Jak pachnie Lublin?

Poznawanie Lublina zmysłem węchu zaproponowała dr Stephanie Weismann w ramach debaty Rozmowy o Mieście 28 lutego w lubelskim ratuszu. Badaczka zapachów pracuje w ramach projektu pod tytułem „Krajobraz zapachowy Lublina w XX wieku”.


Co pachnie? Kto pachnie? Czym pachnie? I kiedy? – to główne pytania nurtujące uczoną przybyłą do nas z Wiednia. Odpowiedzi mają duże znaczenie dla poznawania i doświadczania atmosfery danego miejsca, bo jakże to bez powonienia? W zmysłowym odbiorze aglomeracji zwykle korzystamy ze wzroku, słuchu, dotyku – niektórzy z pasją kierują również smakiem, głównie potraw. I jest to, jej zdaniem, percepcja ograniczona.
Rezydująca w Lublinie od blisko roku badaczka z Uniwersytetu Wiedeńskiego postanowiła ten obraz dopełnić i nadać mu charakter naukowy. Jest stypendystką programu „Polonez” Narodowego Centrum Nauki, dlatego w tym badaniu stawia sobie i nauce wiele ambitnych zadań: Czy miasto ma swoją specyfikę albo tożsamość zapachową? Jak opowiedzieć historię miasta poprzez transformację jego zapachów? Jaka jest fluktuacja zapachów: znikanie różnych źródeł woni a powstawanie innych? Jakie zapachy skończyły się, a jakie nastały wraz z nowym ładem 1989 r. w Polsce, a nawet co w zapachach przybyło nam wraz z wstąpieniem w 2004 r. do UE?
Weismann, usiłuje dociec, jak zmiany polityczne, społeczne i gospodarcze wpływają na krajobraz węchowy Lublina. Ambicją dr Stephanie Weismann jest obszerna publikacja na temat.
W tym celu autorka penetruje archiwa i kroniki Lublina, słucha opowieści z nagrań. Równie niezbędne jej są wspomnienia i relacje ludzi, stąd spotkania, jak to w ratuszu, zorganizowane przez Forum Kultury Przestrzeni po raz 13.
Co wiedenka wącha w Lublinie?
Najbardziej interesuje ją woń ulic i podwórek miasta. Wącha, czyta i słucha, analizuje, jak zmieniły się z biegiem lat. Co stwierdza? Że to wielka ulga gdy nie ma już cuchnących rynsztoków, gdy nie ma końskich odchodów na jezdni. Jednak postęp w komunikacji miejskiej daje teraz inny skutek – częściej czujemy swąd samochodowych spalin.
Zmianie uległ zapach zwierząt hodowanych w mieście. Był czas, gdy świnie i kozy trzymano na podwórkach, biegały tam kury, żyły gołębie. Dziś nie trafia się na taki fetor – wynika z raportu dr Weismann. Wylicza różne zapachy przemysłu, którego już nie ma: wyziewy cukrowni, drożdżowni, spółdzielni mleczarskiej czy Fabryki Samochodów Ciężarowych. Poznaje także zapachy charakterystyczne dla różnych instytucji – np. szkół, urzędów, szpitali, świątyń różnych religii itp.
Notuje zmiany w zapachu żywności. Zamiast chleba z małych piekarni czy żydowskich bajgli na straganach dziś czujemy kebab albo pizzę. Tymczasem woń potraw dolatująca z domostw wiele kiedyś mówiła o ludziach zamieszkujących ten teren.
Wiedenka analizuje też aurę osobistą lublinian – jak pachniały ich kosmetyki, mydło i środki higieny, preparaty piorące, nawet odkażające.
– Moim celem jest opowiedzieć historię Lublina w XX w. poprzez zapachy. One pozwalają nam lepiej poznać i zrozumieć pewne miejsca, nawet takie same w różnych dzielnicach miasta – mówi dokumentalistka. Próbuje ona sporządzić rodzaj mapy zapachów cechujących różne miejsca w przestrzeni Lublina.

