Gen społecznictwa w zaniku

Wybory do rad lubelskich dzielnic odbędą się w niedzielę 10 marca

– Nie pracujemy dla pieniędzy – mówią najbardziej znani aktywiści z 27 lubelskich dzielnic. I może właśnie z tego względu tak niewielu kandydatów zgłosiło się do wyborów rad kolejnej kadencji, które odbędą się 10 marca?


Rady dzielnic zajmują się m.in. „wyrażaniem opinii wobec organów miasta”, „wnioskowaniem we wszystkich sprawach mających istne znaczenie dla dzielnicy” czy współpracą z miejskimi radnymi. Każda rada ma też do dyspozycji rezerwę celową, wynoszącą 129 tysięcy złotych. Jest przeznaczana na realizację niewielkich inwestycji.

Najbliższe wybory do rad dzielnic odbędą się w niedzielę 10 marca. Przyjmowanie zgłoszeń kandydatów miało się zakończyć w piątek 8 lutego, ale urzędnicy postanowili je wydłużyć ze względu na niewystarczającą liczbę chętnych. Brakowało kandydatów w szesnastu obwodach, mieszczących się w dzielnicach: Czechów Południowy, Czechów Północny, Czuby Północne, Hajdów-Zadębie, Kalinowszczyzna, Rury, Ponikwoda, Tatary, Węglin Południowy, Wrotków i Za Cukrownią. Zapisy zostały przedłużone do piątku, 15 lutego. Ostateczną listę kandydatów powinniśmy poznać na początku tego tygodnia.

Zasiadanie w radzie dzielnicy nie wiąże się z korzyściami finansowymi. Dietę pobiera tylko przewodniczący zarządu. Obecnie wynosi ona 2 250 złotych brutto, czyli stanowi równowartość najniższej krajowej. – Do rady nie idzie się dla pieniędzy, gdyż prawdopodobieństwo, że zostanie się wybranym na przewodniczącego zarządu dzielnicy, jest stosunkowo niewielkie. Ze swojej diety pokrywam m.in. koszty kupowania nagród na festyny czy drukowania kilku tysięcy ulotek dla mieszkańców. Pracy jest sporo, np. kilka razy w tygodniu jeżdżę do Zarządu Dróg i Mostów, gdzie ustalam różne kwestie – mówi Tomasz Makarczuk, przewodniczący zarządu dzielnicy Wieniawa, gdzie marcowe wybory się nie odbędą, gdyż do rady zgłosiło się dokładnie tylu kandydatów, ile jest miejsc do obsadzenia. Makarczuk uważa, że lubelskie społeczeństwo stało się „mniej obywatelskie”. – Kiedyś było więcej społeczników.

Teraz ludzie pozamykali się w domach, żyją tylko prywatnymi sprawami – komentuje. – A może poszli po rozum do głowy? Po 1989 roku wyśmiewano bycie społecznikiem, więc dlaczego mamy oczekiwać od współobywateli, że bezinteresownie zaangażują się w pracę na rzecz dobra wspólnego? – zastanawia się pani Joanna, nasza czytelniczka, mieszkanka lubelskich Czubów.

Zdaniem Józefa Nowomińskiego, przewodniczącego rady dzielnicy Tatary, trudno jest jednoznacznie określić przyczynę tego zjawiska. – Mam wrażenie, że zaangażowanie ludzi w życie dzielnicy ma „charakter sezonowy”. Gdy wokół nich dzieje się coś bulwersującego, wówczas się uaktywniają, a gdy problem mija, ich społeczna aktywność maleje – zauważył. Nowomiński uważa również, że brak diety zniechęca do zasiadania w radzie.

– Myślę, że gdyby jej każdy członek pobierał co miesiąc np. 300 złotych, wówczas chętnych byłoby znacznie więcej – dodaje. W radach zasiada, w zależności od wielkości dzielnicy, od 15 do 21 osób. Adam Osiński, miejski radny klubu Krzysztofa Żuka, a do niedawna przewodniczący zarządu dzielnicy Kalinowszczyzna, uważa, że rady mają zbyt wielu członków. – Gdyby ograniczyć ich skład, wówczas można by wprowadzić symboliczną dietę dla każdego radnego – mówi.

Jak problem postrzegają eksperci? – Niskie zainteresowanie wyborami do rad dzielnic ma kilka przyczyn. Rady dzielnic mają małe kompetencje, zazwyczaj jest to wydawanie niewiążących opinii. Dysponują także ograniczonymi środkami finansowymi. Z tego też powodu realny wpływ radnych dzielnic jest ograniczony i jeżeli ktoś naprawdę chce coś zrobić dla najbliższego otoczenia, nie będzie w stanie zrealizować swoich zamierzeń – komentuje doktor Wojciech Maguś, adiunkt pracujący w Zakładzie Dziennikarstwa na Wydziale Politologii UMCS. Dr Maguś uważa, że przyczyn jest więcej.

– Istotnym mankamentem jest brak wynagrodzenia za pracę w radzie dzielnicy. Tylko przewodniczący otrzymuje wynagrodzenie, co negatywnie wpływa na morale pozostałych członków. Zniechęca też do kandydowania. Ostatnim elementem może być duża polaryzacja polityczna na poziomie krajowym. Ostry spór między zawodowymi politykami może wpływać na obniżenie poziomu zaangażowania się aktywistów lokalnych – dodaje.

Warto jednak zauważyć, że zasiadanie w radzie dzielnicy może być „odskocznią” w wyborach do rady miasta. Obecnie, poza wspomnianym Adamem Osińskim, zasiada w niej kilku dawnych radnych dzielnicowych. Monika Kwiatkowska z klubu Krzysztofa Żuka była przewodniczącą zarządu dzielnicy Rury. Marcin Bubicz, klubowy kolega Kwiatkowskiej, pełnił funkcję wiceprzewodniczącego rady dzielnicy Czechów Północny. Z kolei Radosław Skrzetuski z Prawa i Sprawiedliwości zasiadał w radzie dzielnicy Czuby Południowe.

Grzegorz Rekiel