Gdzie jest granica głupoty?

Na pierwszy ogień poszły drzewa. Potem była masakra w Puszczy Białowieskiej, teraz resort rolnictwa funduje nam kolejną „perełkę”, czyli budowę najdłuższego ogrodzenia w historii kraju, które ma zapobiec szerzeniu się wirusa ASF. Eksperci na projekcie nie zostawiają suchej nitki i jednogłośnie krytykują jego skuteczność. I trudno im się dziwić, bo idea jest bardzo mocno nieprzemyślana.

Wszyscy podają koszty i to, jak płot będzie wyglądał. My zagłębiliśmy się w szczegółowy projekt tej inwestycji. Wnioski po tej lekturze są zatrważające i prawie nikt nie zdaje sobie z nich sprawy. A z grubsza wyglądać to ma tak: siatka o wysokości 2 metrów będzie rozciągnięta na drewnianych słupkach rozmieszczonych co 2 metry. Do przekraczania bariery będą wyznaczone bramy i furtki. Bramy muszą być rozmieszczone w odstępach nie większych niż 5 km, zaś furtki co 2 km. Każdy lewy dopływ Bugu, a więc na naszym terenie np. Włodawka, czy Uherka również będą ogrodzone. Po obu brzegach tych rzek, począwszy od ujścia stanie identyczna siatka, która sięgnie pół kilometra w górę (tu bram żadnych nie będzie). Takie ogrodzenie bardzo mocno utrudni (jeśli nie uniemożliwi) wędkowanie na jednych z najbardziej atrakcyjnych odcinkach tych rzek.
Oddzielną rzeczą jest skuteczność i trwałość tej konstrukcji. Nie trzeba być wielkim znawcą, by wiedzieć, że zwykła leśna siatka nie zatrzyma dzika, jeśli ten koniecznie zechce ją sforsować. Nie wiadomo, którędy dokładnie „pobiegnie” ogrodzenie, ale jak by nie było, na długim odcinku granicy będzie ono stało na terenach zalewowych. Jeśli dodamy do tego płynący lód, śmieci i wszechobecne tu bobry, wielkie fragmenty tej konstrukcji spłyną wraz z pierwszym wylewem. Do tego doliczyć trzeba działania bardzo aktywnych na granicy polsko-ukraińskiej przemytników. Nie ma co liczyć, że będą oni grzecznie korzystać z bram i furtek, by nie narażać kraju na migrację chorych dzików z Ukrainy. Reasumując, budowa takiej zapory może i sprawdzi się na lądowej granicy, ale na Bugu nie ma na to najmniejszych szans. Miejmy zatem nadzieję, że pomysłodawcy tego projektu w porę pójdą po rozum do głowy i się zreflektują, nim w błoto (i to dosłownie) wyrzuci się setki milionów złotych.
Na koniec kwestia najbardziej irytująca. Przy tak wielkiej skali inwestycji i jej ingerencji w środowisko naturalne (chociażby „Natura 2000”) zabrakło najmniejszych choćby konsultacji społecznych. Nie zapytano o zdanie ludzi, których najbardziej projekt dotknie, a więc wędkarzy, rolników i mieszkańców nadbużańskich miejscowości. Nie zasięgnięto opinii samorządowców, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym, jakim „dobrodziejstwem” planuje się ich obdarzyć. Nikt nic nie wie i pozostaje tylko mieć nadzieję, że projekt zostanie odrzucony. (bm)