„Chłopi” jakich nie znamy…

Spektakl „Chłopi” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego na scenie CSK

W ramach mającego trwać Festiwalu Scenografii i Kostiumów „Scena w Budowie” odbyło się w Lublinie przedstawienie wyjątkowe. W aurze Wielkiego Tygodnia wystawił je stołeczny Teatr Powszechny. 29 marca 2018 r. na scenie Centrum Spotkania Kultur gościli „Chłopi” – powieść uznawana za pomnik literatury (przez maturzystów raczej jako czytelniczy koszmar) w inscenizacji mającej dziś całkiem nową rolę do spełnienia


Ponad 3 godziny potrzebował Krzysztof Garbaczewski by ukazać swe spojrzenie na monumentalne dzieło Reymonta. Jego osobliwa adaptacja powieści zachowuje główne jej wątki i postaci. Inscenizacja w dużym stopniu oddaje charakter epopei, acz reżyser nakłada na nią filtr swojej interpretacji budzącej sprzeczne opinie.
To jedno z 7 przedstawień – pretendentów do nagród Festiwalu: za najlepszą scenografię, za najlepszy kostium, Grand Prix i Złotej Kieszeni. Czy kontrowersyjny spektakl będący mistrzostwem teatralnej groteski ma szansę zwyciężyć w którejś z tych kategorii?
Scenografowie (sam reżyser i Jan Strumiłło) zbytnio się tu nie napracowali: metalowe stelaże imitujące wnętrza chałup oraz zdalnie sterowany robot w roli zwierząt to główne elementy wystroju sceny. Przy czym ten nieokiełznany cyborg na kółkach odgrywa świnię oraz bociana. Twórcy scenografii lokują tu także „wyuzdaną krowę” i „odlotową kurę”. Lecz to leży już bodaj w gestii kostiumologa (Sławomir Blaszewski), który stanął na wyżynach fantazji w koncepcji strojów. Występowało w nich 17 aktorów, budząc podziw i uznanie za kreatywność, dopełniających właśnie kostiumami scenografię tej sztuki, dość ascetyczną.
Jak to w Teatrze Powszechnym, sporo dzieje się na ekranie nad sceną, który widzom daje zbliżenia twarzy postaci i nie tylko… gdy spojrzeć choćby na transmisję on-line randki Jagny i Antka, zwłaszcza kamerą w podczerwieni.
Garbaczewski w swym spektaklu lekko i dowcipnie oddaje świat „Chłopów”. Aktorzy grają chłopskie postaci niemal w kabaretowy sposób, jednak humor zasadza się tu na gorzkiej, a nie pogodnej ironii. Spektakl jest zanurzony w etnografii, w symbolice obrazów polskiej wsi – niezależnie jaką miarę czasową doń przyłożyć. Chyba gorzej jest z warstwą słowną tej inscenizacji.

Długa i posępna narracja lektora

Sztukę zaczyna rodzaj prologu, w którym publiczność słyszy ponurą historię o powolnej destrukcji przyrody, ludzi i świata. Półgodzinna narracja jest tłem, w którym jakieś białe indywidua bez twarzy (w trykotach naciągniętych na głowy) hulają po scenie. Aktorzy miotają się w różnych konfiguracjach, układach tanecznych i figlach. Co ciekawe, wielu widzom kojarzą się… z plemnikami wypuszczonymi gdzieś na wolność – sugerują to kostiumy stworków mające długie rozciągliwe wypustki. Ktoś inny widzi tu nici pajęcze, oplatające rzeczywistość w myśl osobliwej choreografii. A może to UFO-ludki… Albo też neurony tworzące połączenia w ramach wielkiego mózgu – jak sugeruje pewien psycholog z widowni. Owe białe stworki długo zajmują scenę, tworząc rozmaite sieci. Czynią tym samym duży zamęt w głowach odbiorców.
Akcja, pełna chaosu, dzieje się w kilku punktach wielkiej sceny i trudno za nią nadążyć. Koresponduje to z katastroficzną wizją przyrody, będącej tu stale w fazie jesiennego schyłku. Druga część narracji to już jakiś sado-masochistyczny opis zniszczeń dogorywającej natury, wręcz analiza molekularna rozkładu i tak martwej tkanki. Ponadto rozszarpują ją strzygi i upiory… Ten turpistyczny obraz apokalipsy w środowisku przyrody trwa i trwa. Doprawdy trudno przypomnieć sobie takie opisy z lektury Reymonta (a może wypiera je umysł), zatem „bełkot” ten idzie na karb śmiałej adaptacji powieści, wręcz konfabulacji adaptorów. Ludzie na widowni wzdychają raz ze zmęczenia, raz z empatycznego zaangażowania, bo chyba wszystkim wydaje się to złowieszcze.
Z takiego tła wynurza się oto wieś Lipce albo i cała ludowa obyczajowość, a może i Polska w tej minipróbce? Ponadczasowo.

Satyra na polską wieś?

