Inne muzykowanie atrakcyjne jak zawsze

Na Innych Brzmieniach publiczność jak zwykle bawiła się doskonale

Na 4 dni (28 czerwca-1 lipca) zamkowe błonia zmieniły się w kombinat alternatywnej sztuki. Lublinianie mieli tu ciekawą ofertę kulturalną odstającą od dość banalnych form spędzania czasu w mieście. Festiwal „Wschód Kultury – Inne Brzmienia” zdominowała świetna muzyka, choć były tu także wartościowe zajęcia dla dzieci, spotkania, wystawy.


Już w czwartkowy wieczór na małej scenie w namiocie wystąpiło kilka mniej znanych, choć barwnych zespołów: artyści z Australii, Turcji, Tunezji i Francji. Muzyczny piątek rozpoczął tamże Sinoptik z Ukrainy – trio ma skromne, rockowe instrumentarium, a anglojęzyczne teksty śpiewa Dima, frontman grupy. Przypominali brzmienie współczesnych grup w rodzaju Queens of the Stone Age, ale też klasykę rocka i psychodeliczne brzmienie Pink Floyd czy Led Zeppelin. Świetny występ.

Prawdziwym wydarzeniem (już na wielkiej scenie) był występ tureckiego zespołu Baba Zula. Czterej muzycy podbili widownię swym ethno-show w warstwie dźwiękowej i wizualnej (niezwykłe środki wyrazu, elektryczne ludowe instrumenty, nawet drewniane łyżki jako perkusjonalia i barwne kostiumy artystów). Transowy rytm stanowił tu bazę dla rdzennej muzyki folk, hipnotyzowały psychodeliczne riffy gitar lat 60-70. Tak pyszne dźwięki wprawiły w spontaniczny ruch biodra wielu słuchaczek pod sceną – bo to naprawdę dobre wibracje. – Występ Turków zasługiwał na znacznie szerszą widownię niż ok. 300 osób – wyznał nam zauroczony dr Ryszard Białek z Wyższej Szkoły Ekonomii i Innowacji. – Tylko dlaczego nie widać tu moich studentów? Chyba nie słuchają disco-polo?

Za chwilę wystąpił jeden z tytanów polskiej muzyki niezależnej ostatnich 40 lat – Lech Janerka – wokalista, basista, autor kultowych tekstów. Przypomniał cały przekrój swojego repertuaru z przewagą działalności solowej – z przełomowej płyty „Historia podwodna”. Jego powrót do Lublina był świetną okazją, by usłyszeć tę niepokorną legendę na żywo, w piosenkach dla dojrzałych fanów, jak i dla młodej widowni. Niezapomniane odczucia pozostawi charakterystyczne brzmienie wiolonczeli, na której gra do dziś Bożena Janerka.

Atrakcją wieczoru byli George Clinton i jego Parliament Funkadelic z USA. Sędziwy już multiinstrumentalista, wokalista, prekursor funk wystąpił u nas z 25-osobową ekipą. Wszyscy to Afroamerykanie, w tym: big-band, śpiewacy i gibkie tancerki – cały wagon muzycznego dynamitu na jedynym koncercie w Polsce! Nie powstydziłby się go sam James Brown czy Sly and the Family Stone. Owe gęste rytmy funk grane w Lublinie pochodzą z kilku złotych i platynowych albumów Clintona. Słuchaczy ujęły jego liczne interakcje z tańczącymi pod sceną, przez co koncert trwał blisko godzinę dłużej niż planowano.

Jedynie te dwa popisy miały pełną, kilkutysięczną widownię. Na koniec wieczoru już po północy OY Sound System – fuzja ambitnej muzyki tanecznej, dubu, hip-hopu, ambient oraz synth wave, a więc wszystkiego, co „kręci” niezależną scenę klubową – duet wprost z Ukrainy.

Sobotnie inne muzykowanie

…przebiegało pod znakiem estradowej rebelii. Jako aperitiff – na małej scenie – zagrało lekko tylko zbuntowane, nieco metalowe, post-rockowe trio Alinda (Ukraina). Ta muzyka naszych wschodnich sąsiadów idealnie mieści się w formule festiwalu.

