Zwierzę niegodne uwagi stróża prawa?

Przypadków znęcania się nad zwierzętami nie brakuje, tymczasem sądy rzadko kiedy orzekają o pozbawieniu wolności dla sprawców. Tendencją są grzywny, prace na cele społeczne lub kary w zawieszeniu. O ile w ogóle sprawa trafi na wokandę, bo w mniemaniu niektórych policjantów ściganie kogoś za psa to zadanie „poniżej ich godności”. – Najważniejsze, żeby sądy orzekły o zakazie posiadania zwierząt – pokreśla Mariusz Kluziak ze Stowarzyszenia Chełmska Straż Ochrony Zwierząt.

– Na szczęście skończyła się już era niekarania sprawców ze względu na niską szkodliwość czynu. Zdarza się jednak, że sędzia „zapomni” o dołączeniu do wyroku zakazu posiadania zwierząt lub o podjęciu decyzji w sprawie zwierzęcia, którego dotyczyło postępowanie – mówi Mariusz Kluziak z Chełmskiej Straży Ochrony Zwierząt. – Polskie prawo przewiduje, że sąd może zabronić posiadania zwierzęcia maksymalnie na dziesięć lat. Nie spotkałem się jednak z takim wyrokiem.

Osoby, które w rażący sposób zaniedbywały swoje zwierzęta, mają zakaz posiadania kolejnych przez trzy do pięciu lat. Na palcach jednej ręki możemy policzyć, ile wyroków pozbawienia wolności zapadło w całym kraju w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Występując jako oskarżyciele posiłkowi, tylko raz – i to stosunkowo niedawno – spotkaliśmy się z takim wyrokiem. Chodziło o kobietę, która przez dwa lata trzymała swojego psa bez budy na krótkim łańcuchu. Zwierzę przeżywało gehennę, było wychudzone, bez sierści, z wrośniętym łańcuchem w szyję i odnawiającą się zmianą na uchu. Nie udało nam się go uratować, musiał zostać uśpiony – dodaje.

W 2014 roku w Sądzie Rejonowym w Chełmie zapadły 2 wyroki za przestępstwo z art. 35 Ustawy o ochronie zwierząt: w jednym przypadku sąd wymierzył karę 5 miesięcy pozbawienia wolności, orzekł zakaz posiadania zwierząt na okres 5 lat oraz nawiązkę 800 zł na rzecz stowarzyszenia ChSOZ; w drugiej sprawie zapadł prawomocny wyrok 1 roku pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na 5 lat, zakaz posiadania zwierząt na 4 lata oraz nawiązka 500 zł na rzecz ChSOZ.

W 2016 roku zapadł kolejny wyrok, na mocy którego wymierzono karę 2 tys. zł grzywny. W 2017 roku sędzia orzekł o karze 3 miesięcy ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania nieodpłatnej, kontrolowanej pracy na cele społeczne w wymiarze 30 godzin miesięcznie (wyrok jest prawomocny). W tym roku w SR w Chełmie zapadły 2 wyroki. W jednym przypadku sąd wymierzył karę 8 miesięcy ograniczenia wolności i pracy na cele społeczne 40 godz. miesięcznie.

W drugim przypadku mieszkaniec Siedliszcza został skazany na 2 lata ograniczenia wolności, prace na cele społeczne 20 godz. miesięcznie, ma też zakaz posiadania zwierząt przez 7 lat i musiał wpłacić 1 tys. zł nawiązki na rzecz ChSOZ. Mężczyzna został uznany winnym znęcania się nad swoim psem od 2011 roku do 4 maja 2016 roku, kiedy to pobił go metalową rurką (wcześniej świadomie wielokrotnie zadawał mu ból, kopiąc go, nie dawał mu pożywienia i wody).

Dwie sprawy wciąż utknęły na wokandzie i czekają na rozstrzygnięcie. Problem polega jednak na tym, że wiele postępowań zakończyło się szybciej, niż się rozpoczęło.

– Rocznie składamy średnio kilkanaście zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa. Często kończą się one odmową wszczęcia z powodu niewykrycia sprawcy. Przykładowo: kobieta była świadkiem wyrzucenia psa z samochodu, zanotowała numery rejestracyjne i zgłosiła sprawę. Policjanci szybko ustalili właściciela pojazdu. Pan jednak powiedział, że chciał zabrać psa na spacer gdzieś dalej, ale w czasie jazdy ten wyskoczył przez otwarte okno i uciekł. Policjant stwierdził, że nie ma podstawy, by nie wierzyć temu człowiekowi. Nie ma psa, nie ma dowodu – opowiada Kluziak.

– Pamiętam, jak kiedyś zamurowało mnie, gdy komendant pewnego posterunku w powiecie rzucił mi: „Bo teraz jest moda na to pomaganie zwierzętom”. Była też sytuacja z dyżurnym, który nie wiedział, że porzucenie zwierzęcia to przestępstwo. Są to oczywiście jednostkowe sytuacje, bo generalnie współpraca z policją przebiega bez zarzutów, niejednokrotnie prosimy ich o asystę przy interwencji (chyba że właściciel zwierzęcia chce załatwić sprawę polubownie i sam, z własnej woli, zgadza się zrzec do niego praw). Jedna ze spraw trafiła na wokandę właśnie dzięki uporowi funkcjonariusza.

