Brzmienia na miarę 700-lecia

Wiele zachwytów i muzycznych przeżyć było udziałem lublinian i gości festiwalu Wschód Kultury – Inne Brzmienia w jego jubileuszowej odsłonie. Na urodziny swego miasta organizatorzy z Warsztatów Kultury zapewnili znakomitą imprezę na kilku scenach w tradycyjnej już przestrzeni wokół lubelskiego Zamku, nawet jeśli czasem brzmienia były nazbyt „inne”.


Pierwsze trzy dni festiwalu przebiegły w klimacie artystów tworzących na wschód od Polski, z krajów WNP. W południe 5 lipca imprezę otworzył performance muzyczny Natalii Kunitskiej, producentki muzycznej i dj’ki z Mińska. Nosi ona nick Mustelide, a na Białorusi zwą ją „królowa elektro-pop”. W Lublinie spotkało ją gorące przyjęcie – najpierw w Tarasach Zamkowych, wieczorem zaś pod namiotem na Błoniach.
W obu tych miejscach obejrzeliśmy także barwny koncert indie rockowej grupy Tik Tu, brzmiącej folkowo z nutą psychodelii. Młodzi Ukraińcy z Tarnopola zbyt mocno jednak ocierają się o komercyjny pop.
Na uwagę zasłużył koncert polskiego klarnecisty i kompozytora. Wacław Zimpel, doceniany na światowej scenie improwizatorów, to istny „muzyczny kameleon” świetnie przyjęty pod festiwalowym namiotem u podnóża Zamku. Na tejże scenie dał również koncert Moulettes z Wielkiej Brytanii – jeden z oryginałów na brytyjskiej scenie. Rozbawieni goście festiwalu usłyszeli ciekawy mix folku i progresywnego rocka z elementami teatru, ale też przebojowe melodie w stylu Davida Bowie i Lou Reeda, Bonobo a nawet Portishead.

Muzyczne rarytasy z Belgii

Jak przetrwać 36 lat na europejskim rynku muzycznym? Pokazał to ciąg koncertów w klubie festiwalowym, firmowany przez belgijską oficynę Crammed Discs. Z tą etykietką wystąpiło od czwartku kilka zespołów. Najpierw Aquaserge znad Sekwany z melanżem piosenki francuskiej i brzmień progresywnych. Później Skip&Die – skład gwarantujący rozruszanie nawet najbardziej nieruchawej widowni – zwłaszcza, gdy wokalistką jest pochodząca z RPA Catarina Dahms. Ich styl to mieszanka wielu języków i nurtów: afro-beat, electro, ska czy dancehall. Potem wystąpili Veronique Vincent & Aksak Maboul. To avantrockowa formacja pod wodzą założyciela i szefa Crammed Discs. Oddają klimat wielowymiarowości piosenki francuskojęzycznej – w tym przypadku z Belgii.
W tym samym, kreatywnym namiocie IB trwała dyskusja na temat owej belgijskiej wytwórni, z udziałem m.in. Marca Hollandera i Hanny Gorjaczkowskiej – szefów i założycieli firmy.
Następnego dnia wystpili Kasai Allstars Basokin (Kongo). 8 czarnoskórych muzyków oferuje rdzenne rytmy etniczne Afryki. Te jednak są przetworzone przez nurt „Congotronics”, co w sumie daje transowy jazz i rock. Na scenie przeplata się pierwotne brzmienie tradycyjnych instrumentów i wyzwolony taniec dwóch śpiewających Murzynek ubranych w zjawiskowe kostiumy. Na tym tle, trochę niekonsekwentnie, część czarnych muzyków występuje w garniturach i krawatach…

