Epoka fachowych… idiotów

Humanistyka jest niedoceniana, marginalizowana. Także w kwestiach finansowania badań zdecydowanie przegrywa z techniką i ważnymi dziś zagadnieniami innowacyjności. Zapytany o te kwestie prof. Ryszard Zajączkowski z Katedry Teorii Kultury i Sztuki KUL wyjaśnia, dlaczego jednak lekceważenie humanistyki jest ślepą uliczką.

* Słyszałam na przestrzeni kilku lat, że tak naprawdę humanistyka nie jest nauką…
– To jest duży temat. Źródła tego myślenia sięgają XVI wieku, kiedy nastąpił, w Europie chociażby, odwrót od klasycznie rozumianej wiedzy. Wcześniej nauka to była kontemplacja rzeczywistości, poznawanie prawdy o tej rzeczywistości, aby dostosować się do niej, aby według tej rzeczywistości działać. Tak rozumieli naukę starożytni Grecy.

* Co się więc stało ?
– Nastąpił odwrót od tego. Mianowicie w XVI wieku pojawiła się koncepcja nauki, według której naukowe jest wyłącznie to, co da się wykorzystać; co daje się przełożyć na konkretne korzyści materialne.

* I wygląda na to, że ta koncepcja bardzo mocno się utrwaliła?
– Oczywiście, że tak. Dziedziczymy dzisiaj tradycję pozytywistyczną, która bardzo mocno podkreślała, że do nauki wlicza się wyłącznie nauki ścisłe tudzież niektóre nauki społeczne. Nie było tu miejsca na filozofię i teologię. Na zasadzie arbitralnej odcięto różne gałęzie wiedzy, uznając je za nienaukowe.

*Dlaczego do tego doszło?
– Myślę, że to ma jeszcze głębsze przyczyny ideologiczne. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby nie kształtować tożsamości narodowej. Ktoś, kto nie będzie znał historii własnego kraju, nie będzie się czuł obywatelem tego kraju. Nie będzie się czuł związany ze swoją ziemią, językiem, tradycją. Będzie po prostu kosmopolitycznym pracownikiem, któremu wszędzie dobrze tam, gdzie się go postawi, byleby dobrze zarobił.

*Więc popularyzuje się poglądy, że humanistyka jest niepotrzebna?
– Powodów można by wyliczyć kilka. Sądzę, że główny jest taki, by kształtować nowy typ człowieka: człowieka, który nie zadaje pytań fundamentalnych, który nie zastanawia się nad swoją ludzką kondycją, nie stawia pytań o cel swojego życia; o przyczynę świata. To są ważne filozoficzne pytania, na które człowiek w jakiś sposób powinien sobie odpowiedzieć, a przynajmniej powinny go niepokoić. Natomiast ten model kształcenia, który się obecnie lansuje, polega na tym, żeby stworzyć kategorię ludzi, którzy będą przede wszystkim wykonawcami pewnych prostych czynności. Będą fachowymi robotnikami. Niemcy znaleźli określenie na ten typ ludzi, mianowicie nazywają ich „Fachidioten”. Myślę, że nie trzeba dużo tłumaczyć, co to znaczy. Są to ludzie, którzy osiągnęli sprawność w określonej dziedzinie zawodowej. Nawet wysoką sprawność i to w takich dziedzinach, które liczą się społecznie, ale nie mają poza tym orientacji w wielu innych podstawowych kwestiach.

* Rozumiem, że mogą to być nawet pracownicy uniwersyteccy?
– Oczywiście, że tak. To mogą być wysoko wyspecjalizowani profesorowie, lekarze, prawnicy, informatycy, itd. Ludzie skądinąd potrzebni, dobrze opłacani, którzy – nie bójmy się użyć tego słowa za Niemcami – są głupi. Głupota ich polega na tym, że oni nie rozumieją rzeczywistości, mechanizmów, które rządzą tą rzeczywistością. Oni potrafią tylko wykonać pewne czynności zawodowe, w wąskim – notabene – zakresie – i wziąć za to pieniądze. Mogą cieszyć się tym, że wykonuję pewną pracę, za którą są dobrze opłacani, i na tym koniec. Inne dziedziny życia społecznego, inne obszary rzeczywistości często ignorują. Zachowują się zupełnie infantylnie.

* Więc rysuje się ważny postulat: ratujmy humanistykę!
– W gruncie rzeczy chodzi o to, by w tych trudnych czasach, których wszyscy doświadczamy, znaleźć jakiś sposób na to, żeby nauka – zwłaszcza humanistyka – nie była w jeszcze gorszym położeniu.

