W życiu nie można się poddawać

Wiktor Pyć (z prawej), wśród słynnych maków pod Monte Cassino, Włochy 1944 rok

Muszę przyznać, że na zdjęciach z ubiegłorocznych obchodów na Monte Cassino, ale i tych z setnych urodzin major trzyma się świetnie. Z tym uśmiechem jak nic kilka dekad odjąć. Wyglądał tak do samego końca. Od 90-tki zaskakiwał wszystkich, kiedy pytano go o wiek. Dwa tygodnie przed śmiercią pielęgniarki dziwiły się: „Co pani daje mu do jedzenia? Jaką on ma jędrną skórę!”. Nie wyglądał na umierającego. Myślami byliśmy raczej przy 101. urodzinach i kolejnych obchodach rocznicowych…

Jak poznała pani majora Pycia?

Na obchodach rocznicy bitwy o Monte Cassino w 2016 roku (drugi z prawej). Przy Wiktorze Pyciu stoi Teresa Wicha

W sanatorium. Od rozmów przy kawie i herbacie się potoczyło. Wiktor przyjechał prywatnie rozglądać się za kimś do opieki. Miał wtedy przecież 84 lata. Po wyjeździe utrzymywaliśmy kontakt. Już drugiego dnia po powrocie przyszedł do mnie z kwiatami.
Życie nie było usłane różami. W jego tle musiały odbić się trudne losy Polski.
Urodził się w czasie pierwszej wojny, walczył i był więziony w trakcie drugiej. Doświadczył, czym jest los żołnierza-tułacza, a później emigranta z konieczności.
Jego ojciec walczył w wojskach austro-węgierskich w pierwszej wojnie światowej. Zginął na froncie, a w 1932 roku zmarła mu mama. Już jako młodzian Wiktor został sam na gospodarce. Nie miał lekko, do tego pomagał starszej o kilka lat siostrze. Ale był zdolny i pracowity, co wykorzystał, robiąc kurs kinooperatora i prawo jazdy. Wykorzystał obie zdolności – od jesieni 1933 roku zaczął pracę w zawodzie – w kinie Venus w Janowie Lubelskim. Później był kierowcą starosty powiatowego w Janowie. Jeździł na rozprawy, m. in. do Lublina, Kraśnika, Lwowa. W tej pracy zastała go wojna.

Jak wspominał sowiecką niewolę?

Sowieci aresztowali go wraz ze starostą w Kostopolu. Wyskoczyli na nich z zaskoczenia. Byli bez szans. Starostę zastrzelili na miejscu, Wiktora skazali na pięć lat ciężkich robót na Syberii. Wielokrotnie mówił, jak długo jechał na północ w bydlęcym wagonie… Zabrali mu wszystko – płaszcz, oficerki itd. Przez niemal trzy lata spławiał drzewa w Szypicznym, niedaleko rzeki Ob, bliżej koła podbiegunowego, przy temperaturach rzędu minus 50 stopni i w śniegu po pachy. I to wszystko za kilkaset gramów chleba za dzień. Na gorąco mieli tylko rozgotowaną brukiew i warzywa. Zupełnie bez smaku, jedli byle przeżyć.
Po „amnestii”, czyli układzie Sikorski-Majski, mówił o sobie per „apostoł” – wychodząc z łagru, miał brodę po pas. Wszyscy byli chorzy na szkorbut, niedożywieni. Opowiadał, jak palili stare, zawszone łachmany. Po goleniu i ubraniu dopiero zaczęli wyglądać jak ludzie.

Z Andersem opuścili sowiecki „raj”.

Od razu przyznał się, że ma prawo jazdy. W nowo formującej się armii Andersa potrzebowali kierowców. Trafił do jednostek zmotoryzowanych, nazywanych „żubrami”, i wraz z nimi przemierzył front aż do Rzymu. Woził pułkownika Kazimierza Sosnkowskiego, generała Andersa. Armię rozwiązali 23 kwietnia 1946 roku w Bolonii. Stamtąd żołnierze udawali się na emigrację. Wiktor, jak większość andersowców, wybrał Anglię.

Wiedział, że do kraju nie ma po co wracać?