Następuje długa, wnikliwa analiza tańców ludowych, ale i dworskich, poprzez opis ich kroków, układów rąk, detali stylistycznych. Ilustracja tychże tańców na scenie wypada komicznie. To wprowadza nas w wiejską obrzędowość, która przez dalsze 2 godziny wyznacza przebieg spektaklu.
Reżyser wiedzie teraz widza poprzez sceny – migawki z życia ludu, ukazując jego żywiołowość, przaśne obyczaje, magiczną duchowość i czołobitną religijność. Obraz wsi autor sprowadza do takich właśnie zasadniczych symboli. Mamy tu sprośne zaloty i „końskie” zaloty, naiwność i gusła, ordynarny styl mówienia i zgiełkliwość chłopów, ich awanturnictwo i zawiść.
Symbolem wiodącym zdaje się ich pogarda dla roli umysłu i refleksji, szczególnie bolesna, gdy widzimy jak chłop w swej zagrodzie rąbie siekierą na pieńku książki zamiast drew. To wszystko raczej nie urzeka widza, jednak ściąga światło jupiterów.
Można domniemywać, że ów pożałowania godny status chłopów reżyser usprawiedliwia ich obcowaniem z naturą, ciężka pracą na roli i prymitywizmem życia XIX-wiecznej wsi.
Garbaczewski proponuje nam „spotkanie” z ludem opiewanym w „Chłopach” w zaskakujący sposób: na równi swojski co kompletnie nieoczywisty, odczytany dopiero po premierze tej sztuki.
Spektakl jest sformatowany tak, by jak najgorliwiej spełniał oczekiwania dzisiejszego widza teatru, który nie stroni też od satyry niższej próby, jak choćby tasiemcowe kabaretony TV.
Inscenizacja jest przerysowana, dowcipna i niezwykle celna w wyrażaniu emocji – często hałaśliwie ponad ludzką miarę.

Toż to obecne społeczeństwo

Stary, acz najbogatszy we wsi gospodarz żeni się z tak piękną jak ubogą panną i pierwszą we wsi uwodzicielką. To powoduje, że Maciej Boryna jest obiektem drwin, plotek oraz zawiści, tym bardziej, że Jagna Paczesiówna ma duże poczucie wolności, wręcz swawolności. To daje pole dla satyry Garbaczewskiego. Scena targowania się Jagny przed zamęściem o uczesanie – chce ona oszczędzić warkocz jako akt niezależności – to ponoć aluzja do idei „antyprzemocy” bulwersującej kobiety w obecnym prawodawstwie RP. To także pole do ironii, że warkocz przyda się Borynie… w łóżku?
Akcja staje się mniej żartobliwa, gdy dochodzi do romansu jego syna – Antka z ową młodą żoną. Wszak małżeństwo jego i Hanką z Jagną w tle to fikcja. Naznaczona zdradą Jagna nie ma teraz lekko, choć jest wyemancypowana i krnąbrna do końca. Odpowiedzią jest ostracyzm wiejskich kobiet, które wyganiają ją ze wsi. Jagna srogo płaci więc za swoją postawę: u Reymont wywózką na kupie gnoju, u Garbaczewskiego zrównaniem z ziemią, która ją tu pokrywa.
W głowie zmęczonego już widza to rozpoczyna długie pasmo aluzji i analogii. Ktoś znalazł w Lipcach nawiązanie do prób kontroli życia intymnego kobiet, ktoś widzi tu walkę o ich prawa decydowania o swym ciele bez wtrącania się władz państwa i Kościoła.
Mamy wiele drwiny z rozmodlonej społeczności wiejskiej. Lipiecki ksiądz przechodzi samych misjonarzy w pasji, wręcz furii głoszenia kazań, które właśnie „każą” kmiotkom posłusznym być. Kaznodzieja bierze czynny udział w rządzie dusz.
Ten rząd nie obejmuje jednak „obcych” jakimi są Izraelici w otoczeniu wioski. Krzyk „Żydy, idą Żydy…” roznosi się po scenie i koresponduje z masą owych UFO-ludków pozbawionych twarzy, w swej masie przybierających kształt Gwiazdy Dawida. Lecz czy ktoś w Lipcach analizuje uprzedzenia etniczne?
Społeczność czuje się zastraszana i szantażowana karą boską. Wszystko w Lipcach zdaje się nam teraz dobrze znane. Lokalna ekonomia i zatrudnienie opiera się na przekupstwie i wyzysku człowieka. Realia folwarku rodzą nieufność i tolerują przemoc. Jest tu miejsce na żywioł nienawiści i wojnę wszystkich ze wszystkimi. Czyż to nie jest o nas samych?

A jak się nam podobało?

Z jednej strony to ciekawa i odkrywcza interpretacja Reymontowskiego naturalizmu, entuzjastycznie opiewana w licznych recenzjach. Lecz jak się rzekło, sztuka jest kontrowersyjna. Z drugiej strony, słyszałem komentarze widowni po spektaklu, które podkreślają zbyt krzykliwą formę wypowiedzi aktorów. Podkreśla się nadekspresyjność środków wyrazu, co akurat u tego reżysera nie szokuje. Tak czy siak, sprawia to, że widz po 3 godzinach jest znużony i umęczony ilością dobiegających doń decybeli. Cóż, niektóre formy i zabiegi artystyczne tracą swoją siłę i pozytywną rolę, gdy są nadużywane. – Nudnawe i przydługie recytacje apokaliptycznych opisów natury nie podnoszą poziomu tego przedstawienia, które i tak ma swoją moralizatorską wartość – powiedział po spektaklu znany teatroman.
– Nim dostrzegłam tutaj „Chłopów” miałam skojarzenia z plemnikami w znanej metaforze Woody’ego Allena. Rażą mnie wtręty filozoficzne na poziomie „wykładu dla gospodyń domowych” rodem z dzieł Paulo Coelho – twierdzi pani Edyta, urzędniczka bacznie śledząca lubelskie propozycje teatralne. Jednak jej zdaniem, oraz innych osób zagadniętych po spektaklu, wartość tego oczytania „Chłopów” jest bezsprzeczna, bo od dziś rządzą nami te same społeczne mechanizmy, a i darwinizm społeczny jest podobny. Jedynie ze śmianiem się z nich jest coraz gorzej i trudniej.
Marek Rybołowicz