Dogorywają z insektami

Nie żyje kolejna lokatorka jednego z mieszań socjalnych przy Fabrycznej 4. 63-letnia kobieta została zabrana przez ratowników z lokum pełnego śmieci, odchodów i insektów. Była nieprzytomna, w stanie skrajnego wyniszczenia organizmu. W mieszkaniu został jej mąż. Nie pozwala przeprowadzić dezynfekcji, nie chce pomocy.

Wracamy do tematu koszmaru z ulicy Fabrycznej. Dwa tygodnie temu pisaliśmy o gehennie, którą przeżywają ludzie ulokowani w tamtejszych mieszkaniach socjalnych. W jednym budynku żyje tam ponad 40 lokatorów. Wśród nich są tacy, którzy całymi dniami piją. Doprowadzili siebie i przy okazji lokum otrzymane od miasta do stanu, który ciężko sobie wyobrazić. To siedlisko brudu i robactwa.

– Karaluchy, prusaki i wszy. To wszystko mamy tuż za ścianą – opowiadała nam jedna z lokatorek. Opisała zdarzenie z 4 kwietnia: – Przyjechała policja. Okazało się, że nie żyje jeden z sąsiadów. Pierwszy drzwi do jego pokoju otworzył technik policji, po czym wyleciał stamtąd jak z procy. Chwilę później zjawiła się pani prokurator i powiedziała, że nie ma mowy, aby tam weszła. Smród był nie do wytrzymania, a po całym pomieszczeniu skakały wszy – relacjonowała.

22 kwietnia przy Fabrycznej 4 znów zjawiły się służby. Tym razem pogotowie ratunkowe. Z jednego z mieszkań zabrano 63-letnią kobietę. Była nieprzytomna, w stanie skrajnego wyniszczenia organizmu i potwornie zaniedbana. Zmarła w szpitalu.
W mieszkaniu, które tak naprawdę jest jednym pokojem, pozostał jej mąż. Skierowano do niego pracownicę z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie.

– Zastała go raczącego się alkoholem z kolegami. Nie wyraził zgody na żadną pomoc – mówi Dorota Liczpuk, kierownik działu świadczeń pomocy środowiskowej w MOPR.
Niestety, mężczyzna ma takie prawo. Nie jest podopiecznym ośrodka, więc nie musi być pod stałym nadzorem pracownika socjalnego.

Ręce rozkłada też Przedsiębiorstwo Usług Mieszkaniowych, które zarządza budynkiem. Jego prezes, Marian Tywoniuk, twierdzi, że rozumie pozostałych, którym przyszło żyć w uciążliwym sąsiedztwie. – Rozwiązanie nie jest jednak takie proste. Eksmisję takich osób można przeprowadzić tylko i wyłącznie na podstawie wyroku sądu – mówił nam przed dwoma tygodniami.

A pozostali lokatorzy są zrozpaczeni: – Robi się gorąco i z tego smrodu już się nie da wytrzymać. A będzie jeszcze gorzej. Każde przejście korytarzem może skutkować złapaniem wszy. My już naprawdę nie mamy na to siły. Te robale śnią się nam w koszmarach. Tak się nie da żyć – mówią.
Mieszkańcy o pomoc poprosili Agatę Fisz, prezydent Chełma. Mają się z nią spotkać 8 maja. (mg)