Mówił, że hart ducha pozwolił przetrwać rodakom, ale na obczyźnie. Nie widział powrotu do Polski sowieckiej. Powtarzał, że ci, co poszli do kraju, zostali stłamszeni. I bardzo to przeżywał. Podobnie „przeczekał” stan wojenny. Był wówczas w Ameryce.

Jak radził sobie na obczyźnie?

Początkowo w Anglii nie miał pracy. Koledzy układali bruk, szli do fabryk, sprzątali ulice. Z racji walk pod dowództwem aliantów Wiktor otrzymał obywatelstwo brytyjskie. To dawało mu stabilizację na Wyspach i obronę przed represjami z kraju, które mogły go dosięgnąć. Podjął pracę, żeby ze skromnym żołdem wystarczało na przeżycie. Wykorzystał smykałkę do języków – dostał propozycję pracy jako pomocnik w kinie w Bristolu. I awansował po latach na samego kierownika! Łącznie pracował tam 16 lat, później był jeszcze krótko mechanikiem. Ostatecznie wrócił z rodziną do Polski.

Odważny krok jak na dojrzałego mężczyznę.

Wrócił do kraju z żoną i dwójką dzieci w wieku 50 lat. Znalazł pracę od razu, jako monter w dziale naprawczym Zakładów Naprawy Autobusów. W lubelskim PKS, hali przy ulicy Wieniawskiej, montował rozrządy, wały korbowe, reperował hamulce do naszych „ogórków”.
Wracający z emigracji starszy mężczyzna, kierownik kina, decyduje się w przededniu „pięćdziesiątki” na ciężką pracę fizyczną. Nie do pomyślenia.
Pierwszego dnia przyszedł do pracy w beżowej marynarce, w zachodnim stylu. Od razu poszedł do fizycznej roboty, bez roboczych ubrań. Spoglądali na niego, „sprawdzająco”, czy aby nie jest szpiegiem. Później sam instruował innych, jak reperować pojazdy. Do emerytury dorabiał jeszcze około trzech lat jako konserwator w szpitalu wojskowym przy Al. Racławickich. Wie, pan, taki człowiek „złota rączka”. Od zawsze był przedsiębiorczy, trudnej pracy się nie bał.
Nie skończył wyjeżdżać za granicę, do Stanów. Pracował, aby dzieciom zapewnić godną przyszłość – wybudował im dwa domy. Trzymał się tam z kombatantami, przesyłając paczki z żywnością i innymi dobrami konsumpcyjnymi dla rodziny, o których w Polsce mogli pomarzyć.

Co odpowiedziałby, zapytany o receptę na długowieczność?

By nie poddawać się przeciwnościom losu i myśleć pozytywnie. Z szacunkiem i opanowaniem konsumować, co wyniósł jeszcze z łagrów. Okres z niewolniczej pracy w łagrze przełożył się na jego podejście do jedzenia do końca życia. Szanował żywność, nie rozumiał, jak można marnotrawić jedzenie. Cenił każdą pracę. Poza tym miał wyjątkowo zdrowy, silny organizm. Powtarzał wielokrotnie, że w ciągu dnia musi być czas na pracę, odpoczynek i zabawę.

Wróćmy do Monte Cassino. Lata lecą, a grono walczących w 1944 roku o Monte Cassino coraz mniejsze. Jak przeżywał powroty na wzgórze klasztorne?

Pierwszy raz na obchodach byliśmy w 2014 roku, w 70-lecie bitwy. Rok później, w kwietniu, uroczystości odbyły się w Bolonii, a w listopadzie odwiedziliśmy Bari, Ankonę, Casimassimę, szkołę podchorążych w Motoli – miejsca upamiętniające boje Korpusu Andersa. Przy naszym ostatnim wyjeździe w 2016 roku na Monte Cassino byliśmy też w Watykanie, z modlitwą u grobu papieża Jana Pawła II.
Wiktor wzruszał się i wyciszał na Monte Cassino. Patrzył na wzgórze klasztorne z zamyśleniem. Z ogromnym sentymentem wspominał występy orkiestry wojskowej grającej „Czerwone maki”.