Weekend w ramach festiwalu

…to znów egzotyka w zestawieniu wykonawców. Piątkowy wieczór na wielkiej scenie pod Zamkiem zdominowały prawdziwe hity festiwalu. Do takich należał koncert Tuxedomoon. To prekursorzy takich nurtów, jak new-wave czy no-wave. Ci Amerykanie, grając od ponad 30 lat, tworzą bardzo nieszablonowy skład – to czwórka multiinstrumentalistów, wzajemnie wymieniający się instrumentami: sekcja dęta, keyboard, gitara i skrzypce. Nagrywają wszystko: najchętniej materiał pierwotny i szorstki, nie stronią jednak od muzyki klasycznej, baletowej, post punku, post rocka czy awangardy. Ten zespół idealnie wypełnia formułę Innych Brzmień. Tworzą brzmienia eksperymentalne, zlepek wielu muzycznych nurtów, dając w efekcie psychodeliczny trans. Jedne ich rytmy intrygują, niepokoją, inne czuje się niczym dźwiękowy skaling zębów by po chwili ukoić słuchacza transową „kołysanką”. Tuxedomoon dali popis muzycznej wszechstronności.
Następny był koncert na który czeka Lublin. Nouvelle Vague – fancuska supergrupa grająca od 15 lat, znana publiczności ze świetnych interpretacji utworów nurtu nowej fali, punk rocka i post punku. Obok 4 muzyków na scenie widzimy dwie seksowne wokalistki, z wdziękiem poruszające się w rytm znanych przebojów – jak „Blue Monday” (New Order). Mają niemal dziecięce głosiki o niebywałej skali brzmienia. Te niezwykle dynamiczne dziewczyny na lubelskiej scenie czuły się jak u siebie – w Paryżu. Pląsały fantazyjnie, wprawiając i publiczność w taneczny nastrój. Podszyte erotyką utwory, jak „Dancing with myself” (Billy Idol) i śmiała choreografia dały znakomitą energię tej nocy, trochę nierealny świat. Kilka tysięcy lublinian wokół sceny doceniło to owacją.

Zachwyty ale i rozczarowanie

„Ideologiczny sukces” może zaliczyć niejaki Gromyka z Rosji. Nazwa kapeli nawiązuje do ministra – szychy w gabinecie politycznym Breżniewa, zaś stylistyka do czasów ZSRR: powyciągane garniturki, krawaty oraz fryzury z lat słusznie minionych. Widać ogromny dystans do tego, co proponuje kapela. Cechuje ich autorski styl, zwany przez nich samych „heavy psychedelic twist”. Instrumentarium mają rodem z zespołów big-beatowych, w tym old-schoolowy generator, co daje garażowy rock. Ze sceny dobiega muzyka w stylu: trąbka, pompka i lewarek. Do tego tubalny wokal – niczym z partyjnej trybuny. A efekt? Szerokie uśmiechy na twarzach słuchaczy, ale i totalny, nieskrępowany ich taniec przed sceną, gdzie grają owi „maładcy”. Koniecznie należy ich zaprosić na najbliższy miejski sylwester.
W sobotę, mocnym akcentem IB, był także występ Mulatu Astatke (Etiopia) – mistrza i popularyzatora muzyki afrykańskiej. Ten wszechstronny multiinstrumentalista, wirtuoz wibrafonu przybliżył nam autorski styl muzyczny zwany ethio-jazzem. W Lublinie Astatke, z licznym zespołem, dał pyszny koncert jazzowy wzbogacony o real world music –melancholijne klimaty trąbki podbite przez vibrato na kongach.
Kompletnie inne wrażenia zafundował na koniec brytyjski Juno Reactor – grupa anonsowana jako najbardziej widowiskowa i żywiołowa propozycja imprezy. Ich kolorowy, jarmarczny show na styku muzyki, spektaklu i performance rozczarował wielu lublinian. Ci dostali stroboskopem w oczy, skrajnym poziomem basu po uszach, w sumie „omłoty” po całym ciele – zabrakło tu elementarnej estetyki. W pierwszej części widowiska bezduszny techno-trans, w drugiej punk-rockowisko – takie tło muzyczne do swego tańca na scenie miały świetliste stwory i zjawy, pod którymi krył się kobiecy balet Mutant Theatre z Rosji. – I to jest ten hit festiwalu, taka głośna, tandetna „rewia”? – słychać było komentarze do zjawiska ludzi wcześniej wychodzących z koncertu.
Zamykając to wydanie NT siłą rzeczy ominęły nas niedzielne propozycje, zapewne bez zarzutu co do jakości ostatnich nut festiwalu. W sumie, w całokształcie po 10 latach Innych Brzmień tak czy inaczej mamy w Lublinie imprezę na najwyższym europejskim poziomie – festiwal nieskrępowanej kreacji muzycznej i święto „konsumentów” takich brzmień.
Marek Rybołowicz

Komentarze