Czy wózek inwalidzki uchroni go przed dożywociem?

Wybuch całkowicie zniszczył sklep przy ul. Kleeberga

Andrzej R. (54 l.) jest podejrzany o to, że najpierw zamordował żonę, potem zabarykadował się w swoim sklepie, a kiedy przyszli po niego policjanci, odkręcił butlę z gazem i wzniecił ogień, powodując wybuch. Od zabójstwa i potężnej eksplozji w pasażu na Kalinowszczyźnie mija już 6 lat. Dopiero teraz oskarżony o potworną zbrodnię sklepikarz stanął przed sądem.


Mężczyzna w wyniku wybuchu został ciężko ranny. Przez wiele miesięcy znajdował się w śpiączce farmakologicznej i jego życie wisiało na włosku. Miał poparzone 90 proc. powierzchni ciała. Teraz porusza się na wózku inwalidzkim. Dopiero niedawno lekarze uznali, że jego stan zdrowia pozwala już na udział w procesie, który rozpoczął się w miniony poniedziałek przed Sądem Okręgowym w Lublinie.

Andrzej R. do zabójstwa się nie przyznaje. W śledztwie zeznał, że do jego mieszkania przy ul. Kunickiego wtargnęli bandyci. To oni mieli zabić jego żonę. – Byłem wtedy pijany. Kiedy się ocknąłem, dwóch typów w kominiarkach groziło, że zabiją jeszcze mojego kota – tłumaczył prokuratorom.

Żona oskarżonego – Małgorzata R. (45 l.), została uduszona prawdopodobnie paskiem od szlafroka. Rodzina przez kilka dni nie mogła się z nią skontaktować. Pytany o nią mąż udawał, że nic nie wie. Bliscy przeczuwali, że stało się coś złego, dlatego poprosili policjantów, aby weszli do mieszkania. W środku znaleziono rozkładające się już ciało kobiety.

Andrzej R., kiedy już wiedział, że zbrodnia wyszła na jaw i szuka go policja, zaplanował spektakularny zamach na własne życie. Zabarykadował się w swoim sklepiku spożywczym przy ul. Kleeberga i obstawił czterema butlami z gazem. Mężczyzna ostrzegał stróżów prawa, aby się nie zbliżali. Najpierw wymachiwał nożem, potem stwierdził, że za chwilę wszystko wyleci w powietrze. Policjanci natychmiast wezwali posiłki. Wokół rozchodził się coraz bardziej intensywny zapach gazu. Policyjny negocjator próbował przekonać desperata, aby ten nie robił głupstw i nie wyrządzał sobie ani nikomu krzywdy, ale do Andrzeja R. nie trafiały żadne argumenty. Nagle błysnęła iskra w zapalniczce i doszło do potężnego wybuchu. Eksplozja zamieniła sklepik w pasażu w stertę gruzu. Rozpadły się ściany i zawalił dach. Wokół, niczym pociski, fruwały ostre odłamki szkła. Oprócz desperata rannych zostało dwóch policjantów.

Teraz oskarżony tłumaczy, że chciał się zabić, bo nieznani sprawcy mieli nachodzić go w sklepie i czuł się zastraszony.

Andrzej R. to człowiek o dwóch obliczach. Dla swoich klientów był zawsze otwarty i serdeczny. Mieszkańcy go lubili i nawet zgłosili do konkursu na najlepszego osiedlowego sprzedawcę. Przed ludźmi potrafił udawać troskliwego męża i dobrego ojca. W domu mężczyzna miał jednak zupełnie inne oblicze. Sięgał po alkohol, a po nim stawał się porywczy. Byle błahostka sprawiała, że wpadał w złość i wyżywał się na domownikach. Dla jego bliskich sytuacja stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. Poróżniony z ojcem 23-letni syn, postanowił wyprowadzić się do dziadków pod Lublinem. Małgorzata, która zawsze stawała w obronie swojego dziecka, nie potrafiła dłużej ukrywać przed sąsiadami, że przeżywa domowy koszmar.

Sytuację zaogniały długi, w które mężczyzna wpędził swoją rodzinę. Wcześniej małżeństwu świetnie się powodziło. Mieli smykałkę do interesów. Prowadzili kilka drobnych biznesów, na przykład sklep z garmażerką w Krasnymstawie, gdzie wcześniej mieszkali. Dopiero dwa lata przed tragedią przeprowadzili się do Lublina, do kamienicy przy ul. Kunickiego, którą dostali w spadku.
Andrzejowi R. grozi teraz dożywotnie więzienie. LL