* Pan Profesor jest inicjatorem Stowarzyszenia Inicjatyw Naukowych, które wspiera działania w zakresie nauk humanistycznych. Z jakich konkretnych powodów uznał Pan wsparcie humanistyki za konieczne?
– Gdy po habilitacji otrzymałem Katedrę Teorii Kultury i Sztuki, przekonałem się, że prowadzenie samodzielnej działalności naukowej wymaga szczególnej dbałości o wymiar materialny. Przeszkody finansowe pojawiają się nieustannie. Komplikują m.in. proces wydawania książek z konferencji naukowych. Przykładem jest konferencja „Kulturowy wymiar twórczości Romana Brandstaettera” z 2012 r., po której dość szybko napłynęły referaty od prelegentów. Mimo to okazało się, że bardzo trudno zdobyć pieniądze na wydanie książki; pieniądze skądinąd niewielkie…

* Co to znaczy „niewielkie”?
– To znaczy około 4 tysiące złotych. Ministerstwo parę lat temu wycofało się zupełnie z dofinansowywania publikacji naukowych. Nie można było stamtąd uzyskać dofinansowania nawet na publikację materiałów po konferencji z 2013 r. o twórczości Norwida. Była ona też organizowana przeze mnie, cieszyła się zainteresowaniem i zgromadziła wielu uczestników z kraju i zagranicy. Ale książka z tej konferencji, bardzo ważna, mająca zawierać sporo ilustracji, rysunków i akwafort Norwida nie mogła ukazać się przez 3 lata. Szukałem sponsorów nawet… w Londynie. Brałem pod uwagę, że jeśli zabraknie niewielkiej kwoty, wtedy – żeby sprawę zamknąć i wyjść z honorem – dołożę brakujące środki z własnej kieszeni…

* Czyli wspomniane Stowarzyszenie ma być antidotum na takie sytuacje?
– Chcemy przeciwdziałać nieustannym brakom finansowym na podstawowe działania w dziedzinie nauki. Zwłaszcza w humanistyce.

*Ale same finanse to obecnie nie jedyny problem humanistyki
– Dzisiaj, zwłaszcza w Europie, jest taki trend, żeby badania nauk humanistycznych spychać na margines. Liczy się to, co da się łatwo zużytkować, co będzie innowacyjne w dziedzinie technicznej. Natomiast nie ma znaczenia to, co kształtuje człowieka. Tymczasem to człowiek powinien być celem wszystkich działań, również techniki. Technika jest o tyle sensowna, że służy poprawie bytu człowieka; całej jego humanitas. Jeśli to się zaniedba, wówczas powstaje pytanie o cały sens nauki i tego, co my robimy w uniwersytetach?

* Panie Profesorze, czy jako przedstawiciel Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego może Pan się pokusić o odpowiedź: jakie mogą być skutki marginalizacji humanistyki?
– Trochę zabawię się tutaj w proroka. Mógłbym powiedzieć, że za lat dwadzieścia, trzydzieści, a na pewno jeszcze trochę dalej, skutkiem będzie coraz większa, postępująca barbaryzacja kultury. Kultura stanie się antykulturą, bo twórcą kultury jest człowiek odpowiednio ukształtowany: który rozumie rzeczywistość, potrafi ją oceniać, potrafi korzystać z tego, co oferuje mu świat. Z chwilą, kiedy ten człowiek będzie miał zachwianą hierarchię wartości, będzie dokonywał złych wyborów. Świat stanie się nieludzki. Rzeczywistość wokół nas będzie pozbawiona tego, o co najbardziej chodzi czyli wartości, które służą człowiekowi i sprawiają, że on dobrze się czuje. Chodzi o takie podstawowe wartości, jak dobroć, miłość, czułość. To jest zupełnie zaniedbane. W tej chwili zwraca się uwagę, żebyśmy mieli coraz lepszy sprzęt komputerowy, jeździli lepszymi samochodami, ewentualnie po lepszych drogach, co oczywiście jest potrzebne, ale jeśli w tym wszystkim zagubimy samych siebie i staniemy się nieludzcy, no to powtórzy się sytuacja, którą mieliśmy w czasie II wojny światowej, że skądinąd stojący na bardzo wysokim etapie rozwoju cywilizacyjnego naród stał się nieludzki wobec swoich sąsiadów. Próbował ich eksterminować. Nie wiemy, jak potoczy się historia. Mam nadzieje, że moje prognozy się nie sprawdzą. Problem polega jednak na tym, że ludzie, którzy nie są dojrzali w swoim człowieczeństwie, stanowią zagrożenie dla innych ludzi.

* Dziękuję za rozmowę.
Monika Skarżyńska