Bez głowy nad wodą

„Często dochodzi do takich sytuacji jak ta, kiedy tatuś nadmuchał plastikową reklamówkę i dał ją dziecku, a ono wypłynęło na niej za żółte boje”. Po tragedii w Darłówku chełmski ratownik ujawnia kulisy pracy nad Bałtykiem.

Cała Polska tygodniami żyła tragedią, jaka wydarzyła się nad morzem. Trójka dzieci zginęła pod wodami Bałtyku po tym, jak porwał je prąd wsteczny. Dramat wywołał lawinę komentarzy zarówno pod adresem turystów wypoczywających nad polskim morzem, jak i ratowników. A jak swoją pracę widzą ci, którzy całymi dniami dbają o bezpieczeństwo kąpiących się? Chełmski ratownik WOPR, który tegoroczny sezon spędził zarówno nad Bałtykiem, jak i nad naszymi lokalnymi akwenami, ujawnia kulisy pracy w tym niewdzięcznym zawodzie. Jak mówi, więcej niż 90 proc. wszystkich akcji ratunkowych nad morzem ma miejsce przy budowlach hydrotechnicznych – przy ostrogach, pirsach, czy molach.

– Ludzie lekceważą zakazy przebywania w okolicach tych budowli, a przecież tu chodzi o ich bezpieczeństwo. Te zakazy nie są ustawione bez powodu. W tych miejscach najczęściej są prądy wsteczne, jest dużo wirów, ogromna różnica w poziomie dna, itd. To nie tak, że ludzie tego nie wiedzą. Wiedzą, co oznacza biała, a co czerwona flaga, ale mają to gdzieś. Niestety, ale 99 proc. osób nad wodą jest pod wpływem alkoholu- mówi chełmianin.

Czym różni się specyfika pracy nad Bałtykiem i naszymi małymi kąpieliskami? Mimo wszystko, tam ludzie mają większy posłuch. Boją się wody, nie znają morza, dlatego w większości jednak słuchają się poleceń ratowników. Najbardziej zachowawczo zachowują się ci, którzy dopiero przyjechali. Łatwo ich odróżnić – nieopaleni, na plaży wydają się zagubieni, szukają sobie miejsca. Bo ci, którzy są już jakiś czas, a nie daj Boże przychodzi akurat weekend, potrafią sobie pofolgować…

– Czasem pytam takich ludzi, czy za żółtymi bojami jest bardziej mokra woda, że uparcie tam dążą? Nie potrafią odpowiedzieć. I ci niestrudzeni „Janusze-bohaterowie”. Płyną pięć metrów za żółte boje, słyszą gwizdek, ale czekają jeszcze chwilę, by upewnić się, że dziewczyny ich widzą. Potem oczywiście żalą się im: „Och, bym popłynął dalej, ale ten ratownik mnie zawrócił” – opowiada. – Jednak im bliżej, tym gorzej. Ludzie myślą, że jak są nad jeziorem, to nic im się nie stanie. Na dodatek są przekonani, że to my będziemy pilnować ich dzieci, a nie oni. Wielokrotnie zdarzało mi się w tym roku wyciągać z wody kilkulatki, a najgorsze, że to rodzic prowokuje niebezpieczne sytuacje. Notoryczne te same akcje: tatuś bierze dziecko w dmuchanym kółeczku i płynie z nim do żółtych boi, żeby pokazać małemu, jak wyglądają.

Myśli, że to kółeczko za osiem złotych zabezpiecza malca przed wszystkim, a wystarczy, żeby dziecko z radości podniosło rączki i od razu wpada do wody. I teraz tak: na takich wodach przejrzystość mamy na około metra, przy żółtych bojach mamy do czterech metrów głębokości, na Jeziorze Białym około dwa metry i pięćdziesiąt centymetrów. Dziecko bardzo szybko ląduje na dnie i przestaje być widoczne. Ojciec, który pływa lepiej lub gorzej, ale z reguły gorzej, próbuje je wyłowić, ale idzie na dno razem z dzieckiem. Tylko że taki tatuś, upominany przez ratownika, protestuje, „O co facetowi chodzi? Przecież dziecko jest w kółeczku i pod opieką dorosłego”. Tak samo nad morzem, tatuś z dzieckiem w kółeczku płyną w stronę budowli hydrotechnicznych i już. Albo cała rodzina na jednym materacu.

Bo kogo interesuje, że każdy materac ma określony ciężar, który jest w stanie wytrzymać? Nawet nie na grubych materacach, ale na cienkich, foliowych workach potrafią wypłynąć nierzadko z bobasami po dwa-trzy lata na otwartą wodę. W ciągu jednego dnia jest minimum pięć-sześć takich interwencji. To przerażające, że ludzie zachowują się tak nieodpowiedzialnie i narażają przy tym własne dzieci. Zdarzają się też takie sytuacja jak ta, kiedy tatuś nadmuchał plastikową reklamówkę i dał ją dziecku, a ono wypłynęło na niej za żółte boje. Wyciągnąłem z wody dziecko, patrzę na tatusia, a on podnosi rękę i mówi: „Dobra, spoko, już nie będzie tam płynąć”. Do tego chroniczne skakanie na główkę poza kąpieliskiem. To już plaga. W tym sezonie nad Białym było dużo zdarzeń związanych z urazem kręgosłupa po skokach, i wszystkie poza kąpieliskiem. Zresztą w strefie kąpieliska jest o wiele mniej kąpiących się, niż po nią. Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. Dlaczego ludzie wybierają miejsca niestrzeżone?

Żadna tragedia, żadne ostrzeżenia nie działają na ludzi tak, jak dotkliwe kary finansowe. Dlatego zdaniem ratowników, by udało się w jakikolwiek sposób wyegzekwować posłuszeństwo nad wodą, ratowani poza wyznaczoną strefą kąpieliska powinni zwracać koszty akcji. – Niech ludzie zaczną zwracać uwagę na to, co mówią ratownicy, bo nie robimy tego po to, by komuś utrudnić wypoczynek. To jest nasza praca, polega na prewencji, czyli tym, żeby robić wszystko po to, by potem nie robić nic. Sytuacja w Darłówku jest specyficzna, a jej okoliczności bada teraz prokurator, dlatego jesteśmy za tym, żeby wstrzymać się od jednoznacznych komentarzy i osądów. Niemniej jednak nagłaśnianie tego typu spraw jest potrzebne, ale w obiektywny sposób. Bo łatwo jest kogoś oczernić, pokazać zdjęcie ratownika i napisać, że „Oni cały czas się opalają, podrywają dziewczyny i siedzą z nosami w telefonach komórkowych”, a prawda może być taka, że akurat wtedy nikogo nie było w wodzie, albo ratownicy mieli przerwę śniadaniową. Ale o tym się już nie mówi. (pc)