrościć niejeden fachowiec. Mowa o członkach świdnickiego Klubu Amatorów Konstruktorów. Połączyła ich pasja, która wciąż każe się rozwijać, szukać nowych pomysłów i testować różne rozwiązania. Od kilku lat działają w pomieszczeniach użyczonych od świdnickiej Spółdzielni Mieszkaniowej, ale ostatnio warunki do pracy mają dość trudne…

Świdnicki Klub Amatorów Konstruktorów działa już od około trzech dekad. Na przestrzeni tych lat tworzyły go różne osoby, a dziś pozostali w nim panowie: Krzysztof Komenda, Andrzej Lipiński, Marek Pałyska, Edward Szymanowski, Marek Arasiewicz i Jarosław Gromada. Ich zainteresowania niezmiennie skupione są wokół motoryzacyjnych i lotniczych tradycji Świdnika. Panowie nie tylko ulepszają to, co powstało w rodzimej fabryce, ale także tworzą swoje maszyny i to od podstaw.

– Połączyła nas pasja. W dawnych czasach, bo chyba można to już tak określić, popularne było modelarstwo: okrętowe, lotnicze, w zasadzie każde. Przez lata rozwijaliśmy te zainteresowania, a inne dziedziny rozrywki, w tym też te „monopolowe” niespecjalnie nas obchodziły – śmieje się Krzysztof Komenda.

Zespół konstruktorów-amatorów, to w rzeczywistości grupa wprawnych fachowców, którym doświadczenia, a przede wszystkim kreatywności, determinacji i zapału do pracy mogłoby pozazdrościć wielu. Jak sami mówią, wszystkie umiejętności nabyte w latach pracy zawodowej i samodzielnego dokształcania na przestrzeni lat, dziś owocują.

– Dobry konstruktor musi mieć wiedzę z wielu dziedzin, a my w pewnym sensie się uzupełniamy. Andrzej np. świetnie maluje, Jarek ma olbrzymią wiedzę z zakresu mechaniki i obróbki metali. Nie ma zazdrości, nie ma rywalizacji, a jest współpraca. Siadamy w naszym „chłopskim” gronie, bierzemy kartki, obmyślamy, dyskutujemy, co i jak należy zrobić. Każdy dojrzały konstruktor, który miał ukończoną praktykę w modelarstwie, dobrze wie, jakie to cudowne uczucie, kiedy konstrukcja modelu, zwłaszcza, kiedy jest także zaprojektowana samodzielnie, sprawdza się. Daje to nie tylko dużą satysfakcję, ale też potwierdzenie słuszności założeń – mówi K. Komenda.

– A bywa i tak, że w praktyce coś się nie sprawdza, więc szuka się tego, co należy poprawić i kiedy się uda, ta satysfakcja również jest niemała – dodaje Jarek Gromada, doświadczony modelarz, podwójny rekordzista świata, wielokrotny medalista mistrzostw Świata i Pucharu Polski w modelarstwie.

Jednym z pierwszych sukcesów klubu było skonstruowanie na początku lat 90. motolotni.

– W zespole trzech kolegów, w dość krótkim czasie skonstruowaliśmy dwuosobową motolotnię MR1, która w ciągu 1,5 roku uzyskała świadectwo dopuszczenia. Można powiedzieć, że poszło nam „jak z płatka”. Motolotnia sprawdziła się. Kolega Maciej Parasiewicz, w nieoficjalnym locie, wzniósł się nią na wysokość 4 950 m nad poziom lotniska, a razem ze mną na wysokość 3 750 m. Wyżej już się nie dało, bo zabrakło nam paliwa. W dół, bez silnika, schodziliśmy 25 minut – wspomina K. Komenda.

Wszyscy członkowie klubu konstruktorów na różnych etapach swojej kariery zawodowej byli związani z WSK Świdnik. K. Komenda był zatrudniony m.in. w dziale doświadczalnym prototypu motocykli. Dziś z żalem przyznaje, że przed laty nie wykorzystywano potencjału i możliwości pracowników zakładu, a wręcz studzono ich zapał i kreatywność.

– Cały zespół, a zwłaszcza średni i wyższy personel predysponował do tego, aby pozwolono mu się rozwijać, korzystać z własnych rodzimych możliwości, szukać nowych pomysłów i rozwiązań. Chęć na to, by działać, by coś zrobić, była olbrzymia, niestety, nie było elit, które mogłyby to odpowiednio ocenić i wykorzystać we właściwy sposób; sytuacja polityczna również nie pozostawała bez znaczenia. W latach 70-tych ten potencjał pracowników po prostu tłamszono – ocenia K. Komenda.

Obecnie członkowie kluby pracują nad motoszybowcem. Prace powoli zmierzają ku końcowi.

– Kadłub jest już gotowy, część tablicy przyrządów także. Wykonujemy montaż końcowy skrzydeł; zostały jeszcze prace wykończeniowe, pokrycie i montaż napędów. Silnik jest modyfikacją silnika trabanta – mów Krzysztof Komenda.

Swoją olbrzymią wiedzą z zakresu budowy i eksploatacji silników nasz rozmówca mógłby obdzielić kila osób. W swoim „konstruktorskim” dorobku ma m.in. model poduszkowca, który w 1962 roku był prezentowany na „Wystawie mistrzów jutra” w Warszawie, a także maszyny na kształt dzisiejszych dronów, która była prezentowana w Lipsku. Nie są mu obce również modyfikacje silników rodzimych wuesek. Zbudował też sanie śnieżne z aeronapędem.

– Zastosowałem do nich silnik w układzie boxer i to się sprawdziło. Sanki uzyskiwały prędkość na lodzie do ponad 70 kilku km/h i służyły jeszcze do holowania spadochronu. Przejażdżka nimi to wielka atrakcja w warunkach zimowych. Na ujeżdżonym śniegu, na płozach pojedzie 5 osób – mówi świdnicki konstruktor.

Dziś Klub Amatorów-Konstruktorów działa w pomieszczeniach przy al. Armii Krajowej 1, których użycza mu świdnicka Spółdzielnia Mieszkaniowa. To już piąty adres, pod którym działa klub, a w dodatku w tym roku warunki do pracy nie są tu najlepsze, bo jest tu bardzo zimno. Koszty związane z ogrzewaniem to 1 tys. zł w skali miesiąca. Panowie próbowali pozyskać dotację na ten cel, ale niestety nikt nie kwapi się, by ich w tym zakresie wspomóc.

– Wychował nas Świdnicki Aeroklub i przy nim zaczynaliśmy. Potem byliśmy na ul. Kolejowej, następnie na Konopnickiej i Klonowej, a od kilku już lat działamy w hali przy SM. Przeprowadzki są uciążliwe. Trochę tego sprzętu jest, a nie dysponujemy własnymi lokalami, w których moglibyśmy to pomieścić. Niektóre rzeczy i tak porozbieraliśmy i powyrzucaliśmy na złom, bo nie było gdzie ich przechować.

Wspiera nas Towarzystwo Lublin Lotniczy; jesteśmy mu za to wdzięczni, tak samo jak władzom SM, które zgodziły się, byśmy mogli pracować pod jej dachem. Finanse, niestety, są przeszkodą. Warunki wyższej techniki wymagają nakładów finansowych. Nie jest łatwo zrobić np. silnik, mając tylko zimne ręce, równie zimny garaż i chłodne spojrzenia innych – mówią świdniccy konstruktorzy.

(w)