Jak wcisnąć kiełbasę wyborczą

Nikt ci tyle nie obieca, co polityk przed wyborami, bo jak wiadomo na obietnicy nikt nie zbankrutuje – głosi polska mądrość. Kampania to doskonała okazja do rozdania nie swoich pieniędzy. Tymczasem festiwal wyborczych obietnic, głoszonych przez kandydatów na prezydenta Chełm, trwa w najlepsze, a chełmianie zachodzą w głowę, co jeszcze oni wymyślą…

Tyle obietnic, ile w niedawno rozpoczętej kampanii wyborczej złożyli kandydaci na prezydenta Chełma, nie padło chyba w sumie przez ostatnie 16 lat. Kandydatom wydaje się, że kto najwięcej obieca, ten wygra wybory. Tylko co później? Na dobrą sprawę nie wiadomo, skąd na te wszystkie wielomilionowe obiecanki wziąć pieniądze. Owszem, kandydaci zapewniają, że wiedzą, gdzie ich poszukać, ale z drugiej strony, co mają mówić przed wyborami? Próbują tłumaczyć, że jak zostaną prezydentem, zmieni się struktura wydatków, będzie więcej dochodów, tyle że zapominają, że Chełm to nie Warszawa, a w budżecie nie ma miliardów złotych, a tylko nieco ponad 300 milionów. A może być jeszcze mniej, bo każdy, poza urzędującą Agatą Fisz, z jednej strony chce obniżać lokalne podatki, a z drugiej dać po 500 zł na pierwsze dziecko, czy po 2 000 zł każdemu, kto po studiach wróci do Chełma, lub też wprowadzić bezpłatną komunikację miejską i jeszcze oddłużyć miasto…

Obiecać można wiele, niemal wszystko, ale należałoby przy tym zachować granice zdrowego rozsądku. A tego właśnie, przynajmniej takie wrażenie odnoszą chełmianie, kandydatom zaczyna brakować. Zamiast mówić o rzeczach realnych, kandydaci bujają w obłokach i liczą na to, że mieszkańcy „to” kupią. Pojawiają się pomysły typu – ścianka wspinaczkowa w miejskim parku, ściąganie w każdy weekend do Chełma celebrytów, czy specjalne miejsca w Kumowej Dolinie na przyjacielskie pikniki z grillowaną karkówką i piwem na podtrzymanie wesołego nastroju. Z absurdalnych pomysłów kandydatów ostatnio zakpił prezes Automobilklubu Chełmskiego, Grzegorz Gorczyca, co odbiło się głośnym echem w całym kraju. Kpią również internauci. Proponują kolejne obietnice z księżyca, np. budowę pola do gry w golfa, czy darmowe taksówki.

Kandydaci dokładnie słuchają, co mówią ich konkurenci i niekiedy nawet ściągają pomysły od nich. Jakub Banaszek obiecał darmową komunikację dla wszystkich, kilka dni później Dariusz Grabczuk stwierdził, że gdy zostanie prezydentem, wszystkie dzieci i młodzież będą jeździć autobusami za darmo. Wszystko po to, by kupić głosy rodziców. Ale też wykazują się ot taką sobie wiedzą o tym, co dzieje się w mieście. Justyna Manasterska-Raszka narzekała, że w żłobkach brakuje miejsc dla dzieci, a tymczasem przecież miasto rozbudowuje placówkę „Chełmskie Niedźwiadki” przy Wolności, o czym jako radna powinna wiedzieć…

Kandydaci prześcigują się też w organizowanych briefingach prasowych i spotkaniach z mieszkańcami, na które mieszkańcy i tak nie przychodzą. Po prostu nie mają czasu, a po drugie chyba ich to już nie interesuje. Gdyby nie obecność (obowiązkowa) partyjnych działaczy i dziennikarzy, których z każdym briefingiem jest coraz mniej, te spotkania nie miałyby sensu. Choć na dobrą sprawę i tak nie mają. (s)