W 500 dni od Pacyfiku po Atlantyk

Samotność, głód, ból. Raz upał nie do wytrzymania, a raz arktyczne mrozy. Krytycznych momentów było wiele, ale udało się. Chociaż wszyscy mówili „to niemożliwe” Jakub Muda samotnie pokonał 8 000 km i przeszedł Kanadę od oceanu do oceanu. – Jestem z niego taki dumny! – mówi o swoim wnuczku chełmianin Zdzisław Muda.

Jakub Muda ma 24 lata. Studiuje w Montrealu dwa kierunki – chemię i matematykę.
– Pierwszy raz do Kanady przyjechałem kilkanaście lat temu razem z rodzicami. To był rodzinny wyjazd i już wtedy zdecydowałem, że chciałbym tam zamieszkać na stałe – wspomina Jakub.
Wyjechał zaraz po maturze. Nie szukał żadnych programów, które umożliwiają polskiej młodzieży studia za granicą. Chciał zrobić wszystko na własną rękę. Chociaż nie obyło się bez wsparcia najbliższych, w tym dziadków – Zdzisława i Brygidy, którzy mieszkają w Chełmie.
– Doradzali, wspierali. Nawet wtedy, kiedy oświadczyłem im, że mam zamiar pieszo przemierzyć całą Kanadę: od Pacyfiku po Atlantyk. Choć pewnie wielu dziadków kazałoby się puknąć w głowę, gdyby usłyszało taki pomysł swojego wnuka – żartuje Jakub.
24-latek przyznaje, że pomysł zorganizowania dużej wyprawy był w nim od zawsze. – Długo myślałem o tym, jakie wyzwanie przed sobą postawić. Będąc już w Kanadzie, zacząłem zastanawiać się nad przejściem El Camino de Santiago, znanego szlaku w Hiszpanii. Uznałem jednak, że ta trasa jest dosyć krótka. Ruszając z Polski to „tylko” 4 tys. km. Aż pewnego dnia trafiłem na historię studenta Terry’ego Fox’a, który mimo że zachorował na raka i miał protezę jednej nogi, zdecydował się na bieg wzdłuż Kanady. Jego Maraton Nadziei, Maraton of Hope, w 1980 roku był dużą inspiracją i bodźcem dla mnie, by pokonać tę trasę.

Przygotowania

Od kiedy Jakub podjął decyzję o wyprawie, zaczął intensywne przygotowania. Pozyskiwał sponsorów, patronów medialnych i zaczął gromadzić potrzebny sprzęt. Szlifował też kondycję – ćwiczył na siłowni, biegał i trenował z ekwipunkiem, aby jeszcze przed wyprawą wyeliminować wszystkie ewentualne wady sprzętu. Nie zapomniał też o psychicznym przygotowaniu do wyprawy. Korzystał z porad psychologa, dietetyków i speców od survivalu. Aż wreszcie wsiadł w samolot z Montrealu do Victorii i rankiem 21 stycznia 2015 roku rozpoczął wyprawę.
Najgorsze…
Do Cape Spear w St. John’s doszedł 21 maja 2016 roku. 2 czerwca 2016 roku, po ponad 16 miesiącach, a dokładnie 500 dniach wrócił do domu. Co w tak odległej podróży było najtrudniejsze? – W dzienniku zapisywałem jedną rzecz w każdej prowincji, która okazała się najtrudniejsza – mówi Jakub i wymienia: – W Kolumbii Brytyjskiej było to odwodnienie i góry. Był taki dzień, kiedy w dziczy musiałem przejść ponad 40 km. Było potwornie zimno, a ja miałem przy sobie jedynie litr wody. Kiedy pragnienie było już nie do wytrzymania topiłem śnieg, co – jak się okazało – nie było najlepszym pomysłem. Przez kilka kolejnych dni bardzo źle się czułem. W Albercie, pojawiły się poważne odciski. W Saskatchewan dokuczał wiatr oraz duże odległości, które codziennie pokonywałem. To tam ustanowiłem swój rekord 57 kilometrów w 11 godzin. W Manitobie było gorzej niż w piekarniku. Był taki upał, że nie dało się normalnie funkcjonować. A Północne Ontario to samotność. Pomiędzy Kenorą a Thunder Bay, oddalonymi od siebie o 500 kilometrów, były tylko dwa małe miasteczka, przez które przechodziłem. Poza tym żadnej cywilizacji. W Quebec doskwierała jesienna pogoda: zimno, mokro i nieprzyjemnie. A za Quebec City rozpoczęła się zima. Jednego dnia spadło pół metra śniegu i od tego momentu poruszanie się było udręką. Wybrałem trasę po północnym brzegu rzeki, trudniejszą, przez góry. Tego nie da się opisać innymi słowami niż „prawdziwa kanadyjska zima”. Jak już solidnie popadało, to zaczęły się arktyczne mrozy. Były też kontuzje. Pierwsza poważna to upadek na lodzie w mieście Rimouski i uszkodzenie kostki. W Nowej Szkocji, mając za sobą wiele tysięcy kilometrów, kontuzje zaczęły się pojawiać jedna za drugą, i to takie, przez które musiałem robić dni wolne. Przeciążyłem ścięgna w lewej nodze, później uszkodziłem staw biodrowy i w żaden sposób nie mogłem ustać na lewej nodze. Kilka dni przerwy i dobrzy ludzie, na których wtedy trafiłem, pozwoliły wyruszyć dalej. I dotrzeć do końca.

…i najlepsze

Oprócz trudów, Jakuba na swoje drodze spotkało wiele dobrego. To przede wszystkim pomoc często od przypadkowo spotkanych ludzi. – Pomagali zarówno Polacy, jak i Kanadyjczycy. Zapraszali do domów na nocleg, częstowali jedzeniem – wspomina Jakub. – Dwa dni spędziłem w Vernon u Polaka, który latał słynnymi samolotami Spitfire w Dywizjonie 315. Ale zdarzało się też, że spałem na jachcie, w saunie, toalecie, pralni, remizie strażackiej i w wielu innych dziwnych miejscach.
– Paradoksalnie dobrze wspominam też dni i momenty, które były dla mnie bardzo ciężkie. Bez nich radość z dojścia do celu nie byłaby aż tak ogromna. Patrząc na to, z czym się zmagałem, jeszcze bardziej cieszę się z sukcesu – podsumowuje Jakub. (mg)

Jakub Muda z pomocą dziadka po powrocie wydał ebook 500 dni. – Książka opisuje moje przygody w formie dziennika z wyprawy. Są tam mapy, dziesiątki zdjęć, a przede wszystkim wszystkie przygody, które tam mnie spotkały – mówi Jakub.
Książkę można kupić na allegro – wpisując w wyszukiwarce „Jakub Muda 500 dni”, oraz w Chełmie u pana Zdzisława Mudy, dziadka Jakuba, pod numerem telefonu 82 563 77 09.

 

Komentarze