Na dużej estradzie usłyszeliśmy polsko-duński konglomerat Afenginn & Bastarda. To premiera i specjalna produkcja tegorocznego festiwalu WK-IB. Sekstet Afenginn z Kopenhagi jest dziś bodaj najciekawszą w całej Skandynawii grupą z pogranicza folku, rocka oraz muzyki klasycznej, z nawiązaniem do baroku. Bastarda to trio w składzie: Paweł Szamburski, Michał Górczyński i Tomasz Pokrzywiński sięgające nawet po muzykę średniowieczną. Dali szeroki przekrój muzyki kontemplacyjnej, tajemniczej, miejscami o zmiennym metrum, żywiołowej bodaj po łacinie…

Zachwycony tym przejawem buntu w klasyce był m.in. Jacek Świłło, saksofonista aż z Wrocławia. – Widzę w tym zespole podobieństwo do fenomenu Jethro Tull – mówi. Przy okazji podkreślali też swoją fascynację Lublinem.

Tytuł następnego koncertu „Songs of protest – Follow The Rabbit Orchestra” jawił się bardzo tajemniczo do czasu, gdy na scenę wyszli Ola Rzepka (zespół Drekoty) i dowodzony przez nią 10-osobowy band do tego świetne wokalistki: Gaba Kulka, Natalia Pikuła i Marsija Loco. Zabrzmiały całkiem „inne brzmienia” z różnych stron globu i kilku epok – znane pieśni i piosenki – jako wyraz buntu artystów sceny, muzyczne odbicie przełomów w dziejach świata, to m.in. „Little Boxes” (Pete Seeger), „Born Free” (Kid Rock), „The Ministry of Defence” (PJ Harvey), „White Rabbit” (Jefferson Airplane) i oczywiście „Duchowa rewolucja” (Izrael).

I znowu było zbyt mało widzów jak na pyszną, refleksyjną zabawę „Lublin 1918-2018. Inspiruje nas wolność”, czyli specjalny projekt muzyczny złożony z protest songów.

Przed północą istna burza

…ostre grzmoty i błyski pod lubelskim zamkiem. Wielka scena wybucha tu ciężkim łoskotem, jarzy się od laserów i stroboskopów. Na niej Atari Teenage Riot. Skąd ta osobliwa nazwa? Trio elektro-muzyków z Berlina cechuje wczesnokomputerowa stylistyka. W ich nazwie „riot” na równi znaczy: „orgia” i „bunt”. W latach 90. był to zespół o statusie underground. Słyszymy zatem orgię zbuntowanych wibracji, ciało słuchacza staje się tu membraną. Atari gra coś, co 3 dekady temu generowały nastolatki na pierwszych komputerach – zimne, cybernetyczne nutki. Że też taki stan trwa do dziś, nawet po 10 latach przerwy w działalności? Bo teraz podbija je potężny bas. Epatują raczej skalą dźwięku i (w formie gigantycznego telebimu) świetlnym show, niż wartością muzyczną utworów. Ich machina nadrabia te braki siłą decybeli swej produkcji.

Wokół sceny ok. 300 osób, a i te powoli migrują w cichsze okolice błoni. Lecz dla stylu noise płynącego z Atari to nie problem – ich muzykę słucha teraz cały Lublin! Okazuje się, że w restauracji Hades-Szeroka przy Grodzkiej drżą szklanki w kredensach. – Taka „kąpiel” w megawibracjach nie jest ani piękna ani zdrowa – mówi Lech Cwalina, jej właściciel. Oj, nie ta muzyka łagodzi obyczaje – ot, ekstremalne przeżycie dla garstki jej zwolenników.

Gdy wracamy, wrażenie łomotu zmywa na szczęście fala muzyki oferowanej przez męski duet Super Besse (Białoruś): jeden dynamiczny, kicający z gitarą, drugi spokojny, zakapturzony cybermuzyk. Mińscy artyści – zafascynowani stylistyką Joy Division i New Order – grają podobne akordy śpiewane po białorusku. To także ciężkie, elektroniczne brzmienie lecz już nie tak destrukcyjne. Ich występ zgromadził przy małej scenie festiwalu bodaj więcej osób niż ich poprzednicy z Berlina przed wielką estradą.

W niedzielę na starówce było słychać donośne końcowe akordy festiwalu – to koncert Igor Krutogolov’s Toy Orchestra i amerykańskiego rapera Saula Williamsa oraz polskich kapel Rito i Wczasy.

Marek Rybołowicz