Niemniej jednak problemem jest brak zapału w prowadzeniu tego typu postępowań. Mam wrażenie, że dla niektórych policjantów ściganie kogoś, kto porzucił psa lub go zaniedbuje i głodzi, jest poniżej godności. Wielu z nich nie rozumie w ogóle treści ustawy. Zapytałem kiedyś dzielnicowego, jak to możliwe, że będąc od paru lat raz w tygodniu pod adresem pewnego jegomościa, ani razu nie zauważył, w jak strasznych warunkach żyje pies tego człowieka. Odpowiedział, że „się nie zna”, dlatego nie zareagował.

Dwa lata temu Fundacja Czarna Owca i Stowarzyszenie Ochrony Zwierząt Ekostraż opublikowały raport z monitoringu sądów, prokuratury i policji („Jak Polacy znęcają się nad zwierzętami?”. Zgodnie z raportem w latach 2012-2014 tylko niewielki odsetek zarejestrowanych spraw kończyło się skierowaniem aktu oskarżenia przez prokuratorów.

Z kolei aż 32 proc. ankietowanych wyraziło przekonanie, że ich zgłoszenia dotyczące przemocy wobec zwierząt nie zostały poważnie potraktowane przez organy ścigania – zwracali uwagę na często jawnie lekceważące w ich opinii postawy policjantów i prokuratorów w sprawach o przestępstwa i wykroczenia przeciwko ochronie zwierząt. Z kolei 24 proc. ankietowanych obywateli bezpośrednio zetknęło się z sytuacją, gdy funkcjonariusze policji lub prokuratorzy sugerowali, że zgłaszane przez nich sprawy są mało istotne, ponieważ dotyczą ochrony zwierząt („przecież to tylko kot, to po co robić takie zamieszanie?”).

– Ludziom często wydaje się, że jak dają psu jeść i pić, to wystarczy – mówi Natalia Feszczuk z Chełmskiej Straży Ochrony Zwierząt. – Największy problem stanowią jednak hodowle stworzone dla zysku, do produkcji szczeniąt. A tego jest cała masa. Siostra jest kryta bratem, potem psy rodzą się chore, z defektami, całkowicie pozbawione odporności. Ludzie kupują szczeniaki po kilkaset złotych, a potem dzwonią do nas, że pies non stop jest chory, ma biegunkę, a oni nie mają już pieniędzy na leczenie.

Zakaz znęcania się nad zwierzętami do polskiego prawa wprowadziło Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 22 marca 1928 roku o ochronie zwierząt. Wprost wskazano w nim, jakie czyny są zabronione (m.in. używanie do pracy zwierząt chorych, rannych lub kulawych; bicie po głowie, dolnej części brzucha, dolnych częściach kończyn; bicie przedmiotami twardymi i ostrymi; przeciążanie zwierząt pociągowych; używanie uprzęży, więzów, etc.; doświadczenia na zwierzętach prowadzące do śmierci; złośliwe straszenie lub drażnienie czy wszelkie w ogóle zadawane cierpienia bez odpowiednio ważnej i słusznej potrzeby).

Znęcanie się nad zwierzętami było wykroczeniem, za które groziło 2 tys. zł grzywny, do 6 tyg. aresztu lub obie kary łącznie (ponosił je nie tylko bezpośredni sprawca, ale też właściciel zwierzęcia świadomie przyzwalający na cierpienie). Prawie pół wieku później przepisy dotyczące pastwienia się nad zwierzętami przeniesiono do Kodeksu Wykroczeń, a w 1997 roku ostatecznie wyeliminowała je Ustawa o ochronie zwierząt (zgodnie z którą każde zwierzę wymaga humanitarnego traktowania – uwzględniającego jego potrzeby, zapewniającego mu opiekę i ochronę).

Od tamtej pory dokument był wielokrotnie nowelizowany, ale dopiero w 2011 r. wprowadzono znaczące zmiany (m.in. zakaz trzymania zwierząt na uwięzi krótszej niż 3 m, uregulowano kwestie dotyczące rozmnażania i wprowadzania do obrotu zwierząt domowych czy podwyższono górną granicę kary pozbawienia wolności za określone w ustawie przestępstwa przeciwko zwierzętom).

Nowelizacja z kwietnia tego roku zaostrzyła kary za przewidziane w ustawie przestępstwa wymierzone w zwierzęta oraz wprowadziła dodatkowe i bardziej dotkliwe środki karne dla ich sprawców. Obecnie mówi się, że znów trwają prace nad nowelizacją, która ma podwyższyć jeszcze bardziej kary za znęcanie się lub zabicie zwierzęcia oraz wprowadzić określenie psa i kota rasowego w celu walki z tzw. pseudohodowlami. Paulina Ciesielska