Cohen w damskim wydaniu

Nowy sezon w Teatrze Starym dał widzom możność porównania dwóch spektakli, których bohaterami są gwiazdy odmiennych nurtów muzyki. To Leonard Cohen i Maria Callas. W obu przypadkach miłośnicy lżejszej formy scenicznej mieli tu pyszną zabawę. Szerzej zatrzymamy się na sylwetce kanadyjskiego poety-barda

Najpierw jednak odnotujmy drugą pozycję w jesiennym repertuarze teatru. Przedstawienie „Maria Callas. Master Class” Teatru Polonia z Warszawy to okazja, by podziwiać, jak Krystyna Janda zmaga się z mitem wielkiej greckiej śpiewaczki o międzynarodowej sławie. Dlaczego wybitna polska aktorka przywołuje ducha divy zmarłej 40 lat temu? Otóż, by przeanalizować i samej zrozumieć co w życiu jest ważniejsze: sfera prywatna czy sztuka. Janda w narrację o „primadonnie stulecia” wpisuje dyskretną opowieść o własnym życiu i aktorstwie. Brawurową rolę Jandy w wielokroć nagradzanym na całym świecie spektaklu można tu było oglądać w dniach 5-7 października. Impresariat pracuje nad jej powrotem spektaklu lubelską na scenę.
Natomiast „Boogie Street” jest własną produkcją Teatru Starego. Spektakl łączy legendę Leonarda Cohena i talent wokalno-aktorski Renaty Przemyk. W rolę bohatera wcielił się Wojciech Leonowicz, lecz cały ciężar pracy poniósł Daniel Wyszogrodzki – dziennikarz muzyczny obdarzony talentem translatorskim. Także Iwona Jera – reżyser.

Cohen, którego widzimy na tej scenie, zaskakuje widzów w każdym wymiarze. To nie jest ów smętny bard w kapeluszu. Cohen ukazany na tle jego „Księgi tęsknoty” (ten tomik poezji stał się inspiracją do powstania spektaklu) jawi się nie tylko jako kultowy piosenkarz i poeta. To także wytrawny kochanek, ale i mnich. To Cohen o duszy mężczyzny, ale i o pierwiastku kobiecym, który obnaża w nim Renata Przemyk – podobnie jak wszystkie inne wymiary. A wszystko to w egzystencjalnej mikrorewii „Boogie Street” granej tu na przełomie września i października. – Na następne jej edycje zapraszamy 8,9,10 lutego 2017 – kusi Agata Usidus z impresariatu.

„Korono dnia, spowita w mrok…”

„…nareszcie ja i ty, całujesz mnie i znikasz stąd – ja wracam znów na Boogie Street… Lecz jak tu żyć na Boogie Street? – rozpoczyna Renata Przemyk, w tym wydaniu będąca seksowną inkarnacją, alterego Leonarda Cohena.
Następuje długi monolog, swoisty raport z życiorysu, zawierający credo życiowe poety. Siedząc na dziecięcej huśtawce zwieszonej z sufitu, zwierzają się: raz muza Cohena, raz on „sam”. Leonowicz na przemian z Przemyk zaskakują widza dialogiem poety… ze swymi myślami. W nich pikanteria burzy hormonów, hulaszczego życia artysty: narkotyki, kochanki, nawet kochankowie… Nie braknie tam zwłaszcza muzyki i kobiet.
W chwili refleksji o przemijaniu śpiew Przemyk zapewnia go: „W raju będzie jednego i drugiego w bród”, tak, jakby Cohen miał trafić do raju mahometan… On sam, choć z polsko-litewskiej rodziny Żydów osiadłej w Kanadzie, nie deklaruje żadnej religii. Jego wyznanie to poezja i subtelna muzyka.

Jednak dość mocno świntuszy w swej liryce erotycznej – nie są to sonety romantyzmu…
Lubelski Cohen (Przemyk-Leonowicza) przypomina postać i temperament Witkacego: ten sam artystyczny nieład w głowie, swawolność myśli, wydumane paralele, odniesienia do odległych skojarzeń. Te skupiają się na podróżach po całym świecie, choć ostatecznie i tak artysta wraca do Montrealu, gdzie się urodził 82 lata temu. Sporo tu obrazów z biografii, wynurzeń – także politycznych na temat komunizmu. Wartki sceniczny „potok” wspomnień ilustrują kolejne utwory śpiewane przez Renatę Przemyk, chyba najlepiej utwory „Babilon” i „Boogie Street” – magiczna ulica w jego głowie, dająca mu zawsze wytchnienie.
Muzyka to magnes spektaklu
Na odrębną uwagę zasługuje kwartet pod kierunkiem Piotra Selima. Zespół ambitnie interpretuje mniej znane piosenki Cohena, których aranżacje opracował Krzysztof Herdzin.
Do przedstawienia wybrano utwory opisujące raczej filozofię tego poety niż wielbione nad Wisłą jego przeboje. Może i nieco zawiedzeni byli widzowie, że nie zabrzmiał tu „Walc”, „Dance me” ani nawet „Słynny niebieski prochowiec”. Ale po spektaklu wychodzili w zachwycie: poznali Cohena jako faceta z krwi i kości, ale i uduchowionego filozofa, niezwykłą osobowość.

– Nie przypuszczałam, że jest aż tak pogmatwany. Ma głębokie, bardzo intymne przemyślenia, targają nim różne tęsknoty, silne emocje… Widać, że w duchu zmaga się z obsesjami, nałogami. I potrafi zainteresować ludzi na całym świecie, śpiewając o tym. No ale jakim magicznym głosem – kwituje jedna z dam zasiadających w loży „Starego”.
Spektakl, i intrygujące kreacje sprawiają, że chce się poznać artystę bardziej, bliżej. W Polsce Leonard Cohen zyskał dużo większą popularność niż w innych krajach. Lecz czy naprawdę go znamy?
Suplementem spektaklu było spotkanie w ramach cyklu „Bitwa o Kulturę” (w tejże sali, 4 października). Wyszogrodzki, tłumacz kanadyjskiego barda, wzmocnił tu ów inny obraz Cohena niż ten powszechnie odbieramy w Polsce.
„Boogie Street” warto zobaczyć w kontekście przyznanej ostatnio literackiej Nagrody Nobla, którą otrzymał Bob Dylan. Równie dobrze laureatem mógłby zostać Leonard Cohen. W spektaklu jego śpiewu co prawda nie słyszymy, lecz poznajemy credo artysty, które brzmi z lubelskiej sceny nie mniej filozoficznie, multikulturowo i pacyfistycznie jak Dylanowskie. W dodatku Cohen wyraża je bez porównania lepszym głosem, który i tak wszyscy mamy w pamięci.
Marek Rybołowicz