Ze zdjęć widać, że utrzymywał z kombatantami dobre relacje.

Od samego początku. Zaczęło się już od przyjaźni już po wojnie, w Anglii. Później w Stanach. Na spotkaniach kombatantów we Włoszech spotykał kolegów z innych pułków, m. in. „stokrotek” z „Trzeciej Karpackiej”. Do dziś żyje z tych jednostek najwięcej żołnierzy. Zastanawiało go, że po latach nie zobaczył nikogo z „żubrów”.
W samym Lublinie było niewielu weteranów spod Monte Cassino. Większość stanowili żołnierze akowskiej partyzantki i Batalionów Chłopskich, stąd zapisał się do Stowarzyszenia Żołnierzy Batalionów Chłopskich – oddziału II im. Obrońców Lublina 1939 roku, a później ZBOWiD-u.
Brał udział w jubileuszach patriotycznych. W 75-lecie rozpoczęcia wywózek na Sybir otrzymał specjalne podziękowania od Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Honory oddawali mu prezydent Andrzej Duda, córka Andersa – Anna Maria. Doczekał się odsłonięcia pomnika Bohaterów spod Monte Cassino, przy kościele na Poczekajce w maju 2015 roku.
Cenił przyjaźnie. Trudno wymienić wszystkich, z którymi utrzymywaliśmy kontakt. Szczególnie cenił Stanisława Falińskiego, pisarza z Nowego Sącza, autora publikacji o walkach Korpusu we Włoszech. Los chciał, że zmarł on 13 maja, kiedy byliśmy na naszych ostatnich obchodach. Trudno było się Wiktorowi otrząsnąć.

Do końca życia odzywały się w nim stresy wojny?

Tak, ale jak wspominałam na początku, trzymał prezencję. Nie gasł. Miał co prawda zmiany naskórne, co onkolodzy uznali za skutek ogromnych amplitud temperatur w Rosji, cukrzycę wieku starczego, problemy z krążeniem. Pod koniec był pod ścisłą opieką lekarską. Ale na 100. urodzinach bawił się świetnie. Kombatanci śpiewali mu „200 lat”. Zmarł trzy miesiące później, 19 lipca 2016 roku. Pozostanie dla mnie nie tylko skarbinicą wiedzy historycznej, ale człowiekiem, który zawsze dostrzegał pozytywy i nie poddawał się. Dał mi wiele radości w życiu.
Dziękuję za rozmowę
BARTŁOMIEJ CHUDY

 

Wiktor Pyć, (1916-2016), major Wojska Polskiego. Urodził się 10 kwietnia 1916 roku w Janowie Lubelskim. Żołnierz kampanii wrześniowej 1939 roku. Aresztowany przez Sowietów, oskarżony o szpiegostwo i skazany na pięć lat robót na Syberii. Po układzie Sikorski-Majski wydostał się z ZSRR, przemierzając z 2. Korpusem Polskim (później Armią) generała Władysława Andersa szlak z Persji przez Irak, Liban, Ziemię Świętą, Egipt po Włochy. Brał udział w słynnych walkach o klasztor na wzgórzu Monte Cassino i o Bolonię. W wojskach zmotoryzowanych, pod rozkazami pułkownika Fenglera, przynależał do 5. Kresowego Pułku Artylerii Przeciwlotniczej, tzw. „żubrów”, w 5. Kresowej Dywizji Piechoty. We Włoszech stacjonował do 1946 roku. Po wojnie osiadł w brytyjskim Bristolu, gdzie przez 16 lat pracował w lokalnym kinie. Do Polski wrócił w 1965 roku, gdzie zatrudnił się jako monter w hali PKS. Był żonaty, miał dwójkę dzieci. Przez ostatnie 16 lat opiekowała się nim pani Teresa Wicha.
Zmarł 19 lipca 2016 roku. Pochowany na cmentarzu przy ulicy Lipowej w Lublinie.
Odznaczony: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami, medalem Pro Patria, medalem za walki o Monte Cassino (Krzyż Pamiątkowy), Gwiazdą Italii, Medalem Wojsk Brytyjskich (1939-1945).