Zachęta do rozmów i wspomnień

– Oprócz materiałów na biurku i studiów w terenie interesuje mnie wasze osobiste postrzeganie zapachów w tym mieście: teraz i przed laty – zwróciła się dr Weismann do zebranych. Próbuje doszukać się w nich logiki i systematyki. Jednak nie chemicznej a kulturowej. Badaczka bowiem jest literaturo- i kulturoznawcą, nie należy więc oczekiwać analizy porównawczej zawartości szklanych fiolek z zapachami.
Dyskusja przyniosła wątpliwości co do jakiegoś aromatu szczególne Lublina, bo przecież następuje unifikacja miejskich woni i to niezależnie od wielkości aglomeracji, tak w skali kraju, Europy czy świata.
– Faktem jest „globalizacja” zapachów. Różnice między miastami, kulturami w tych miastach były kiedyś dużo większe, ale i dziś są dla mnie czytelne – stwierdza dr Weismann. Jej ulubioną przestrzenią analiz jest lubelska starówka z aurą bram i podwórek, starych murów, drewnianych schodów i piwnic.
Uczestnicy wsparli ją lawiną wrażeń i wspomnień. Ot choćby ja te ginące już w mieście zapachy: schnące na sznurach pranie, woń krochmalonej pościeli, która wisi w ogrodzie, aromaty ziół z łąk niemal w centrum – dziś zabudowanych. Albo, gdzież szukać obecnie zapachu parkietów pastowanych z okazji świąt? Nieoceniona dziś, choć dostępna w nielicznych lokalizacjach, jest woń pieczonego chleba – wymieniały w dyskusji kolejne osoby.
Dyskusja wyzwala nostalgię. – Weźmy taką cukrownię… Mnie naprawdę żal jest tamtej woni – twierdzi jedna ze starszych uczestniczek spotkania. – Słodki zapach buraków kojarzy mi się do dziś z… bardzo udanym seksem. Nasze młodzieńcze randki, z obecnym mężem miały miejsce właśnie opodal fabryki przy ul. Krochmalnej – wspomina.
Ktoś inny – posiadacz bujnej brody – mówi, że przynosił w niej kiedyś do domu całkiem przyjemne zapachy miasta. Dziś z tego zarostu niesie się głównie swąd spalin oraz smogu – uśmiecha się gorzko.
Wiele tu było dywagacji: czy można by niektóre zapachy ocalić jako element dziedzictwa kulturowego, albo wskrzesić jakieś wonie przeszłości, choć wiadomo, że to niemożliwe.
Jak badać dawny zapach?
– I czy można objąć go ochroną? Przecież efemeryczność zapachu, trudność jego opisu wręcz uniemożliwia taki efekt – podsumował dr Jan Kamiński architekt przestrzeni z KUL, inicjator Rozmów.
– To dziedzictwo nie jest to łatwo chronić, ale wiem, że we Francji są takie próby w odniesieniu do miast znanych z produkcji markowych perfum – odpowiada badaczka. – Tu trudno będzie klasyfikować zapachy a także je chronić.
Dyskutanci ustalili, że Lublin jednak nie pachnie źle – nie kojarzy się choćby z odorem wyziewów przemysłu i że w sumie nie wiadomo jak pachnie… bo to zależy, gdzie nos przyłożyć.
– Lublin na pewno nie pachnie forsą – skwitował ktoś na tyle cicho, by nie narazić się organizatorom spotkania w ratuszu.
Jako miejsce badań wiedence sugerowano szereg innych miast w Polsce i Europie Wschodniej. Spośród kuszących propozycji wybrała jednak Lublin. Stanowi on bowiem pełny przekrój interesujących ją zagadnień, a także wyzwanie dla ambicji dokumentalisty.

Projekt jest ciekawy i otwarty

Więcej informacji o nim znajdziemy na Facebooku pod hasłem: The Smellscapes of Lublin. Wkrótce też będą na http://lublinsmellscapes.eu. Autorka nadal pragnie dojść, które zapachy mają lub miały szczególny wpływ na mieszkańców Lublina, które są lubiane, które nie? – chodzi o woń konkretną albo obiekty czy przestrzenie będące jej nośnikiem.
Chce zbadać, czy można wskazać woń „typową dla Lublina” i to zarówno współcześnie, jak w odniesieniu do przeszłości, w tle doświadczeń z dzieciństwa, w retrospektywie różnych okresów i zjawisk w rozwoju miasta? Próbuje też znaleźć związki zapachów ze zmianami w sferze politycznymi i społeczno-kulturowymi. Nie podaje jaką metodą naukową to uczyni.
Póki co, dr Weismann zachęca lublinian, zwłaszcza starszych, by mówili o swych „zapachowych wspomnieniach”. Siłą rzeczy skazana jest raczej na opowieści zapachowe niż na doświadczanie dawnych zapachów „w realu”.
Z dr Weismann można się kontaktować pod adresem: stephanie.weismann@umcs.lublin.pl. Zachęca ona czytelników do opisania własnych zapacho-przeżyć.
– W archiwum Historii Mówionej Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN są niezliczone wspomnienia o woniach przedwojennego miasta, bo ludzie pamiętający tamte czasy byli wtedy dziećmi, a dzieci są na zapachy bardzo wrażliwe. Można też wskazać wiele zapachów charakterystycznych dla Lublina powojennego czy końcówki PRL-u, o czym mówili uczestnicy spotkania: wysłodki, odstojniki, drożdżownia, browar, dawne autobusy – komentuje Marcin Skrzypek z Ośrodka.
Marek Rybołowicz